Wandea – pierwsze ludobójstwo w Europie

Wandea, kraina położona
w zachodniej Francji, od północy graniczy z Loarą, od zachodu z Oceanem Atlantyckim.
Przed rewolucją to jeden z najbogatszych regionów
dzięki dobrze rozwiniętemu rolnictwu – uprawie pszenicy i hodowli. Wandejczycy
byli szczerze przywiązani do religii katolickiej. Już w XVI i XVII wieku zasłynęli
nieugiętą walecznością podczas wojen religijnych z protestantami. To z Wandei
pochodził św. Ludwik Maria Grignon de Montfort, wielki czciciel Maryi i Najświętszego
Serca Pana Jezusa. Jako misjonarz spędził w Wandei większość swego życia, głosząc
rekolekcje i misje, zakładając bractwa różańcowe i inne. Czy to dzięki temu
jednemu człowiekowi kraina ta zdała w przyszłości niezwykły egzamin z obrony
wiary?

Hasło "Wandea" stanowi wstydliwy moment rewolucji, rzekomo "ludowej".
Oto z inspiracji tego ludu wybucha przeciwko niej i rewolucyjnej władzy typowe
powstanie chłopskie jako świadectwo, że rewolucja nie miała ludowego poparcia.
Inicjatorzy zrywu powstańczego to nie szlachta czy arystokracja broniące swoich
dóbr, lecz prosty lud, poczuwający się do obrony wiary i Kościoła.
Wandea to także pierwszy w dziejach Europy rejon, gdzie dopuszczono się ludobójstwa
– planowej, systematycznej akcji eksterminacyjnej wobec ludności, spośród której
wywodzili się powstańcy. Decydentami i wykonawcami byli głosiciele frazesów
o wolności, równości i braterstwie.

Za wiarę i króla
Pierwsze powstanie wandejskie wybuchło 7 marca 1793 roku. Powstańcy nazywali
siebie Wielką Armią Katolicką i Królewską. Dzielnością i męstwem nadrabiali
braki w uzbrojeniu oraz przede wszystkim wyszkoleniu wojskowym. Większość
na piersiach miała zawieszony krzyż lub obrazek Najświętszego Serca Jezusowego,
do kurty przypinano wyhaftowane na kawałku płótna czerwone serce z napisem "Bóg
i Król". Do boju powstańcy szli z modlitwą na ustach.
Po połączeniu oddziałów Górnej Wandei armia liczyła 40 tys. pieszych i 1200
konnych. Wielka Armia Katolicka i Królewska miała wielkich dowódców. Henri
de la Rochejaquelein, Gaspard de Marigny, Louis-Marie de Lescure i inni: "Walczyć
– często, dać się pobić – czasami, dać się zniszczyć – nigdy" – mawiał
legendarny Franćois de Charette. "Musimy walczyć, bo Republika nas zmiażdży.
Rzeczą kobiet jest modlić się. My, mężczyźni, musimy się bić" – powiedział
Jacques Cathelineau, z zawodu woźnica, zdolny strateg. Charles de Bonchamps
wyznał na łożu śmierci: "Nie walczyłem dla ludzkiej chwały. Jeśli nie
zdołałem przywrócić ołtarzy i tronu, to ich przynajmniej broniłem. Służyłem
memu Bogu, memu królowi i mej ojczyźnie". Gdy po wygranej bitwie z wojskami
republikańskimi rozjuszeni oporem wrogów ludzie z oddziałów Maurice’a d’Elbée
chcieli wymordować kilkuset jeńców, dowódca nakazał powstańcom uklęknąć i odmówić "Ojcze
nasz". Przy słowach "i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy
naszym winowajcom", zawołał do swoich żołnierzy: "Jakże to, ośmielacie
się prosić Boga o wybaczenie, kiedy sami nie potraficie wybaczyć?". Jeńcy
zostali uratowani i uwolnieni. Wziętego później do niewoli d’Elbée wysłano
przed pluton egzekucyjny. W opinii historyków katolickich, w Wandei po stronie
ludności tego regionu w obronie wiary i tradycji walczyły resztki królewskiej
i rycerskiej armii. Starły się tam te dwie tak odmienne armie, dwie Francje:
tradycyjna, rycerska, chrześcijańska i monarchistyczna – z Francją ateistyczną,
rewolucyjną.
Od 1793 do 1799 roku w samej Wandei i prowincjach zachodnich 200 razy zdobywano
i odbijano miasta, stoczono 700 pomniejszych walk i 17 wielkich regularnych
bitew. Wandea w różnych okresach utrzymywała od 70 do 75 tys. ludzi pod bronią.
Zwyciężyła lub rozproszyła ok. 300 tys. żołnierzy z regularnych oddziałów oraz
600-700 tys. dokonujących rekwizycji i gwardzistów narodowych. Zdobyła 500
armat i przeszło 150 tys. strzelb.
Wandejczycy byli jednak tylko ochotnikami, chłopami związanymi sercem i poczuciem
obowiązku z ziemią. To jeden z powodów, dla których często nie udawało się
im wykorzystać odnoszonych sukcesów. Po zwycięstwie, jakim było zdobycie 18
czerwca 1793 r. Angers, zamiast – nie zwlekając – ruszyć na Paryż, rozeszli
się do swoich gospodarstw… na żniwa. Być może marsz na Paryż odmieniłby koleje
rewolucji. Ostateczną klęskę Wielka Armia Katolicka i Królewska poniosła 23
grudnia pod Savenay. Życie straciło tam większość jej dowódców.
Generał Westermann ("rzeźnik Wandei") pisał z pola bitwy Savenay
do władz: "Wandea już nie istnieje! Dzięki naszej wolnej szabli umarła
wraz ze swoimi kobietami i dziećmi. Skończyłem grzebać całe miasto w lasach
i bagnach Savenay. Wykorzystując dane mi uprawnienia, dzieci rozdeptałem końmi
i wymordowałem kobiety, aby nie mogły rodzić więcej bandytów. Nie żal mi ani
jednego więźnia. Trupy zaścielają drogi, miejscami jest ich tyle, że tworzą
piramidy. Zniszczyłem wszystkich, nie bierzemy jeńców. Litość nie jest rewolucyjną
sprawą!".
Historycy szacują, że w Wandei zginęło prawie 600 tys. powstańców.

Zagłada Wandei
Po klęsce pod Savenay kraina ta została skazana na zagładę. 1 sierpnia Komitet
Ocalenia Publicznego wydał uchwałę nakazującą zniszczenie Wandei – mieszkańców,
wszelkich zabudowań, upraw, bydła.
Od 21 stycznia 1794 r. podzielone na 20 kolumn wojska republiki pod wodzą gen.
Turreau, zwane kolumnami piekielnymi, posuwały się koncentrycznie w głąb Wandei,
niszcząc dosłownie wszystkich i wszystko. 6 lutego parlament polecił generałowi: "Eksterminować
bandytów co do jednego – oto twoje zadanie". Jeden z generałów piekielnych
kolumn przed wymarszem do Wandei przemawiał do swoich żołnierzy: "Towarzysze,
wchodzimy do kraju opanowanego powstaniem; daję wam rozkaz wydać płomieniom
wszystko, co będzie możliwe do spalenia i przebić ostrzem bagnetu wszystko,
co napotkacie żywego na waszej drodze". Nim wydany został ten rozkaz,
już prawie wszystkie miasta Wandei zostały spalone, do podpalenia pozostały
tylko najmniejsze wioski i pojedyncze chaty. Według współczesnego historyka: "W
pięć dni cała Wandea została pokryta szczątkami i popiołami. 60 tysięcy ludzi
z żelazem i płomieniem w ręce przeszło ją we wszystkich kierunkach, nie pozostawiając
nic, co by stało na nogach, nic żyjącego. Wszelkie okrucieństwa uprzednio popełnione
były tylko niewinną grą w porównaniu do tych obrzydliwości. Te armie, naprawdę
piekielne, zmasakrowały mniej więcej ćwierć pozostałej przy życiu ludności".
Mordowano każdego, kto znalazł się na drodze piekielnych kolumn, twierdząc,
iż każdy Wandejczyk to wróg rewolucji. Niemowlęta obnoszono na bagnetach, kobiety
w stanie błogosławionym "prasowano" prasą z winnicy, odrąbane głowy
Wandejczyków wieszano na bramach miejskich w dowód tryumfu wolności nad ciemnotą.
Ze zdartej z Wandejczyków skóry wytwarzano spodnie. Studnie zatruwano arszenikiem,
na szeroką skalę stosowano gazy trujące. Żywych ludzi "grillowano" dla
uzyskania tłuszczu, który następnie przelewano do beczek i sprzedawano…
O czym pisano w raportach do władz w Paryżu? "Cały czas poluję. Każdego
dnia moi myśliwi przynoszą mi co najmniej 20 głów bandytów, by sprawić mi przyjemność.
[…] ilość zwierzyny jednak się zmniejsza". "Zabijamy ich po dwa
tysiące dziennie". "Wolę podrzynać gardła, by oszczędzać naboje". "Paliłem
i ścinałem głowy jak zwykle". "Było ich zbyt mało, by urządzić prawdziwą
rzeź" (gen. Hoche, po wymordowaniu 700 osób w La Gaubretiere). "Dzień
męczący, ale owocny" (gen. Cordelier, którego żołnierze wymordowali mieszkańców
Lucs-sur-Boulogne i ostrzelali z armat kościół, gdzie schronili się starcy,
kobiety i dzieci (110 poniżej siedmiu lat, wśród nich jedno 15-dniowe). W 1794
r. w Angers wojska wymordowały ok. 2 tys. ludzi, w większości prostych chłopów,
w tym kobiety, starców i dzieci.
Aby przyspieszyć i "usprawnić" eksterminację, rewolucyjny komisarz
na Wandeę jakobin Jean Carrier opracował technologię ludobójstwa zwaną noyad.
Stare barki z przedziurawionymi i prowizorycznie zatkanymi kadłubami spuszczano
na Loarę z setkami ludzi – kapłanów, starców, kobiet i dzieci. Na środku rzeki
wyjmowano zabezpieczenie i barki szybko tonęły wraz z więźniami. Od 16 listopada
1793 do 13 lutego 1794 roku doszło do wielu masowych egzekucji: 23 grudnia
– 800 osób, 24 grudnia – 300, 25 grudnia – 200, 27 grudnia – 400, 5 stycznia
1794 r. – 400, 17 i 18 stycznia – po 300 osób. Po utopieniu w Loarze 5 tys.
skazańców Carrier cieszył się: "Cóż za rewolucyjny potok z tej Loary!".

Maria Kalińska

drukuj