Wakacje z rodziną

Rozmowa z Beatą Rusiecką, psychoterapeutką współpracującą
ze Szkołą Filozofii św. Tomasza z Akwinu i prowadzącą w niej tzw. Sesje Noetyczne,
z Międzynarodowym
Stowarzyszeniem Doradców "Żywa Nadzieja" IHACA oraz Stowarzyszeniem
Psychologów Chrześcijańskich

Niedługo wakacje, upragniony czas wypoczynku. Jak najlepiej
zagospodarować ten okres w rodzinie?

– To, jak należałoby zagospodarować te dni, jak je przeżyć, zależy od wieku
dziecka. Młodsze dzieci mają potrzebę spędzania wakacji razem z rodzicami,
ewentualnie z dalszą rodziną lub z osobami, które bardzo dobrze znają od
dłuższego czasu. Wówczas mają poczucie bezpieczeństwa, natomiast dzieci starsze
mogą
odczuwać potrzebę wyruszenia gdzieś samodzielnie, sprawdzenia siebie samych
w nowych warunkach, z nowymi ludźmi. Ale im również potrzebne jest wsparcie
rodziców, ich opieka choćby na odległość. Rodzice zapewniają bezpieczeństwo
poprzez fakt, że wiedzą, gdzie dziecko przebywa, gdzie je wysyłają, że
kierują się jasnymi zasadami w wyborze miejsca na wakacje dla swojego dziecka.
Przede
wszystkim że są w kontakcie z dorosłymi opiekunami dziecka.
Wspólne spędzenie wakacji jest cenne i owocne, choćby dlatego że mamy czas
na sprawy, których nie mogliśmy poruszyć w roku szkolnym. Możemy przypatrzyć
się bliżej wzajemnym odniesieniom, rozmawiać i głębiej się poznawać. Łatwiej
wzajemnie się poznać, dokonując wspólnego dzieła, np. w czasie żeglowania,
wspinaczki. W tym okresie możemy zdać sobie sprawę z tego, że nie umiemy
spędzać razem wolnych chwil, rozmawiać. Taka wiedza też się przydaje. Powinna
stać
się punktem wyjścia do rozmowy, bo można żyć pod jednych dachem, a nie
czuć więzi z członkami rodziny. Należałoby wówczas zadać sobie pytanie:
dlaczego?

Wspólne wakacje dzieci z rodzicami mogą być szansą na pogłębienie tych więzi…
– To właśnie mogłoby stać się celem bycia razem. Mieć więzi to znaczy lubić
spędzać ze sobą czas, doświadczać przyjemności w samym byciu razem.

Czy zgadza się Pani ze stwierdzeniem, że udane wakacje rodziców z dziećmi
są ukoronowaniem dobrych więzi w rodzinie?

– Oczywiście. Jeśli jest się razem na co dzień, jeśli rodzice są razem z dziećmi,
z reguły takie wakacje sprawiają przyjemność wszystkim członkom rodziny. Jeżeli
rodzice kochają swe dziecko i lubią z nim przebywać, to łatwiej im dostrzec
jego potrzeby. Mam na myśli taki rodzaj kontaktu, w którym rodzice nie są ani
zbyt słabo, ani zbyt mocno przywiązani do dzieci, tak że np. nie wyobrażają
sobie nie tylko wyjazdu, ale i życia bez nich. Rodzic tylko towarzyszy dziecku
w jego wędrówce przez życie. Gdy dziecko jest małe, owo towarzyszenie polega
na przebywaniu z nim 24 godziny na dobę, ale gdy rozwija się, dorasta, ten
kontakt staje się inny. Dziecko wychodzi z domu i znów powraca, by dzielić
się z rodzicami swymi osiągnięciami, by rodzice wytłumaczyli mu coś, co dla
niego nie jest zrozumiałe, by mogli również zaingerować, gdy dzieje się coś
niedobrego.

Kiedy więc pozwolić dziecku na samodzielny wyjazd na wakacje?
– Bierzemy pod uwagę kilka rzeczy. Pierwsze to zdrowy rozsądek i nasza wiedza
na temat naszego dziecka, w jakim ono jest wieku, jak się zachowuje, czy
jest zdolne do samoobsługi, czy jedzie z nim ktoś, kto będzie mu mógł pomóc.
Druga sprawa – możemy spytać dziecko, czy chce jechać do tego konkretnego
miejsca, przedstawiając mu na spokojnie i zgodnie z prawdą, jak i z kim będzie
spędzało czas, gdy pojedzie samo. Jeśli dziecko chce wyjechać, może to być
znak, że jest gotowe, że może to być dla niego dobre. Rodzice często bardzo
przeżywają pierwszą wyprawę swego dziecka. Doświadczają lęku na przemian
z radością. Jednak nie do końca należy się kierować samymi uczuciami. Rodzic
zna i chce wspierać pragnienia własnego dziecka, bo te przyczyniają się do
jego rozwoju. Musi więc te pragnienia uznawać i honorować. Zaznaczam jednak,
że pragnienia i potrzeby to nie to samo, co zachcianki. Te dzieci zwykle
wyrażają głośno, pretensjonalnie, narzucają je rodzicom. Pragnienie często
jest ciche, łagodne, bardziej przypomina tęsknotę. Osiągnięcie pragnienia
daje radość. Osiągnięcie zachcianki zamyka na pragnienia, na niespodzianki
w życiu, ogranicza.

Ale dorastającym dzieciom należy pozwolić na pewną autonomię, samodzielność…
– Oczywiście, często dzieci już w wieku przedszkolnym są na tyle samodzielne,
by wyjechać gdzieś razem np. z dziadkami, jeśli ci mają z dzieckiem dobry
kontakt i są odpowiedzialni. Dziecko w młodszym wieku szkolnym może wyjechać
samodzielnie z rówieśnikami pod opieką osób, które znamy, które nie są przygodnymi
opiekunami, o których wiemy, że są dobrze przygotowane. Wiadomo, że im młodsze
dziecko, tym bardziej bezbronne i powinniśmy większą wagę przykładać do tego,
z kim wyjeżdża. Czasami dziecko może się wahać, chce bardzo jechać, ale ma
wątpliwości. Jeśli uda się znaleźć przyczynę wahań, mamy szansę je wesprzeć.
Jednak gdy dziecko wyraźnie komunikuje, że sobie nie poradzi, nie należy
go zmuszać do niepotrzebnych stresów.

Często rodzice, wyjeżdżając na wakacje, większość czasu poświęcają swoim dzieciom,
jakby nie zauważając siebie nawzajem…

– Jeżeli rodzice tak mocno przywiązują dzieci do siebie, że nie potrafią żyć
swoim życiem, nie potrafią być sami, to taka postawa bardzo ogranicza dzieci.
Najprawdopodobniej dzieci, dorastając, będą się podobnie zachowywały, również
nie będą samodzielne. Rola rodziców polega na tym, by spontanicznie współuczestniczyć
w ich rozwoju, by rozpoznać potrzeby dzieci. Rodzice czasem przyznają, że czują
zazdrość o to, że ich dzieci miałyby mieć zaspokojone potrzeby, szczególnie
wtedy, kiedy oni sami nie mieli ich zaspokojonych. Są wtedy skłonni zaniedbywać
dzieci. Poza tym, by dorośli umieli poznać potrzeby dzieci, muszą im ufać,
kochać je i rozumieć. Żeby stało się to możliwe, muszą kochać i rozumieć samych
siebie. Rodzice często stawiają sobie pytanie, czy są dobrymi rodzicami. Rzadziej,
czy ja siebie rozumiem, kocham. A te rzeczy wzajemnie się przenikają i od siebie
zależą. To, że kocham dziecko, nie oznacza, że spędzam z nim 100 proc. czasu,
raczej że rozumiem jego autonomię, jego potrzeby.

To znaczy?
– Myślę, że dziecko jest szczęśliwe, kiedy widzi, że ojciec i matka są szczęśliwi.
Dziecko też pilnie obserwuje, jak rodzice się do siebie nawzajem odnoszą,
i to bardzo wiele mu mówi. Na takim przykładzie uczy się, jak być razem z
drugim człowiekiem. Nadopiekuńczość blokuje twórczość u dzieci, osłabia ich
wewnętrzne siły do pokonywania trudności, do pokonywania nudy. Nadopiekuńczość
odsłania jakoś lęk rodziców przed bólem i trudnościami. Rodzice, którzy sami
boją się przezwyciężać trudności, będą chcieli oszczędzić ich swoim dzieciom.
Tylko po co? Dzieci same powinny uczyć się, adekwatnie do wieku, pokonywać
trudności.

A co w przypadku, gdy dziecko nie chce pokonywać tych trudności, boi się aktywności?
Czy można je pobudzić do własnego rozwoju, czy rodzice powinni w tym brać udział?

– Na pewno tak. Pytanie tylko, dlaczego to dziecko jest bierne. Czy jest to
marzyciel, który pisze wiersze i nie potrzebuje aktywności, ale lubi siedzieć
na plaży i kontemplować przyrodę, czy chodzi o to, że dziecko nie potrafi wyjść
do ludzi, do rówieśników, zaangażować się. Sądzę, że jeżeli dziecko jest już
starsze, a bywa bierne, to znaczy, że wcześniej zostało pozbawione tej motywacji
działania. My uczymy dzieci wychodzenia do ludzi już w wieku niemowlęcym. Kiedy
kupujemy im grzechotki, to tak jakbyśmy mówili: "wyjdź do świata, on jest
kolorowy i ciekawy", i dziecko wchodzi w aktywność, porusza rączkami,
nóżkami, uśmiecha się. Później przedstawiamy dziecku świat coraz bardziej szczegółowo,
mówimy o prawach przyrody, pokazujemy, jak działa. Gdy sami nim się interesujemy,
to przyznajemy, że świat jest ciekawy. A dziecko, naśladując rodziców, chce
poznawać ludzi i świat. Jeżeli ten proces został zaniedbany we wczesnym wieku
i dziecko się zamknęło, to popychanie go do ludzi nie zawsze może odnosić właściwy
skutek. Wtedy trzeba dziecku okazać wiele miłości, pokazać, że jest coś ciekawego
i pozytywnego, pomyśleć, czym ono może się jeszcze pasjonować, co ono by chciało,
co je cieszy, by te dziedziny w nim wzmacniać i rozwijać. Czasami rodzice narzucają
dzieciom, co mają robić, decydując za nie, nie biorąc pod uwagę ich potrzeb
i pragnień.

Podczas wakacji dzieci są często narażone na różnego rodzaju niebezpieczeństwa,
których jako rodzice wolelibyśmy, by nie doświadczyły. Są to np. sekty, wczesne
inicjacje seksualne, narkotyki. Jak temu zapobiec?

– Należy chronić dzieci przez obecność przy nich, zdrowy rozsądek, modlitwę.
Jeśli rodzice są z dzieckiem przez cały rok i rozmawiają z nim o wszystkim,
z czym się styka, nie ma tematów zakazanych, wtedy dziecko ma przekaz od rodziców,
że można mówić o wszystkim. To ważne. Dziecko ma prawo zapytać o wszystko,
a rodzice mają mu na to pytanie odpowiedzieć. Uczymy je nieustannie, będąc
przy nim, "przy okazji". Im dłużej jesteśmy z dziećmi, tym lepiej
wiemy, jak ono rozumie i widzi świat. Dziecko stopniowo poznaje, że jest zło
i dobro, i uczy się je rozróżniać. Naśladuje rodziców w tym, jakich wyborów
dokonują. Dziecko od rodziców uczy się postawy wobec seksu. Dziecko, które
otrzymuje cały wachlarz gestów miłości, szacunku, przyjaźni, umie odróżnić
seks od miłości i przyjaźni. Jeśli rodzice nie biorą narkotyków i nie korzystają
z innych używek, a są zadowoleni z życia, to dziecko otrzymuje wyraźny i silny
przekaz, żeby również ich nie stosować. Przed wyjazdem na wakacje też trzeba
rozmawiać. Im naturalniej, tym lepiej. To nie powinny być pogadanki typu: jedziesz
na wakacje, więc powiem ci, co złego może cię spotkać, byś nie czuł się zagrożony.
Można jednak uczulić, że nie wszyscy dorośli są bezpieczni. Tak jak mówimy,
że na świecie są wojny, jest zło, tak samo mówimy, że niektórzy dorośli są
chorzy lub zdeprawowani, że pedofil może wydawać się świetnym kumplem, bo daje
coś, czego normalni ludzie nie dają, a sekta jest tajemnicza i pociąga bliskością,
wtajemniczeniem, daje wsparcie. Jeśli dziecko ma dobry kontakt z rodzicami,
to spontanicznie nie wsiądzie do samochodu z obcą osobą, bo nie będzie miało
ochoty, bo będzie na to wyczulone, bo będzie się bało. Poza tym obserwujemy
dziecko, słuchamy, co komunikuje werbalnie i niewerbalnie. Czasem jest niezadowolone,
smutne, zagniewane, chce wracać do domu, źle śpi. Takich oznak nie można bagatelizować.

Każde z rodziców ma tu do spełnienia inną rolę…
– Te różnice są wyznaczone przez płeć, przez charakter rodziców, przez ich
zawód, talenty. Rodzice przekazują dziecku informacje nie tylko jako jednostki,
ale jako duet. Informują, jak się razem współpracuje, rozmawia, robi śniadanie,
rozkłada namiot, jak się razem kłóci i godzi. Dziecko najwięcej uczy się
przez naśladowanie. Ojciec pomaga dziecku "wyjść" z domu do świata,
sprawdza dziecko, stawia mu wymagania, pomaga mu w określeniu jego możliwości,
co umie dobrze, a co wychodzi mu gorzej. I jeżeli ojciec z miłością informuje
dziecko, że coś mu wychodzi "gorzej", to nie obniża przez to wartości
dziecka, to może być wyzwanie, by się poprawić, albo może to być informacja,
że moje "lepiej" leży w czymś innym, pobudza dziecko do aktywności,
do rozwoju. Matka informuje dziecko, że jest przyjęte i kochane bez względu
na to, co robi, i tym dotyka jego istoty. Ale jest to również wymagający
komunikat, by kochać i być kochanym. Kochać to znaczy podążać za dobrem,
upodobnić się do dobra. To również oznacza, że należy odrzucić zło. Co jednocześnie
nie znaczy, że ojciec nie potrafi bezwarunkowo kochać dziecka.

Czego życzyłaby Pani rodzicom na wakacje?
– Życzyłabym, żeby spojrzeli na dziecko i zobaczyli w nim coś ładnego. W tym,
co mówi, robi. I żeby to im dało radość.

Dziękuję za rozmowę.

Małgorzata Jędrzejczyk

drukuj