Mentalność „reprodukcyjna” pani Środy

Mam przed sobą dokument sporządzony
w zlikwidowanym przez rząd Kazimierza Marcinkiewicza Biurze Pełnomocnika do
spraw Równego Statusu Kobiet i Mężczyzn
(Warszawa 2005), noszący tytuł: "Zdrowie reprodukcyjne kobiet. Realizacja
ustawy o planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności
przerywania ciąży". Na karcie tytułowej widnieje nazwisko: Izabela Milczarek.
Strony siódmą i ósmą zajmuje "Przedmowa" napisana przez Magdalenę
Środę. Ta właśnie "Przedmowa" wprowadza czytelnika w świat pojęć
i sposób myślenia przyjęty w dokumencie. A przede wszystkim ujawnia sposób
myślenia przyjęty przez panią Magdalenę Środę.
W obecnym szkicu pragnę skomentować główne myśli zawarte w "Przedmowie",
pomijając sam korpus dokumentu.

Gdzie ta równość…
Pragnę więc zająć się tym tekstem ze względu na jego charakter reprezentatywny
i wysoce symptomatyczny. Ten dwustronicowy tekst mówi bardzo wiele, zarówno
w tym, co stwierdza, jak i tym, co pomija. Pierwsza niepokojąca refleksja,
jaka się nasuwa, to ta, że pomimo iż wspomniany urząd broni "równego
statusu kobiet i mężczyzn", to tekst pani Środy mówi (w aspekcie merytorycznym)
tylko o kobietach. Mężczyźni są wspomniani jedynie trzy razy: tylko raz jako "mężowie",
z przekąsem i złośliwym grymasem, raz jako "politycy", którzy oczywiście
mają w nosie prawa kobiet, raz jako "lekarze" (choć mogą być między
nimi również kobiety, owszem, powinny tam się znaleźć kobiety), którym czyni
się zarzut przesadnej troski o własne sumienie, które w omawianym kontekście
jest traktowane jako przestarzały i nieaktualny relikt przeszłości.

Polska "zacofana"
Moralny klimat "Przedmowy" jest przeniknięty pogardą dla Polski,
która jest zacofana, ciemna i "kuriozalna", nie tylko na tle innych
krajów europejskich, "a nawet na tle świata". Z pewnością imponują
pani Magdalenie Środzie te kraje, w których dzieci, nawet po urodzeniu, zabija
się bez skrupułów (eutanazja dla dzieci), gdzie jest otwarty dostęp do wszelkich
środków niszczenia życia oraz likwidowania ludzi nieuleczalnie chorych i niepełnosprawnych,
gdzie kwitnie homoseksualizm, pedofilia, pornografia i gdzie dzięki "edukacji
seksualnej" prawie co druga nastolatka zachodzi w ciążę, oczywiście zdrowo
i "reprodukcyjnie".
Z tekstu "Przedmowy" można wywnioskować, że powodem, dla którego
pani Środa żywi tak pełną wyższości niechęć dla Polski, jest to, że propaganda "zdrowia
reprodukcyjnego" napotyka pewne przeszkody pochodzące z motywów etycznych
i religijnych. Pani Środa motywów tych zupełnie nie rozumie (cała ideologia
kobiecości "wyzwolonej" redukuje się u niej do "zdrowia i higieny")
i dlatego, ilekroć zmuszona jest dotknąć płaszczyzny religijnej lub etycznej,
nie potrafi obronić się przed pokusą uszczypliwości i pogardy. Pani Środa stwierdza,
że "nie ma bodaj problemów bardziej zaniedbanych w Polsce jak właśnie
zdrowie reprodukcyjne kobiet". Nie potrafi zrozumieć, że sprawy życia
rodzinnego w Polsce były zawsze omawiane i przeżywane w klimacie świętości
i szacunku dla godności osoby ludzkiej: dopóki hitleryzm i komunizm, a potem
liberalny socjalizm tego nie zepsuł. Oczywiście nie wszystko, co ludzkie i
szlachetne zostało zepsute, i dlatego wciąż wielu ludzi – dzięki nauczaniu
Kościoła – ma przekonanie o tym, że sprawy płci i rodzicielstwa nie mogą być
redukowane do poziomu weterynarii, lecz muszą być widziane w świetle tajemnicy
Chrystusa.

"Precz ze wstydliwością"
Pani Środa w ogóle tego nie rozumie i wyraża się o tym zjawisku kulturowym
z pogardą i złośliwością. Mówi bowiem: "Sprawy seksualności, reprodukcji,
antykoncepcji, oraz potrzeby kobiet – matek są nieobecne w debatach, źle
rozumiane, traktowane po macoszemu lub ze strachem, wstydliwością i hipokryzją
(zwłaszcza jeśli chodzi o życie seksualne)". Muszę w tym miejscu stwierdzić,
że kobieta, która odrzuca wstydliwość, będącą istotnym składnikiem postawy
człowieka wobec własnej płciowości, daje dowód, że wyrzekła się czegoś najsubtelniejszego
w swej osobie, i gotowa jest traktować swoje ciało jak "warsztat reprodukcyjny",
ogólnie dostępny, byle tylko "zdrowo i higienicznie". Taka kobieta
traci swoją godność ludzką i pod względem moralnym zniża się do czegoś, co
można nazwać tylko jednym słowem: potwór. Skojarzenie (u pani Środy) tej
nagany udzielonej wstydliwości z pojęciem "strachu i hipokryzji",
ma na celu pełniejsze zdegradowanie samej postawy wstydliwości, niemiłej
i niechcianej dla pani Środy.

"Precz z sumieniem"
Kolejny atak na religijne składniki polskiej kultury duchowej wiąże się z propagandą "badań
prenatalnych". Pani Środa ubolewa, że badania te jakoby "napotykają
na 'bariery światopoglądowe’, to jest skrupuły religijne lekarzy". Tego
rodzaju informacja jest z gruntu fałszywa, ponieważ badania tego typu są dopuszczalne
z motywów medycznych, oczywiście z uwzględnieniem stopnia ryzyka skorelowanego
ze stopniem konieczności takich badań; to, czemu etyka lekarska (i w ogóle
etyka) się sprzeciwia, to traktowanie tych badań jako załącznika do procesu
eugenicznego likwidowania dzieci "nieudanych" lub niechcianych"[1].
Uczciwi lekarze nie zgadzają się na bezkrytyczne stosowanie tego typu badań
ze względu na zaobserwowany stopień szkodliwości dla dziecka, oraz nie zgadzają
się na udział w procederze eugenicznej selekcji dzieci. Pani Środa odnosi się
do tych motywów w sposób ironicznie-kpiący ("bariery światopoglądowe", "skrupuły
religijne"), ponieważ z jakichś powodów sama utraciła wrażliwość sumienia,
konieczną dla potwierdzenia swojej osobowej suwerenności wobec amoralnych projektów
życia.
To jeszcze raz świadczy, że cały program "reprodukcyjny" broniony
przez panią Środę sytuuje się zasadniczo poza sferą tego, co moralne, a zatem
poza sferą tego, co ludzkie. Z tego to powodu pani Środa niepokoi się "zjawiskiem
nadużywania klauzuli sumienia przez lekarzy, którzy odmawiają aborcji również
w tych przypadkach, w których jest ona zgodna z prawem". Pani Środa nie
odróżnia "używania sumienia" od "nadużywania sumienia",
ponieważ nie rozumie, że sumienie jest niezależne od praw stanowionych przez
państwo, szczególnie, kiedy takie "prawo" jest niesprawiedliwe, a
więc ściśle mówiąc – nie jest prawem. Sumienie podlega tylko prawu Bożemu i
na tym polega niezwykła godność człowieka, który chce podlegać prawom ludzkim,
jeśli są sprawiedliwe, ponieważ uczestniczą one wówczas w godności prawa Bożego.
A prawa zezwalające na tzw. aborcję nigdy nie są sprawiedliwe. Należy więc
pochwalić lekarzy, który nie chcą jej wykonywać, ponieważ mają sumienie, czyli
mają poczucie godności swojego zawodu a raczej powołania, polegającego na służbie
życiu, a nie śmierci, nawet w imię tak zwanego "zdrowia reprodukcyjnego".

Precz z moralnością
Najbardziej osobliwe w tej krytyce sumienia jest to, co pani Środa pisze o
lekarzach, którzy zamiast ułatwiać młodym pacjentkom zakupienie środków antykoncepcyjnych, "udzielają
nieleżących w ich kompetencjach rad moralizatorskich, nawołujących do czystości".
Pani Środa łaskawa była nie zauważyć, że przydzielanie środków antykoncepcyjnych
czy ułatwianie ich zakupu również nie leży w kompetencji lekarza, owszem,
sprzeciwia się charakterowi misji lekarza. Wspaniały lekarz, prof. Włodzimierz
Fijałkowski, twierdził, że płodność nie jest chorobą i że antykoncepcja nie
jest lekarstwem. Jest to oczywista prawda, którą dostrzeże każdy człowiek
zdrowo myślący. Jednak propagatorzy swobodnego "seksu" dążą nie
tylko do rozwijania "kultury śmierci", lecz także pracują wytrwale
nad zdeprawowaniem umysłów lekarzy i ludzi mających wpływ na opinię publiczną.
Chcą wmówić w człowieka, że "seks" jest dobry, tylko płodność (która
przecież należy do istoty płci) jest chorobą, której trzeba "zapobiegać" i
dlatego istota "reprodukcji" polega na tym, aby tej "reprodukcji" nie
było. To tak, jakby ktoś powiedział, że istota rozumu polega na tym, aby
nie myśleć. Istotnie trzeba stracić zdolność myślenia, aby stawiać zarzuty
lekarzom, że pragną trzymać się ściśle swojej kompetencji.

"Precz z ochroną życia poczętego"
Pani Środa gniewa się na jeszcze jeden przejaw wrażliwości moralnej w narodzie.
Twierdzi, że "narodowy pęd do ochrony 'życia poczętego’ i zmuszania
kobiet do rodzenia nie jest bynajmniej skorelowany z rozbudzaniem troski
nad życiem już narodzonym". To, że nie wszędzie rodzina korzysta z warunków
umożliwiających jej pełnienie swoich zadań, jest widoczne i składa się na
to wiele przyczyn. Ale przyczyną na pewno nie jest "narodowy pęd do
ochrony życia poczętego": bo jeśli człowiek istotnie pragnie chronić
życie poczęte, będzie zdolny także otaczać odpowiednią opieką życie narodzone.
Zadaniem państwa jest stworzyć warunki, w których "troska o życie narodzone" mogłaby
kwitnąć i owocować ku radości wszystkich. Wyrażenie: "zmuszanie kobiet
do rodzenia" jest w tym kontekście zupełnie nie na miejscu i pojawiło
się chyba jako nie dający się ukryć resentyment wobec moralnej odpowiedzialności
za życie, które, skoro się poczęło, powinno móc się urodzić. Jedyną siłą,
która w tej sytuacji "zmusza" kobietę do urodzenia dziecka, jest
to, że jest kobietą, która powinna być odpowiedzialna za swoje dziecko, za
jego prawo do życia. Tą siłą jest sumienie, o którym powiedzieliśmy, że stanowi
o wyjątkowej godności człowieka. Do urodzenia dziecka może zmusić kobietę
tylko ta świadomość, że jest kobietą, czyli istotą wyjątkową, której sam
Bóg Stwórca powierza człowieka w swojej nieskończonej miłości i bezgranicznym
zaufaniu. Cały sens stworzonego świata zależy od tego, by kobieta zjednoczyła
się z tą miłością Boga, który obdarowuje istnieniem na wieczność nowego człowieka,
którego umiłował, zanim zaczął istnieć. Ta siła "zmuszająca" kobietę
do czegoś, co jest najszlachetniejsze w całym świecie, stanowi o wielkości
kobiety. I właśnie tę wielkość, tę szlachetność pani Środa usiłuje zdeptać,
poniżyć, zanurzyć w morzu pogardy i nienawiści.

"Precz z macierzyństwem"
Bo ktoś, kim może być tylko odwieczny nieprzyjaciel Boga i człowieka, wmówił
w panią Środę, że macierzyństwo jest "tragedią", przed którą trzeba
się bronić, że szczęście kobiety zależy od tego, by wyzbyła się miłości,
wierności, czystości i wstydliwości i stała się obiektem "reprodukcyjnym",
wyprutym z sumienia, z serca i rozumu, a za to zaopatrzonym we wszystkie
możliwe sposoby antykoncepcyjne i aborcyjne, które są straszliwą krzywdą,
wyrządzoną kobiecie przez "nowoczesną" cywilizację śmierci. Wszystko,
co mówi o "standardach świadomego rodzicielstwa", jest kpiną, karykaturą
powołania kobiety, jest wymysłem ludzi, którzy dawno utracili poczucie człowieczeństwa
(Alfred Kinsey, Margaret Sanger i inni) i których imiona będą okryte wiekuistą
hańbą.
Wspomnieliśmy już na początku tej refleksji, że w owej "Przedmowie" nieobecni
są mężczyźni: przede wszystkim nieobecni są jako mężowie i ojcowie. Nieobecne
jest małżeństwo, które jest wyrazem Bożego planu wobec ludzkości i które określa
– przez mądrość samego Stwórcy – właściwą rolę przymierza mężczyzny i kobiety
jako podmiotu rodzącego i przyjmującego życie będące darem z rąk Boga Ojca.
Brakuje więc perspektywy antropologicznej i personalistycznej, brakuje świadomości
stworzenia i obdarowania istnieniem, brakuje świadomości powołania, z którego
wynika szczególna odpowiedzialność mężczyzny i kobiety za godne człowieka poczęcie
i urodzenie dziecka. Brakuje w ogóle perspektywy ludzkiej i moralnej, natomiast
panuje mentalność degradująca człowieczeństwo kobiety oraz dziecka poczętego
do poziomu "wyżej zorganizowanej materii", gdzie człowiek może zostać
zastąpiony przez aparaturę laboratoryjną, a dziecko niepożądane może być wyrzucone
na śmietnik wraz z innymi odpadami higienicznymi. I pani Środa śmie nam to
pokazywać jako szczyt postępu i cywilizacji, i jako przejaw "zdrowia" i
wyzwolenia kobiety! To jest zbyt makabryczny żart, z którego może się śmiać
tylko szatan, ukryty i niewidoczny, ale realny promotor tego rodzaju antyludzkich
pomysłów. Dziękujemy. My, Polacy, sobie tego nie życzymy!

ks. prof. Jerzy Bajda

[1] Szerzej, zobacz: Dorota Kornas-Biela, Diagnostyka prenatalna, w: Encyklopedia
bioetyki, Radom 2005, s. 98-105.

drukuj