fot. PAP/EPA

[TYLKO U NAS] K. Miklas: Tegoroczny Turniej Czterech Skoczni to teatr jednego aktora

Kamil Stoch w tym momencie jest już właściwie stu procentowym faworytem do triumfu w klasyfikacji końcowej 66. Turnieju Czterech Skoczni. Trochę dość niespodziewanie, ale zrobił się z tego teatr jednego aktora zwrócił uwagę na antenie Radia Maryja red. Krzysztof Miklas.


Takiego scenariusza chyba nikt się nie spodziewał. Kamil Stoch kroczy od zwycięstwa do zwycięstwa w tegorocznej edycji Turnieju Czterech Skoczni i przez ostatnimi zmaganiami w Bischofshofen ma aż ponad sześćdziesiąt cztery punkty przewagi nad drugim w stawce Andreasem Wellingerem. Tym samym lider biało-czerwonej ekipy jest o krok od wygranej – notabene drugiej z rzędu – w klasyfikacji końcowej całego turnieju.

Stoch w tym momencie jest już właściwie stu procentowym faworytem do triumfu w 66. Turnieju Czterech Skoczni. Do tej pory tylko Richard Freitag mógł być realnym konkurentem dla naszego skoczka, przecież po dwóch konkursach tracił do Polaka jedynie niecałe osiem oczek. Teraz jednak sytuacja jest już praktycznie przesądzona. Przewaga nad drugim obecnie zawodnikiem [Andreasem Wellingerem przyp. red.] wzrosła do ponad sześćdziesięciu czterech punktów, a więc trudno sobie wyobrazić, aby dwukrotny mistrz olimpijski mógł to w jakikolwiek sposób przegrać. Trochę niespodziewanie, ale zrobił się z tego teatr jednego aktora – podkreślił Krzysztof Miklas.

Gość „Aktualności dnia” dodał jednak, że przed Kamilem, oprócz wygranej w całej niemiecko-austriackiej imprezie, stoi jeszcze jedno konkretne wyzwanie. Mianowicie – powtórzyć wyczyn Svena Hannawalda z sezonu 2001/2002 i zostać drugim zawodnikiem w historii, który zwycięży we wszystkich konkursach podczas jednej edycji Turnieju Czterech Skoczni.

Na pewno zależy mu na tym, żeby okazać się najlepszym we wszystkich czterech indywidualnych zmaganiach. Byłaby to powtórka tego, czego dokonał Sven Hannawald szesnaście lat temu. Niemcy „wykręcali” wówczas bardzo brzydkie numery, sięgali po niedozwolone chwyty tylko po to, aby ich rodak mógł triumfować we wszystkich zawodach 50. Turnieju Czterech Skoczni. Kamil Stoch natomiast robił i robi to wszystko w absolutnie czysty sposób, bez najmniejszych zastrzeżeń tutaj nie ma co do tego żadnych wątpliwości i to nas bardzo cieszy – zaznaczył komentator sportowy.

Co istotne, z dalszej turniejowej rywalizacji zrezygnował największy obecnie rywal naszego skoczka. Richard Freitag, bo o nim mowa, w pierwszej serii piątkowego konkurs w Innsbrucku zanotował upadek i niedługo później udał się na badania do szpitala. Wprawdzie nic poważnego mu się nie stało, ale lidera Pucharu Świata – po konsultacjach z lekarzem i trenerem Wernerem Schusterem – zabraknie w Bischofshofen.

Tak po ludzku, żal mi Richarda Freitaga. Niemiec z własnej winy się przewrócił, to był jego ewidentny błąd. Narta naszła mu na nartę, a wtedy nie ma takiego zawodnika na świecie, który zachowałby równowagę. W ostatnich zawodach Turnieju Czterech Skoczni lider naszych zachodnich sąsiadów już nie wystartuje. Musi odpocząć, bo przecież najważniejsze pozostają igrzyska olimpijskie w koreańskim Pjongczangu [925 lutego 2018 r. przyp. red.], a jeszcze wcześniej odbędą się mistrzostwa świata w lotach na mamucim obiekcie w Oberstdorfie [1921 stycznia 2018 r. przyp. red.] Dlatego nie było sensu, aby Freitag po upadku brał udział w drugiej serii zmagań w Innsbrucku – akcentował Krzysztof Miklas.

Finał sześćdziesiątej szóstej edycji Turnieju Czterech Skoczni zaplanowano tradycyjnie, w święto Trzech Króli (6 stycznia). Wówczas na skoczni im. Paula Ausserleitnera w Bischofshofen zostanie rozegrany ostatni konkurs niemiecko-austriackiej imprezy. Początek pierwszej rundy przewidziano na godz. 17:00. W piątek natomiast – o tej samej porze – odbędą się kwalifikacje z udziałem siedmiu reprezentantów Polski.

Sport.RIRM

drukuj