Legia – Lech : Derby (nie) o nic..
Na sam finisz polskiej Ekstraklasy spotkały się dwa zespoły z samego szczytu tabeli. I Legia i Lech – pierwsza i druga drużyna ligi – wbrew pozorom miały po co i o co grać w tym meczu, a na szali znajdował się (zamiast powszechnie uważanej pietruszki) tort o smaku zwycięstwa nad największym ligowym rywalem z kremem z poczucia spełnienia.
Oba zespoły zagrały naprawdę intensywnie i na najwyższym (jak na polską najwyższą klasę rozrywkową) poziomie. Lechici wyszli naprawdę skoncentrowani na spełnianiu założeń taktycznych, w ich poruszaniu się po boisku (zwłaszcza na początku spotkania i nie tylko) widać było dyscyplinę, która aż ociekała ze spoconych czół Lechitów. Także Legioniści pokazali, że mimo zapewnionego tytułu charakteru im nie zabrakło, biegali niezwykle zmotywowani, jakby momentami próbując dwoma zagraniami zdobyć gola. Im niestety brakowało dyscypliny Lecha, widać było braki w koncentracji – ale co sadzić o zwycięzcach, tak nabuzowanych po świetnym sezonie ? I to w dodatku po pierwszym, w moim osądzie, naprawdę rokującym nadzieję na przyszłoroczną Ligę Mistrzów ?
LM życzył przed zawodami Legi Mariusz Rumak, który zaskoczył ostatnio zmianą wizerunku – z zarozumiałego eksperta, w pokornie podchodzącym i do dziennikarzy i chyba do.. swojej pracy eksperta. Bo abstrahując od możliwych opinii na temat trenera Poznaniaków, trzeba przyznać, że wyszli naprawdę dobrze przygotowani na to spotkanie. Sam mecz zaczął się (a może nie zaczął) od incydentów, naprawdę ciężko zrozumiałych dla „normalnych” kibiców, którzy nie mogli obserwować co najmniej połowy boiska dzięki rzuconej racy przez jednego z kiboli Legii..
Wracając do samego przebiegu gry, to chyba pierwszym poważniejszym na jej polu była akcja Lecha z 8’ dzięki niemal stuprocentowemu zagraniu do środka do Pawłowskiego, który stojąc prawie w centrum strefy pola karnego, strzelił prosto w Dusana Kuciaka. Już po 3’ oglądaliśmy akcję „w odpowiedzi” Legii, gdzie Saganowski zszedł do prawego słupka bramki Lecha i strzelił tuż nad nim.. Przez całą pierwszą połowę obserwowaliśmy dobrą grę pressingiem z obu stron, jednak ze wskazaniem na podopiecznych Rumaka, którzy bardziej odpowiedzialnie grali w tym aspekcie. Kontrowersyjnym (oprócz samego karnego dla Legii z początku drugiej odsłony) był faul na Teo, który został, choć prawdopodobnie przypadkiem czubkiem buta w twarz.. Ciśnienie w żyłach mogło podskoczyć fanom Kolejorza po akcji z 33’ gdy Szymon Pawłowski po dobrej kontrze niezbyt dobrze zakończył całą akcje strzałem. Na uwagę zasługuje także zagranie i akcja Jodłowca z 37’ minuty gdzie, tenże zawodnik popisał się świetną grą pod samym polem karnym Krzysztofa Kotorowskiego, niczym rasowy napastnik próbując minąć bramkarza gości, ale jednak zabrakło wykończenia..
Druga połowa to.. dominacja Legii (przez co rozumiem wynik) przy ciągłym ataku ze strony ekipy ze stolicy Wielkopolski. Wcześniej wspomniana sytuacja z 48’ gdy jeden z zawodników gości dotknął (w moim przekonaniu nie celowo i przepisowo – ręka znajdowała się przy ciele) zakończyła się golem (a jakże) Ivicy Vrdoljaka, który uświetnił swój setny ekstraklasowy pobyt na boisku wykorzystanym karnym. Obrońca mistrza Polski dobrze prezentował się w przekroju całego meczu, jednak to chyba Tomasz Jodłowiec, pokazywał najlepszą (chyba jako jeden z niewielu z ekipy obecnego tryumfatora ligi) piłkę na miarę europejskich pucharów. Świetną zmianę dał Claasen, który zastępując Węgra z 11 na plecach w drużynie kolejarza, swoim występem potwierdził przekonanie, że Lech posiada najlepszych skrzydłowych w lidze – co się dziwić, skoro Poznań to jedyna drużyna w której trener jest stały w przeciągu co najmniej 2 sezonów ? Żeby bardziej podkreślić starania Lechitów, wystarczy wspomnieć o sytuacji Pawłowskiego z 66’, gdzie mocnym dośrodkowanie nieźle nastraszył Słowaka między słupkami Wojskowych, a już minutę później Kasper Hamalainen atomowym i dobrze rokującym strzałem uderzył – ku uldze Legionistów w środek bramki. Już wówczas doszło do pierwszych zmian wśród gospodarzy, młody Kosecki zmienił solidnie zarabiającego na uznanie Kucharczyka, który solidnie się też zmęczył.. Kolejne minuty ze wskazaniem na zabiegi Kolejarskich, którzy usilnie starali się przełożyć wynik na grę, ale to Legia groźnie po wrzutce Tomasza Brzyskiego w 77’ spowodowała nerwy Kotorowskiego.. Nerwy, których nie utrzymał na wodzy w 85’ gdy po beznadziejnym odegraniu Kamińskiego (najgorszy jego mecz, jaki dane mi było widzieć) do piłki dopadł Bartosz Bereszyński i były piłkarz Lecha nie dał szans nie wiedzącemu co robić golkiperowi gości. 2:0 i po meczu, choć to Lech zasługiwał na lepsze rozstrzygniecie. Ale piłka lubi być niesprawiedliwa i okrutna, i mimo usilnych i godnych wzmianki starań Lecha Poznań do samego końca, czyli.. do gry w racowej mgle (kibole Legii chyba lubią świętować nie zastanawiając się nad niczym – chociaż w takich okolicznościach, to może i zrozumiałe ? ) to warszwska L-ka świętowała koniec sezonu z 3 punktami na koncie..
Całe spotkanie, jako starcie na szczycie nie zawiodło. Mogły denerwować przerwy w grze i stracone szanse takie jak po rajdzie Pawłowskiego w 80’, ale jako widowisko i 37 spotkanie wieńczące (w końcu mamy stałych liderów, liderów w sensie powtarzalności wyników) Ekstraklasę dało się ocenić jako atrakcyjne. Wspomnianej Legii dominacji chciałbym jednak poddać krytyce i jako mistrzowi, ta krytyka jest jak najbardziej na plus – powinna bardziej zwierać szyki. To co prezentuje na polską ligę wystarcza, ale jak podkreśliła to Steaua Bukareszt – na LM ciągle może być za mało..
Legia Warszawa – Lech Poznań 2:0
Vrdoljak 48’ (k.) Bereszyński 85’
Legia Warszawa: Dusan Kuciak – Bartosz Bereszyński, Inaki Astiz, Jakub Rzeźniczak, Tomasz Brzyski – Michał Żyro, Ivica Vrdoljak, Tomasz Jodłowiec, Ondrej Duda (75. Helio Pinto), Michał Kucharczyk (68. Jakub Kosecki) – Marek Saganowski (90+4. Orlando Sa)
Lech Poznań: Krzysztof Kotorowski – Tomasz Kędziora (46. Mateusz Możdżeń), Marcin Kamiński, Hubert Wołąkiewicz, Luis Henriquez – Gergo Lovrencsics (55. Daylon Claasen), Łukasz Trałka, Karol Linetty, Kasper Hamalainen (87. Dawid Kownacki), Szymon Pawłowski – Łukasz Teodorczyk
Sport/RIRM
