Trud misyjnego powołania

Z o. Tadeuszem Rostworowskim, jezuitą posługującym w Melbourne, rozmawia Małgorzata Lewicka

Posługuje Ojciec w Malburne w Australii. Wcześniej 16 lat pracował Ojciec w Rumunii. Proszę opowiedzieć o swojej misyjnej drodze.

Decyzję o mojej misji podjęli przełożeni. 1 marca 1992 roku Prowincjał Rzymu wysłał fax. W wiadomości przeczytałem, że zostanę oddelegowany do Rumunii. I tak rzeczywiście się stało. Przez cały okres komunizmu, aż do ’89 roku, zakony w Rumunii były zakazane i nie mogły normalnie funkcjonować. Zaraz po tzw. rewolucji, która miała miejsce w grudniu ’89 roku, Kościół znów mógł oficjalnie istnieć, a zakony wyszły z podziemia. Wtedy też prowincjał o. Emil Puni udał się do generała o. Kolvenbacha, prosząc go o odnowienie Prowincji Jezuitów. Ojciec generał wysłał dwóch ojców: Włocha i Maltańczyka. Następnie zwrócił się do całej wspólnoty z propozycją wyjazdu do Rumunii. Zgłosiło się kilku ojców; w konsekwencji pojechało dwóch: jeden z Belgii, a drugi z Hiszpanii. W następnej kolejności ojciec generał zwrócił się do naszego prowincjała z prośbą o wysłanie na misje do Rumunii ojców (przed wojną Rumunia była wiceprowincją Prowincji Krakowskiej). Ojciec prowincjał wskazał mnie na to miejsce. Zadaniem ojców w Rumunii miało być założenie bazy dla jezuitów, którzy będą tam pracować.

Czy posługa w Rumunii była trudna?

Łatwo nie było. Nie znałem języka rumuńskiego. Pojechałem tak naprawdę w ciemno. Pamiętam, jak jechałem pociągiem z Krakowa do Devy.  Jedyne, co wiedziałem, to o której godzinie mam wysiąść. Stacje były ciemne i nieoświetlone.

Mając ponad 32 lata na nowo podjąłem trud, by uczyć się języka rumuńskiego. Misja nie była łatwym doświadczeniem w moim życiu. Do wspólnoty jezuitów miałem ok. 400 km. Zdarzało się, że jechałem całą noc, aby móc spotkać się ze swoimi współbraćmi. Wracałem następnej nocy, a rano prowadziłem wykłady z filozofii.

Po trzech latach powstała wspólnota jezuitów w Jassach. Trudnym dla mnie zadaniem było zbudowanie kolegium jezuitów. Byłem odpowiedzialny za budowę tego obiektu.  Ks. Tischner mówił, że marksizm był filozofią pracy. Jednak znamienne było to, że zniszczono kulturę pracy. Praca stała się przekleństwem, a nie czymś, co buduje człowieka.

Później zostałem wysłany do Bukaresztu (stolicy Rumunii) z zamiarem utworzenia formy centrum kulturalnego. Wtedy udało mi się nawiązać kontakt z intelektualistami na najwyższych szczeblach kultury rumuńskiej. W tym czasie powstało kilka ważnych tłumaczeń. Przetłumaczyliśmy m.in. dzienniczek św. Faustyny. Co więcej, premier Rumunii przetłumaczył z języka angielskiego książkę George Weigel’a pt. „Świadek nadziei”. To jedna z najlepszych biografii Jana Pawła II. To był krótki, ale owocny czas.

Proszę Ojca, czy w Rumunii jest wielu katolików? Jak Rumuni wyznają swoja wiarę?

Rumunia jest krajem prawosławnym. Na ogół wierzących, ponad 85 proc. to właśnie prawosławni. Katolików w Rumunii jest stosunkowo niewielu; ok. 5 proc.  Sprawa jest o tyle skomplikowana, że w Kościele katolickim były trzy języki i trzy ryty. Wyróżniamy katolików języka rumuńskiego, węgierskiego oraz niemieckiego. Dwa pojawiąjące się główne ryty to: łaciński i grekokatolicki oraz szczątkowy, ale istniejący ryt ormiański.

Kiedy przebywałem w Rumunii, Kościół katolicki przeżywał wielki entuzjazm. Po tylu latach zniewolenia i komunizmu kościoły były pełne; młodzież garnęła się do księży. Przypuszczam, że obecnie tak nie jest. Miliony młodych ludzi wyemigrowało z Rumunii w celach zarobkowych i nie zawsze utrzymali wiarę. Ponadto pojawiło się zjawisko „eurosieroty”. Młodzi małżonkowie wyjeżdżali za granicę, zostawiając swoje dzieci dziadkom. Dzieci przeżywały sieroctwo, mimo iż miały rodziców. Tragedia rozbicia rodziny była bardzo widoczna w Rumunii.

W 2008 roku wróciłem do Polski. Kończąc studia w Rzymie, zrobiłem doktorat w oparciu o filozofię i myśl Karola Wojtyły. Pisałem na temat: „Zagadnienie poznania w: <<Osobie i czynie Karola Wojtyły>>”. Wracając do Polski, chciałem rozwijać działalność naukową. Po powrocie do Krakowa wykładałem przez trzy lata filozofię, a później historię filozofii na krakowskiej Akademii Ignatianum. Jednocześnie przygotowywałem habilitację nt.: „Zagadnienie śmierci w kulturze rumuńskiej”. Przez 2 lata chodziłem do kliniki paliatywnej, aby doświadczyć żywej sytuacji granic człowieka. Miałem kontakt z ludźmi umierającymi. To było bardzo ubogacające, a równocześnie budujące dla mnie doświadczenie. Starałem się pomóc tym ludziom przygotowując ich do śmierci. Następnie zostałem wysłany do pracy wśród Polonii w Melbourne w Australii, gdzie posługuję od 2 lat.

Czy to oznacza, że istota śmierci w kulturze rumuńskiej różni się od naszej?

Rumuni przeżywają śmierć w wymiarze radości. Jest nawet wesoły cmentarz, który powstał, jako coś, co bardzo głęboko utkwiło w kulturze rumuńskiej; jako pewne dziedzictwo kultury Daków.  Jednym z objawów czczenia boga Zamolxis przez starożytnych Daków był właśnie uśmiech. W momencie śmierci trzeba się jak najpiękniej uśmiechnąć. Tak jak dziecko płacze wchodząc w życie, powinno uśmiechnąć się wchodząc w lepsze życie. Ten objaw radości – śmiech wyraził się nawet w rumuńskiej epopei Mioriţa. Mioriţa to owieczka. W Rumunii wymiar pasterski jest bardzo mocno widoczny. Centralnym tematem jest śmierć. Śmierć najdzielniejszego z pasterzy. To on budzi zazdrość wśród dwóch pozostałych pasterzy, którzy knują przeciwko niemu spisek. Dzielnego pasterza ostrzega owieczka. Pasterz reaguje w sposób zdumiewający. Nie ucieka, nie broni się tylko mówi, co mają mu włożyć do trumny. Fragment opowieści, który przytoczyłem ma charakter legendy.  Tym zajmowałem się.

Później chciałem podejść do wymiaru śmierci w kontekście Karola Wojtyły: śmierci, jako czynu człowieka. Śmierć nie jest tylko fatum, które na nas ciąży, ale jest przeżywana, jako czyn. W takim znaczeniu, że gdybym wiedział, że to jest mój ostatni dzień życia to mógłbym go przeżyć inaczej. Niezdefiniowana perspektywa to coś, co sprawia, że człowiek żyje na powierzchni, żyje bezrefleksyjnie, a nawet daje się porwać codziennemu rytmowi, nie reflektując o końcu. Właśnie w takim duchu chciałem podejść do zagadnienia śmierci, jako czynu. Jak można przeżywać śmierć, jako czyn? Czyn w znaczeniu Karola Wojtyły oznacza świadome działanie człowieka, który poprzez czyn kształtuje siebie, ale równocześnie ujawnia siebie.

Ojciec Święty umierał w podobny sposób…

Oczywiście. Ojciec Święty dał największy tego przykład. Powiedział: „Pozwólcie mi odejść do domu Ojca”. To była synteza całego jego życia. Równocześnie był to znak, że żył jakby w obliczu śmierci. Śmierci rozumianej nie w banalny sposób. To, co mówi się o kulturze amerykańskiej, że poprzez różne filmy doprowadziła do zbanalizowania śmierci. Sprowadziła śmierć wyłącznie do zabijania. To nie o to chodzi.

Ojciec otrzymał święcenia kapłańskie wraz ze swoim bratem z rąk Papieża Jana Pawła II. Jak Ojciec wspomina tamte chwile?

Miałem takie szczęście, że w 1974 roku, kiedy wstąpiłem do Towarzystwa, spędziłem 8 dni na wakacjach z Ojcem Świętym. Jan Paweł II miał swój namiot. Kontakt z nim był niecodzienny. W pierwszych dniach Papież chodził do lasu i przygotowywał relacje na Synod Biskupów. Jednak już po dwóch dniach wyprawy pływał z nami na kajakach. To było ważne doświadczenie.  Kiedy studiowałem w Rzymie zależało mi na tym, aby otrzymać święcenia kapłańskie właśnie w tym mieście. To był 1983 rok. Przed święceniami kapłańskimi prosiłem ówczesnego prowincjała, by przyjąć je razem z bratem. Początkowo prowincjał nie bardzo chciał się na to zgodzić, ale w końcu dał przyzwolenie. Razem z bratem, który od 22 lat jest misjonarzem w Zambii, byliśmy święceni w Bazylice św. Piotra, 12 czerwca 1983 roku. Było nas 74 z całego świata. Pamiętam do dziś, co powiedział Ojciec Święty, gdy do niego podszedłem: „trzymaj się”. Następnego dnia razem z bratem koncelebrowaliśmy z Ojcem Świętym Eucharystię. Byli na niej obecni również nasi rodzice.

Obecnie Ojciec posługuje w Australii. Jak wygląda ta posługa?

W Australii posługuję od dwóch lat. To jest duszpasterstwo polonijne. Polonia bez Kościoła katolickiego ginie. Ludzie zapominają o języku. Naszym zadaniem jest posługiwanie Polonii: utrzymanie wiary i języka. Jest nas trzech jezuitów. Jest o. Wiesław Słowik, który posługuje od 40 lat. O. Słowik jest naszym przełożonym, a zarazem rektorem misji katolickiej w Australii i Nowej Zelandii. Jest również o. Ludwik Ryba, który pracuje od 17 lat w Melbourne. Ja posługuje w Australii od dwóch lat. Każdy z nas ma jedną placówkę i odprawia Mszę św. w kościele australijskim. To duszpasterstwo polega na przygotowaniu do sakramentów, pracy w konfesjonale oraz na stałym kontakcie z ludźmi.

Stryjek Ojca był kapelanem podczas Powstania Warszawskiego. Czy opowiadał Ojcu o swoich przeżyciach?

W naszej rodzinie było dwóch jezuitów: Jan i Tomasz. Tomasz był człowiekiem wielkiej radości. Był człowiekiem, który wspaniale grał na fortepianie. Skończył konserwatorium muzyczne w Wilnie.  Ojciec Tomasz przeżył II wojnę światową w Warszawie. Tam zajmował się młodymi. Gdy wybuchło Powstanie Warszawskie gen. Bór Komorowski (ze względu na powiązania rodzinne, bo nasza prababka była Komorowska) szukał o. Tomasza Rostworowskiego, jezuitę.

Była to postać znana w Warszawie. Potrafił gromadzić wokół siebie wielu młodych, również jako kapelan Powstania Warszawskiego – jak sam pisze we wspomnieniach. Był kapelanem w sztabie generalnym, dwóch batalionów, kapelanem w szpitalach polowych. Rozmawiałem z nim o tym ponieważ w szkole uczono nas, że Powstanie Warszawskie było wydarzeniem niepotrzebnym. Chciałem więc żeby stryj wyjaśnił mi, jak było naprawdę. On opowiedział mi pewną historię. Był koniec września 1944 r. Niemcy pacyfikowali powstanie, starali się je stłumić, otaczali pierścieniami. Wiadomo było, że Starówka upadnie. Wówczas przyszedł rozkaz od pułkownika – nocą miano złamać pierścień wojsk niemieckich i przejść do Śródmieścia. Mój stryj był wówczas ze sztabem generalnym, to był jego obowiązek.

Kiedy akcja się powiodła, wrócił do rannych do szpitali, tam gdzie posługiwał jako kapelan. Chorzy byli rozgoryczeni, że zostawiano ich na pastwę. Następnego dnia miała być ewakuacja. Mój stryj bardzo to przeżył i dojrzała w nim decyzja, że zostanie z chorymi. Kiedy ludzie szli kanałami do śródmieścia, on stał przy włazie i udzielał wszystkim rozgrzeszenia, błogosławieństwa; a kiedy przyszła jego kolej powiedział, że zostaje. Żołnierze nie mogli uwierzyć, a on pierwsze kroki skierował do Puszki z Najświętszym Sakramentem, zostawionej w jednym z Kościołów, i przygotowywał ludzi w szpitalu do tego, co rano miało nastąpić. Modlił się z nimi, śpiewał, tak jak Ojciec Maksymilian w celi śmierci – po prostu być z Bogiem, nie poddać się temu, co miało nastąpić.

Niemcy przyszli rano. Oddziały SS paliły miotaczami ognia blok po bloku i kiedy zbliżyli się do naszego budynku, oflagowanego na biało, powiedzieli: macie 10 minut na wyjście. Mój stryj wraz z sanitariuszkami, które zostały, by usługiwać tym chorym, wynosili kogo mogli. Przez 10 minut nie mogli wiele dokonać, ale wtedy mój stryj wyniósł chyba jednego z naszych ojców. Po tych 10 minutach szpital pełen chorych został spalony. Osoby, które opuściły budynek były prowadzone w takim szeregu nad Wisłę. Mój stryj był przekonany, że prowadzą ich na rozstrzelanie.  W pewnym momencie stryjowi udało się zbiec. Są dwie wersje. Pierwsza taka, że uciekł w ruiny Warszawy. Druga, że niemiecki żołnierz, kiedy spostrzegł, że to kapłan – kazał mu uciekać.

Faktem jest, że w tych ruinach był miesiąc. W swoich wspomnieniach opisuje ten pobyt w ruinach zniszczonej Warszawy. Po miesiącu, kiedy wybuchy ustały, dymy opadły został złapany przez Niemców, bo sobie coś pichcił i unosił się dym. Został aresztowany i sprowadzony do Pruszkowa. Tam dowiedział się, że pośmiertnie został odznaczony Orderem Virtuti Militari. O tym opowiadał mi bardzo wiele. W 1950 r. został aresztowany i skazany na 12 lat więzienia, dlatego że walczył o Królestwo Chrystusowe, a nie o państwo socjalistyczne. Bezpośrednim powodem aresztowania było to, że przyszedł do niego student i na wszelkie świętości zaklinał się, błagał, żeby przechował mu broń. Mój stryj wziął tę broń. Za kilka minut UB wkroczyło i aresztowano go.

Siedział siedem lat w najcięższych więzieniach: w Rawiczu, w Warszawie na Rakowieckiej. Co było znamienne, że po tych siedmiu latach wyszedł jakby radośniejszy: zaczął śpiewać piosenki które ułożył w wiezieniu. Kilka lat temu powstała płyta CD, nagranie mono, na której są jego więzienne piosenki. Wszyscy byli zdumieni, zaskoczeni, że wyszedł taki niezłamany, chociaż mu niszczono zdrowie. Sam o tym mówił. Był harcerzem, człowiekiem niepoddającym się. Umarł w Łodzi w 1974 r., w wieku 70 lat. Byłem wtedy w kraju, miałem z nim kontakt na 10 dni przed jego śmiercią, rozmawiałem z nim codziennie. Jak z jego bratem jechaliśmy odebrać ciało twarz miał radosną, pogodną, spokojną.

Mój stryj spisał wspomnienia. Pierwsza wersja wyszła w paryskim wydawnictwie „Spotkania”. Potem stryj Stanisław Rostworowski przygotował dwa tomy. Pierwsze wspomnienia z okresu Powstania Warszawskiego, i więzienia, wyszły w wydawnictwie „Rytm”. Jeżeli dobrze pamiętam także w warszawskim wydawnictwie wydano drugi tom. To są jego listy. On wiele pisał, w Radiu Watykańskim był kierownikiem polskiej sekcji Radia Watykańskiego. Przez kilka lat publikował listy, zapiski z rekolekcji.

Czym zajmował się o. Jan?

Ojciec Jan to była też bardzo znamienna postać. Swoją Mszę św. prymicyjną odprawiał w obecności dwóch arcybiskupów. Wśród nich był arcybiskup Szeptycki. On sam był człowiekiem wielkiej kultury. Mówił wieloma językami. Napisał pracę, która miała być jego pracą doktorską, o biskupstwach w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. Poza tym był znany jako rekolekcjonista, głosił rekolekcje dla Episkopatu Polski w Częstochowie, w okresie międzywojennym, a szczególnie dla sodalicji ziemian. Wiele osób pisało do niego, między innymi prymas Hlond, ale także wielu biskupów. Ojciec Jan był przez wiele lat redaktorem naczelnym „Przeglądu Powszechnego”. Ten Przegląd był na naprawdę wysokim poziomie. Napisał też książkę: „Obrazki życia Zbawiciela”, która była wielokrotnie wznawiana. Wiele osób korzystało z jego pracy.

Ojciec ma także brata jezuitę – o. Jakuba. Gdzie posługuje?

Mój brat – ojciec Jakub jest w Zambii już 22 lata. Jest proboszczem na parafii, gdzie posługuje dwóch polskich jezuitów. Parafia jest długa na 100 km, szeroka na 50 km. Mają tam 30 stacji misyjnych. Praca tam to jego żywioł, pasja. Podziwiam go, wstaje o godz. 4.30, idzie do Kościoła i modli się godzinę, a później rozpoczyna dzień pracy.  Teren, na którym jest parafia, gdzie mój brat jest proboszczem, był chrystianizowany przez anglikanów, bo to była kiedyś Kolonia Brytyjska Rodezja. Dlatego on tam wybudował kaplicę z Adoracją Najświętszego Sakramentu. Chciał ludzi rozbudzić poprzez modlitwę, kontemplację Najświętszego Sakramentu. Cechą charakterystyczną dla jego posługi jest szerzenie wielkiego kultu Maryjnego. On urodził się 15 sierpnia i dlatego mama dała mu na imię Jakub, Maria Rostworowski. On zawsze o tym pamiętał i sobie to cenił.

Chciałby Ojciec nagłośnić losy Stefana Jasińskiego. Skąd zainteresowanie jego postacią?

W 1944 r. aresztowano polskiego oficera Stefana Jasińskiego, był cichociemnym. Otrzymał zadanie, które przekraczało możliwości i siły jednego człowieka. Przejmował wszystkie grypsy z Oświęcimia i przekazywał do Londynu. Złapano go pod koniec września. Był ciężko ranny w brzuch, dlatego esesmani przewieźli go do obozu i umieścili na pewien czas na tak zwanym rewirze. Sanitariuszami byli polscy lekarze, kilku z nich też w organizacji podziemnej, która tam była. I rzecz zdumiewająca, jednym z przywódców tych organizacji podziemnych był Józef Cyrankiewicz, który tak się potem niechlubnie zapisał. Wiadomo było, że Stefan Jasiński będzie przesłuchiwany, bity. Na rewirze trzymano go kilka tygodni, potem został zesłany na blok śmierci.

Umieszczono go w celi, która była obok tej, w której zginął św. Maksymilian Maria Kolbe. Stefan Jasiński był architektem, przed wojną studiował architekturę i w tej celi gdzie był zachowały się rysunki, które zostawił na ścianach. Wśród nich dwa były szczególnie znamienne. Obrazują Krzyż, jest ikona Serca Pana Jezusa. W tej Ikonie jest wielka godność Chrystusa. Jak człowiek się wpatruje w tę Ikonę to widać, że on głowę swoją składa na piersiach Chrystusa, będąc w takim piekle. Na drzwiach pozostały rysunki, jakby obrazujące jego życie. Jest jego herb rodzinny, jest znak Arkonii, do której należał. Jest też samolot, którym został rzucony jako skoczek na Polskę w 1943 r. Ta Ikona Serca Pana Jezusa, to niesamowity znak. Człowiek, który działał w takim piekle – w ogniu nienawiści do wszystkiego, co ludzkie – mając 31 lat głowę swoją kładzie na piersiach Chrystusa i kontempluje Serce Jezusowe. Chodzi mi o to, żeby mówić o tym człowieku. Kilka dni temu byłem w Oświęcimiu. Byłem w tej celi, widziałem rysunki. One są pod szkłem. Nie zostały zniszczone dlatego, że zginął na kilka dni przed wyzwoleniem obozu, zostawiając świadectwo miłości, które jest większe od wszelkiego rodzaju nienawiści. Jest naprawdę czymś ważnym.

Jak Ojciec postrzega Radio Maryja?

W Radiu Maryja jestem już po raz trzeci. To jest wielkie dzieło Matki Bożej przy ograniczeniach ludzkich. Radia Maryja słuchają ludzie nawet wśród Polonii Australijskiej, najdalej odsuniętej od Polski. Ludzie cieszą się, że mogła słuchać radia, chcą też wspomagać. To jest wielka rzecz. Radio Maryja ewangelizuje, ale jest też znakiem wielkiego patriotyzmu, ukochania tych wartości, które są teraz najbardziej zagrożone i najbardziej atakowane.

Dziękuję za rozmowę.

Z o. Tadeuszem Rostworowskim, jezuitą posługującym w Melbourne, rozmawiała Małgorzata Lewicka

 

 

drukuj