Spróbuj Pomyśleć: „Po co komu istotny powód, kiedy wystarczy błahy pretekst?”


Pobierz Pobierz

Szczęść Boże!

Podłożenie Irlandii świni nafaszerowanej dioksynami dziwnym trafem ujawniono z wycyzelowanym opóźnieniem nie tylko po to, aby obrzydzić ludziom Święta Bożego Narodzenia, do czego chrześcijanie zdążyli się już chyba przyzwyczaić, ale i by rzucić na kolana niepokornych Irlandczyków. Nie dość, że nie chcą zrezygnować z suwerenności, to jeszcze trują całą Europę. Kto z telewizyjnych przekazów pamięta widok potwornie uszkodzonej skóry twarzy kandydata na prezydenta Ukrainy, ten dokładnie wie, czego można się spodziewać po spożyciu dioksyn zawartych w jednym tylko talerzu zupy.

No cóż. Żyjemy w kraju, w którym z ekranów telewizji publicznej, a więc i misyjnej, płynie przekaz reklamowy o tym, jak to za jedyne 99 złotych pozbyć się można metali ciężkich, wirusów, bakterii, a nawet pasożytów, przyklejając na noc uzdrowicielskie plastry do stóp. Budzimy się rano, a tu na prześcieradle kłębi się 10 metrów tasiemca. Oby tylko nie był uzbrojony! Reklama nie wspomina jednak o zdolności plastrów do wyciągania dioksyn z organizmu człowieka. Nic więc dziwnego, że na trop irlandzkich boczków i pasztetów rzucono wszystkie siły gwarantujące nam bezpieczeństwo żywności. Skoro nie można leczyć, plastrami – oczywiście, to trzeba zapobiegać. Sprawnie przeprowadzona akcja pod kryptonimem „Irlandzka świnia”, a bo to zatruta dioksynami, a bo nie chce do chlewa, w którym usłyszy „du Schweine”, wykazała przede wszystkim ogrom importu mięsa zalewającego polski rynek z kierunków, jak zwykle nieprzewidywalnych. Nie od dzisiaj wiadomo, że kawałek mięsa, nawet półtusza, zdjęcia w paszporcie nie ma i identyfikacja kraju pochodzenia jest co najwyżej kwestią wiary w mniej lub bardziej prawdziwe dokumenty. Oczywiście im bliższe związki importera ze służbami kontrolnymi, tym łatwiej służbom uwierzyć w dokumenty na odległość cuchnące fałszerstwem. Biorąc pod uwagę monopol znanej grupy polityczno – biznesowej na zyskowny obrót płodami rolnymi, od jej członków należy uzyskiwać informacje, za pomocą wywiadów prasowych lub przesłuchań, skąd pochodzi i jaka jest żywność lądująca na naszych stołach. Kupić tanio, sprzedać drogo, odpalić za kryszę, a czysty zysk zainwestować mądrze i bezśladowo, to rutyna o wieloletniej, niczym niezakłóconej tradycji. A tanio można kupić produkt niepełnowartościowy, a najtaniej – szkodliwy dla zdrowia konsumentów. Tu jest największy zysk. Wystarczy przypomnieć dokonany w minionej dekadzie import do Polski prionów wywołujący u ludzi nowy wariant choroby Creutzfeldta – Jakoba , a u bydła tzw. chorobę szalonych krów.

Do 1986 r., zanim odkryto, że krowy chorują na BSE, na spożycie przez ludzi w Wlk. Brytanii przeznaczono 54 000, a do 1989 r. – 446 000 sztuk bydła dotkniętego BSE. Dopiero w 1989 r. specjalnie powołany komitet doradczy rządu Wlk. Brytanii zalecił wycofać ze sprzedaży mózg, śledzionę, grasicę, migdałki i jelita oraz nakazał spalenie lub zakopanie zwłok zwierząt chorych na BSE. Jednak nakazy nie były ściśle egzekwowane, więc przyjmuje się, że w latach 1989-1995 aż 282 000 sztuk zakażonego bydła zostało przeznaczonych do spożycia przez ludzi. Ogółem uważa się, że zakażonych BSE było 3-5% zwierząt, które weszły do łańcucha pokarmowego człowieka. Zaraza mogła szerzyć się bez przeszkód nie tylko w ramach jednolitego wspólnego rynku europejskiego, lecz także poza nim. Oto w latach 1993-1994 z obszaru Unii Europejskiej pozbyto się 710 000 ton zapasów wołowiny, oferując ją po konkurencyjnej cenie 0,8-0,9 dolara za kilogram. Na tej ofercie zarobiły też firmy importujące mięso do Polski. Tylko w 1994 r. sprowadzono do nas około 25 tys. ton wołowiny i 22 tys. ton (licząc w wadze mięsa) żywca wołowego, co stanowiło ok. 10% krajowej produkcji wołowiny i miało – w opinii polskiego resortu rolnictwa – zrównoważyć spadek produkcji krajowej. Według ministerstwa rolnictwa, w latach 1994-1999 do Polski przywieziono 30 000 krów z krajów, w których stwierdzono BSE. Dopiero z początkiem 2000 r. władze wprowadziły zakaz importu bydła, mięsa, przetworów, jelit, a także mączki mięsnej z krajów, w których występuje BSE.

Wracając do dioksyn należy przypomnieć ich definicję. Zgodnie z Rozporządzeniem Komisji (WE)Nr 199/2006 z dnia 3 lutego 2006 r. zmieniającym rozporządzenie (WE) nr 466/2001 ustalającym najwyższe dopuszczalne poziomy dla niektórych zanieczyszczeń w środkach spożywczych w odniesieniu do dioksyn i dioksynopodobnych PCB, Temin „dioksyny” obejmuje grupę 75 polichlorowanych dibenzo-p-dioksyn („PCDD”) oraz grupę 135 polichlorowanych dibenzofuranów („PCDF”), z których 17 ma działanie toksyczne. Polichlorowane bifenyle („PCB”) stanowią grupę 209 różnych kongenerów, które mogą być podzielone, ze względu na swoje właściwości toksykologiczne, na dwie grupy: niewielka ich liczba wykazuje własności toksykologiczne podobne do dioksyn i dlatego są one nazywane „dioksynopodobnymi PCB”. Większość z nich nie wykazuje toksyczności „dioksynopodobnej”, lecz ma inny profil toksykologiczny. Każdy kongener dioksyn lub dioksynopodobnych PCB prezentuje inny poziom toksyczności. Aby móc podsumować toksyczność tych różnych kongenerów, w celu ułatwienia oceny ryzyka i kontroli regulacyjnej wprowadzona została koncepcja współczynników równoważności toksycznej („TEF”). Oznacza to, że wyniki analizy odnoszące się do poszczególnych kongenerów dioksyn i dioksynopodobnych PCB są wyrażone w postaci jednej jednostki wartościującej: „Równoważnik toksyczny TCDD” („TEQ”). W 2001 r. Komitet Naukowy ds. Żywności (SCF) wydał opinię w sprawie oceny ryzyka dioksyn i dioksynopodobnych PCB w żywności, aktualizując swoją opinię w tej sprawie z 2000 r. w oparciu o nowe informacje naukowe dostępne od czasu wydania poprzedniej opinii. SCF ustalił dopuszczalną tygodniową dawkę („TWI”) dla dioksyn i dioksynopodobnych PCB na 14 pg WHOTEQ/ kg masy ciała. Szacunki dotyczące narażenia wskazują, że u znacznej części populacji Wspólnoty w pokarmie przekraczana jest dopuszczalna tygodniowa dawka. Dla pewnych grup ludności w niektórych krajach ryzyko może być większe ze względu na szczególne nawyki jedzeniowe.

W moim, od dawna głoszonym, przekonaniu w warunkach naszego kraju głównym źródłem zagrożenia ludzi dioksynami, obok przemysłowych źródeł skażenia powietrza, jest spalanie śmieci w domach. Latem z wielu kominów wydobywa się ledwo widoczna smużka. Za to zimą, zwłaszcza w nocy, wąwozy ulic, kotlinki i doliny zapełnia dym. Drobny pył ląduje na łąkach, polach i stawach. Jest głównym nośnikiem kancero- i teratogennych dioksyn. Wypasane w okolicy kurki, świnki, czy krówki a także karpie z pobliskiej sadzawki odkładają dioksyny w swoim tłuszczu. Odkładają je dla nas – konsumentów. Wytyczne Unii Europejskiej z lipca 2004 przewidują wstrzymanie produkcji mleka, jaj, mięsa i ryb w gospodarstwie, z którego pochodzą skażone dioksynami produkty, ich zniszczenie lub odpowiednie przetworzenie (np. odtłuszczenie) w przypadku mleka.


Z Panem Bogiem
dr Zbigniew Hałat

drukuj