Myśląc Ojczyzna: „Od sukcesu do sukcesu”
Szanowni Państwo!
W ostatnim tygodniu nagromadziło się tyle sukcesów, że wprost nie wiadomo, od którego najpierw zacząć. Można powiedzieć, że brniemy od sukcesu do sukcesu, zupełnie tak samo, jak za Edwarda Gierka, dopóki wszystko się nie zawaliło. Ale skoro już brniemy, to wypada zacząć od początku, a potem – krok za krokiem.
Przed tygodniem pan prezydent zwołał w swoim pałacu „szczyt społeczny”. Sam przebieg obrad został otoczony mgłą tajemnicy, na pewno mgłą w najlepszym gatunku, więc nie wiemy dokładnie, kto i jak radził. Wiemy tylko, co uradzono. A uradzono, żeby sformułować narodową strategię walki z kryzysem. To znaczy, że podczas tego szczytu u pana prezydenta nie tylko żadnej strategii nie sformułowano, ale – że odrzucono również strategie partyjne, jakie, niezależnie od siebie przygotowały partie: Prawo i Sprawiedliwość i Platforma Obywatelska. Dodajmy, że te strategie były nie tylko całkowicie odmienne, ale w dodatku Prawo i Sprawiedliwość uznało, iż strategia Platformy Obywatelskiej przyniesie więcej szkody, niż pożytku, zaś Platforma Obywatelska tak samo zdyskredytowała strategię przygotowaną przez PiS. Skoro takie opinie przedstawili wybitni reprezentanci obydwu partii, dla których pracują sztaby fachowców, to czyż nam, zwyczajnym zjadaczom chleba, wypada zaprzeczać? Jasne, że nie wypada i dlatego lepiej rozumiemy, dlaczego uczestnicy szczytu u pana prezydenta spokojnie przeszli nad tymi strategiami do porządku i uradzili, że prawdziwą strategię trzeba dopiero sformułować. Nawiasem mówiąc, oznacza to, że sami też nie mieli żadnego pomysłu, co robić, bo gdyby wiedzieli, to by po prostu odpowiednią strategię przyjęli i ogłosili.
No i słusznie, bo co z tego, że na szczycie u pana prezydenta ktoś, dajmy na to, wymyśliłby strategię walki z kryzysem i nawet ją ogłosił, a Unia Europejska na szczycie w Brukseli przyjęłaby inną? Trzeba by było z podkulonym ogonem wycofywać się z dopiero co przyjętej i uznanej za znakomitą strategii, a przyjąć i zacząć wychwalać strategię unijną, bo wiadomo, że szczyt u pana prezydenta Kaczyńskiego jest ważny, jakże by inaczej – ale szczyt w Brukseli jest ważniejszy, to chyba jasne?
Więc dla każdego było oczywiste, że narodową strategię walki z kryzysem należy opracować inną metodą. W tym celu premier Tusk spożył śniadanie antykryzysowe z naszą Katarzyną Wielką, czyli panią kanclerz Anielą Merkel. Wyłożyła mu ona dokumentnie zasady naszej narodowej strategii walki z kryzysem. Dzięki temu w Brukseli pan premier Tusk mógł ją już opowiedzieć własnymi słowami i – patrzcie Państwo! – nasza narodowa strategia odniosła na brukselskim szczycie pełny sukces!
A strategia nasza polegała na tym, by odrzucić węgierski postulat wsparcia krajów Europy Środkowej przez zamożne państwa „starej” Unii i uzyskać w zamian pożyczkę z Europejskiego Banku Inwestycyjnego, w wysokości 4 miliardów euro. Wiadomo, że pożyczka jest korzystniejsza od bezzwrotnej zapomogi. Tak w każdym razie uważa pan Rostowski i pewnie dlatego został delegowany do rzadu premiera Tuska w charakterze ministra finansów.
Ta pożyczka ma być przeznaczona na infrastrukturę, a konkretnie – na budowę autostrady z Berlina do Warszawy i przyłącza energetyczne na granicy państwa. Chodzi zapewne o przyłącza na granicy polsko-niemieckiej, które później zostaną sprywatyzowane na rzecz Niemiec, a Polska będzie długi spłacała i spłacała. Ale to nie wszystko, bo czyż słynny Gazociąg Północny nie należy do „infrastruktury”? Czyż nie będzie służył całej Unii Europejskiej? Czyż Polska nie powinna zostać do niego podłączona, ale dopiero – z terytorium niemieckiego? Czyż w tej sytuacji nie powinna uczestniczyć w kosztach budowy tego gazociągu? Dopiero gdy sobie uświadomimy to wszystko, łatwiej nam zrozumieć wielkość naszego sukcesu. Nie ulega wątpliwosci, że będzie on udziałem nie tylko obecnego, ale i przyszłych pokoleń Polaków, które będą zaciągnięte przez premiera Tuska długi spłacały, podobnie jak do dziś spłacają długi zaciągnięte w latach 70-tych ubiegłego wieku przez Edwarda Gierka.
Ale oczywiście to nie koniec naszych sukcesów, a zaledwie początek. Oto Władysławowi Bartoszewskiemu udało się dokonać zjednoczenia nie tyle Niemiec, co Niemców w poparciu dla pani Eryki Steinbach. Trawestując Janusza Szpotańskiego można powiedzieć, że „dla naszych Niemców to jest gratka za wroga mieć takiego dziadka”, któremu wieloletnie futrowanie przez Niemcy nagrodami najwyraźniej przewróciło w głowie. Zapowiedź nieszczęścia była widoczna już wtedy, gdy od miasta Karlsruhe dostał nagrodę „szkła w rozumie”. Teraz pewnie dostanie nagrodę „rozumu w szklance”, zwłaszcza, gdy pani Eryka jednak zostanie członkiem zarządu Centrum Przeciwko Wypędzeniom, którego – jak pamiętamy – też miało nie być. W tej sytuacji Władysław Bartoszewski jest już tylko żałosną ilustracją trafności spostrzeżenia markiza de La Rochefoucauld, że „nikt nie jest zadowolony ze swojej fortuny, każdy – ze swego rozumu”.
Tymczasem wypada odnotować jeszcze jeden sukces, a właściwie – pasmo sukcesów, jakie na terenie Polski odnosi wiedeńska Agencja Praw Podstawowych. Jest to rodzaj europejskiego gestapo, które ma tropić przejawy ksenofobii, homofobii i antysemityzmu. Dysponuje ona rozgałęzioną siecią agentury również w Polsce, gdzie przetarg na usługi delatorskie wygrała Helsińska Fundacja Praw Człowieka, z którą współpracuje Stowarzyszenie „Otwarta Rzeczpospolita” oraz – niestety – Rada Etyki Mediów. Rada Etyki Mediów, grupująca grono samozwańczych autorytetów moralnych, oskarżyła niedawno profesora Bogusława Wolniewicza, że na antenie Radia Maryja szerzy „treści antysemickie”. Ten donos jest nie tylko nikczemny i przynosi hańbę panu, panie redaktorze Macieju Iłowiecki – ale również bezdennie głupi, ponieważ przytoczone przez donosicieli wypowiedzi profesora Wolniewicza świadczą wyłącznie o jego spostrzegawczości i odwadze cywilnej.
„Wzywamy Radio Maryja do dołożenia starań celem niedopuszczenia do tego rodzaju wydarzeń w przyszłości” – czytamy w delatorskim „Oświadczeniu” Rady Etyki Mediów.
Więc ja ze swej strony wzywam Radę Etyki Mediów, a w szczególności – pana redaktora Macieja Iłowieckiego i panią Teresę Bochwic, by się opamiętali i przestali się wygłupiać, nie mówiąc o hańbieniu nazwisk agenturalną działalnością – nawet jeśli „bez wiedzy i zgody” – na rzecz wiedeńskiej Agencji Praw Podstawowych. Jak Wam nie wstyd tak się bęcwalić?
Mówił Stanisław Michalkiewicz
