Między prawem a dyskryminacją


Pobierz Pobierz

Tragedią współczesnej cywilizacji jest to, że pozornie afirmuje godność człowieka i jego prawa, ale pomija najgłębsze źródło tej rzeczywistości i prawdziwy cel istnienia człowieka. Widać to w tych wszystkich koncepcjach państwa „laickiego”, które usiłuje się organizować nie tylko bez religii, ale także przeciw niej, a zwłaszcza przeciw wszelkim instytucjom i społecznym symbolom, które są świadectwem więzi człowieka z Bogiem.

W czasie sesji ogólnej ONZ w Nowym Jorku 5 listopada br. przedstawiciel Stolicy Apostolskiej ks. abp Celestino Migliore zabrał głos w czasie debaty nad „Raportem Rady Praw Człowieka” (zob. Zenit z 9 listopada 2007 r.). W swoim wystąpieniu zwrócił uwagę na fakt, że z listy praw, ogłoszonych w Deklaracji, nie ma ani jednego, które gdzieś na świecie nie byłoby w sposób poważny naruszone i gwałcone. „To obciąża wszystkie państwa wielką odpowiedzialnością”. W szczególny sposób przedstawiciel Stolicy Świętej upomniał się o naruszaną w wielu krajach wolność religijną, w których staje się ona przedmiotem szyderstwa i nienawiści, zwracającej się tak przeciw indywidualnym osobom jak i symbolom religijnym. Według arcybiskupa, jest to zjawisko wielce niepokojące, ponieważ „zagraża pokojowi i stabilizacji społecznej”.

Wołanie o wolność religijną

Mija właśnie rok od ustanowienia Rady Praw Człowieka – nowej instytucji ONZ. Stolica Apostolska oczekuje od niej jasnej rezolucji domagającej się respektowania prawa wolności religijnej wszystkich ludzi bez wyjątku, niezależnie od tego, w jakiej żyją religii. Arcybiskup podkreślił, że taka rezolucja, jakiej oczekuje Stolica Święta, będzie „sprawdzianem wiarygodności samej ONZ i całego międzynarodowego systemu jurydycznego”.

Pamiętamy, że już Jan Paweł II, szczególnie w ostatnim okresie swego nauczania, kładł wielki nacisk na doniosłość respektowania prawa wolności religijnej, które to prawo jest nie tylko prawem osoby, ale najbardziej fundamentalnym prawem człowieka jako istoty stworzonej przez Boga. To prawo stoi u podstaw całego ładu jurydycznego społeczeństwa i jego zachowanie gwarantuje również poszanowanie dla wszystkich innych praw osoby i narodu. Wolność religijna jest bowiem etycznym wymiarem powołania religijnego, które jest nieodłączne od samego człowieczeństwa kształtującego się ku transcendencji. W encyklice „Centesimus annus” (nr 29; 41), Papież podkreślił, że chodzi tu o prawo decydujące o spełnieniu ostatecznego sensu powołania osoby: ponieważ jest to prawo do poznania Prawdy, którą jest Chrystus, prawo do pójścia za tą poznaną Prawdą, czyli jest to prawo do zjednoczenia z Chrystusem.

Widać jak w tego rodzaju sformułowaniach dotyczących powołania człowieka wracają główne idee sformułowane w pierwszej encyklice Jana Pawła II „Redemptor hominis”. Prawo wolności religijnej nie jest więc „nadane” przez jakąkolwiek władzę polityczną, społeczną czy jakąkolwiek władzę ludzką. Jest ono wszczepione w istotę człowieka – zarówno w rozumieniu osobowym, jak wspólnotowym – i wskazuje na głębszą prawdę oświetlającą powołanie ludzkości, mianowicie tę, że Bóg postanowił uczynić odkupioną ludzkość Kościołem, czyli Ciałem Chrystusa. Prawa wolności religijnej nie można zrozumieć w oderwaniu od tego przeznaczenia całego bytu stworzonego ku Chrystusowi (por. List do Efezjan i do Kolosan).

Sekularyzm – przeciw religii

Tragedią współczesnej cywilizacji jest to, że pozornie afirmuje godność człowieka i jego prawa, ale pomija najgłębsze źródło tej rzeczywistości i prawdziwy cel istnienia człowieka. Widać to w tych wszystkich koncepcjach państwa „laickiego”, które usiłuje się organizować nie tylko bez religii, ale także przeciw niej, a zwłaszcza przeciw wszelkim instytucjom i społecznym symbolom, które są świadectwem więzi człowieka z Bogiem. W praktyce, jakże często obserwowanej, oferowana przez „państwo neutralne” wolność religijna okazuje się w istocie wolnością od religii. Ta wolność „od religii” jest w gruncie rzeczy potrzebna jako stadium pośrednie w drodze do takiego stanu, kiedy człowiek poddany praniu mózgu nieświadomie przyjmuje nową religię, tym razem państwową, mającą postać „poprawności politycznej”. Tak więc teoria „państwa świeckiego” jest oszustwem, choć teoria jako taka daje się obronić logicznie, gdyż państwo nie jest Kościołem, a Kościół nie chce być państwem. Jednak w koncepcji sekularyzmu chodzi o to, by poddać sumienie człowieka innym autorytetom, które świadomie przeciwstawiają się Bogu, Stwórcy i Panu każdego człowieka. W ten sposób w imię „wolności” człowiek staje się niewolnikiem ciemnych sił tego świata (Filozofowie i teoretycy prawa odróżniają wyraźnie pojęcie „państwa świeckiego” od pojęcia laicyzmu. Państwo świeckie prawidłowo rozumiane nie wyklucza z istoty swej obecności religii w życiu społeczeństwa).

Prawa człowieka bez fundamentu

Takie dialektyczne napięcie pojawiło się nie tylko w teorii państwa „laickiego”, ale i w samej koncepcji praw człowieka. Kiedy po II wojnie światowej Narody Zjednoczone usiłowały znaleźć sposób na wyeliminowanie wojny i zagrożeń do niej prowadzących, były niewątpliwie na dobrym tropie, kiedy uważały, że trzeba uroczyście potwierdzić „prawa człowieka”. Narody te nie były jednak dostatecznie „zjednoczone” w tym, jak należy rozumieć podstawę i powagę tych praw, aby rzeczywiście pozostały one nienaruszone. Wprawdzie słusznie wskazano na pojęcie „godności” człowieka i na to, że jest to godność „wrodzona”. Był to już niemal język prawa naturalnego, do którego odwołano się przecież w trakcie procesu norymberskiego (Jan Paweł II tak właśnie przy pewnych okazjach rocznicowych interpretował znaczenie Powszechnej Deklaracji, odnosząc pojęcie godności osoby do tajemnicy Stworzenia). Jednak brakowało twórcom Deklaracji odwagi intelektualnej, by powiedzieć to decydujące słowo, że prawa człowieka są wyciśnięte jako pieczęć w sercu człowieczeństwa naznaczonego „obrazem i podobieństwem” do Stwórcy. Temu wahaniu uległ nawet tak szlachetny i głęboki myśliciel, jakim był Jacques Maritain. Jako jeden z członków zespołu pracującego nad redakcją Deklaracji, przyjął sformułowanie kompromisowe, polegające na tym, że „autorzy zgadzają się na temat istnienia samych praw” – „dopóki nie zadają sobie pytania, dlaczego”. Współczesny filozof włoski, Francesco d’Agostino, komentując historię praw człowieka (zob. „Il paradosso dei diritti umani”, „L’Osservatore Romano” z 4 listopada 2007 r., wg: Zenit – ital.), a propos stanowiska Maritaina powiada, że „było to stwierdzenie o charakterze pragmatycznym, nie filozoficznym, jakby w żarcie; w ten sposób Maritain chciał wyjaśnić, jaką drogą można uzyskać porozumienie (zgodę), aby rzeczywiście bronić obiektywnej godności człowieka, nie raniąc równocześnie wrażliwości historyczno-kulturowej żadnego narodu reprezentowanego w 'Pałacu ze szkła'”. D’Agostino w dalszym ciągu swego artykułu stwierdza, że później teoria praw człowieka w kontekście prawa naturalnego doznała pewnego załamania z dwóch powodów: jednym było zachwianie się konsekwentnej podstawy antropologicznej, drugim – dążenie kręgów prawniczych do „konstytucjonalizacji” i „pozytywizacji” formuł odnoszących się do praw człowieka. Tym bardziej więc oddaliły się od swego fundamentu i ontycznego zakorzenienia, będąc poddane interpretacji głównie jurydycznej lub legalistycznej. Osłabienie więzi z antropologią zaowocowało stopniowo „infekcją” teorii prawa bakcylami relatywizmu, subiektywizmu i podporządkowaniem supremacji nadrzędnej struktury politycznej. Sens prawa oderwał się od fundamentu etycznego: przestało być istotne, czy coś jest dobre moralnie czy moralnie złe, czy jest słuszne, czy niesłuszne, zaczęło się liczyć to, co jest „poprawne politycznie”, czyli zgodne z odgórnie sugerowaną linią ideologiczną. Pisał o tym procesie degradacji koncepcji praw człowieka w sposób kompetentny prof. Michel Schooyans, przestrzegając przed zgubnymi konsekwencjami dla kultury i życia społecznego.

Dewiacja prawa: ku obronie dewiacji

Szczególnym efektem tej ewolucji (degradacji) teorii praw człowieka było przeorganizowanie systemu praw w kierunku negatywnym, to jest w kierunku wykluczenia „dyskryminacji”, z równoczesnym zaniedbaniem pozytywnej treści tych praw, czyli bez popierania ich pozytywnego rozwoju. Ten negatywny kierunek został mocno zradykalizowany z chwilą, gdy do kategorii praw człowieka włączono arbitralnie i niekonsekwentnie grupę „praw” oznaczających jedynie subiektywne dążenia jednostki, definiowane jako „osobowe wolności”. „Prawa” te były w gruncie rzeczy zupełnie oderwane od fundamentu antropologicznego, czyli od obiektywnej podstawy zapisanej w naturze ludzkiej. Wiązało się to z lansowaną przez pewne grupy polityczne teorią, że człowiek może dowolnie interpretować znaczenie swojej cielesności i płciowości, ponieważ nie obowiązuje tu inna prawda, niż ta historyczno-kulturowa, a więc podległa ewolucji – i właśnie wolnej autointerpretacji. Teoria ta odbiła się echem w absurdalnych dokumentach formułujących prawo do aborcji pod pretekstem „zdrowia reprodukcyjnego” czy prawo do własnej „orientacji seksualnej”. Taka „orientacja” nie oznacza jakiejś realnej zmiany w naturze ludzkiej, a tylko sposób subiektywnego myślenia, a raczej kształt subiektywnej wyobraźni usiłującej zastąpić rzeczywistość. I co ciekawe, ta osobliwa patologia znalazła swoje odbicie w formułach prawnych narzucających społeczeństwu pewien rygor i zmuszający ludzi normalnych do respektowania roszczeń i pretensji prawnych wysuwanych przez grupę odmieńców, niezdolnych do odnalezienia swojego miejsca w społeczeństwie.

Jak wiadomo w Wielkiej Brytanii obowiązuje od niedawna prawo biorące w obronę tak zwane prawa homoseksualistów, które prawami nie są, lecz są psychicznym urojeniem wspieranym niestety przez władzę polityczną. Prawo państwowe zmusza po prostu ludzi normalnych, by uważali urojenia homoseksualistów za rzecz normalną i traktowali to zjawisko jako pełnoprawne w społeczeństwie. Jako przykład może posłużyć przypadek odebrania małżeństwu Matherick prawa do prowadzenia rodziny zastępczej z 28 dzieci, ponieważ małżonkowie ci (Vincent i Pauline) jako chrześcijanie nie mieli zamiaru przekazywać teorii o tym, że homoseksualizm jest jakoby równie wartościowy jak heteroseksualizm (Por. Padre John Flynn, Imporre la „tolleranza”. Cristiani costretti ad avallare l’omosessualita, Zenit z 7 listopada 2007 r.).

Problem ma szerszy zasięg, bo uderza w ośrodki adopcyjne prowadzone przez parafie katolickie. Katolicy nie chcą wbrew sumieniu przyznawać parom homoseksualnym prawa do adoptowania i wychowania dzieci, co pociągnie za sobą prawdopodobnie zamknięcie tych ośrodków. Przeciwko tym naciskom protestował kardynał Cormac Murphy-O’Connor, twierdząc, że „wolność religijna sięga dalej niż wolność kultu; jest to wolność działania zgodnie z własną wiarą w służbie drugim”. Potępił ideologię państwową, która odrzuca religię ze sfery publicznej pod pretekstem, że religia wprowadza podziały.

Głos z Australii

Do tego problemu nawiązał kardynał George Pell, arcybiskup Sydney w Australii. Uczynił to w trakcie promocji swojej książki pt. „Bóg i Cezar. Wybrane rozprawy o religii, polityce i społeczeństwie” (Zenit, 2 listopada 2007). Komentując pozbawienie prawa wspomnianego małżeństwa do prowadzenia zastępczego-rodzinnego domu dla 28 sierot w Wielkiej Brytanii, stwierdził, że „zbliża się rozległa walka na temat ludzkich praw i ustawodawstwa antydyskryminacyjnego. (…)

Rząd brytyjski odmówił udzielenia Kościołowi prawa egzempcji od ustawy 'antydyskryminacyjnej’, chociaż to oznacza pozbawienie tego kraju najlepiej funkcjonujących usług adopcyjnych”.

Sytuacja w Wielkiej Brytanii rzutuje na Australię, gdzie już obserwuje się różne naciski w kierunku promocji homoseksualistów. Kiedy biskupi katoliccy w Wielkiej Brytanii przedstawili rządowi wniosek o egzempcję (zwolnienia) dla instytucji katolickich, pewien członek szkockiego parlamentu powiedział, że „byłaby to kpina w stosunku do społecznej decyzji wyeliminowania dyskryminacji, jeśli egzempcja zostałaby przyznana grupom, które najbardziej są skłonne do dyskryminacji”. Angielski filozof A.C. Grayling powiedział, że „prośba katolickich biskupów zawiera groźbę powrotu do ciemnych wieków. Chcemy trwania pluralistycznego społeczeństwa, a elementy działające w Kościele i innych religiach usiłują to zniszczyć”. Dziwny to pluralizm, w którym nie ma miejsca właśnie na chrześcijaństwo. Podobnie amerykański prawnik Ronald Dworkin, powiedział, że „prawo jest konieczne, aby zapobiegać niesprawiedliwości” i stwierdził, że poszanowanie wolności religijnej nie oznacza przywilejów dla religii. Owszem, należy uszanować ogólne zasady i „centralne przekonania” wierzących, ale to nie może obejmować takich kwestii jak „aborcja, małżeństwa homoseksualne” tak, aby te sprawy musiały być zakazane.

Kardynał Pell w swoim wystąpieniu zwraca uwagę na pewien konkretny błąd jurydyczny tkwiący w tej dziwnej akcji przeciw dyskryminacji. Twierdzi, że atakowanie prawa do egzempcji opartej na zasadzie wiary, jakoby egzempcja była formą dyskryminacji, polega na założeniu fałszywej analogii między rzekomym zjawiskiem dyskryminacji homoseksualistów a dyskryminacją rasową. Prawo do egzempcji od obowiązujących ogólnie przepisów istnieje w wielu przypadkach w życiu społecznym, ale nie ma egzempcji w odniesieniu do prawa zakazującego dyskryminacji rasowej. Analogia została jednak niesłusznie rozciągnięta na stosunek do homoseksualistów. „Analogia jest fałszywa – dowodzi kardynał Pell – ponieważ zezwolenie czarnym na małżeństwo z białymi nie wymaga zmiany samej koncepcji małżeństwa; podobnie zezwalając czarnym rodzicom na adopcję białych dzieci, lub vice versa, nie zmienia się samej koncepcji rodziny, względnie, co tu wchodzi w grę, koncepcji rodzicielstwa. Natomiast homoseksualne małżeństwo i adopcja przyznana takiemu 'małżeństwu’ zmienia znaczenie małżeństwa, rodziny, rodzicielstwa i pozycji dziecka (childhood) w relacji do każdego człowieka, a nie tylko do samej pary homoseksualnej”. Obiektywnie biorąc, homoseksualiści nie doznają żadnej dyskryminacji w sensie ścisłym. Natomiast posługiwanie się fałszywą analogią do „dyskryminacji rasowej” służy jedynie do oskarżania Kościoła o rzekome prześladowania.

Podsumowując, kardynał Pell stwierdza, że „pojmując wolność religijną jako ograniczone prawo do zgłaszania pretensji, czemu przyznaje się jedynie ograniczoną tolerancję, jest czymś nie do przyjęcia w demokracji, gdzie znaczna większość należy do wielkich tradycji religijnych. (…) Demokracja nie musi być świecka. Sekularystyczne rozumienie wolności religijnej sytuuje chrześcijan (przynajmniej) w pozycji zaledwie tolerowanej mniejszości (nawet jeśli są większością), której prawa muszą zawsze ustępować świeckim programom, chociaż nie sądzę, że inne mniejszości religijne są tak samo traktowane”. Kardynał słusznie dotknął istotnych punktów całej tej batalii o prawa homoseksualistów. Są to: błąd jurydyczny, błąd antropologiczny (zmiana koncepcji małżeństwa i rodziny pociąga za sobą zmianę koncepcji człowieka!) oraz podstępna strategia polityczna napędzana ideologią sekularystyczną: chodzi w niej o to, by Kościół był zawsze tym, kogo się bije, pod jakimkolwiek pretekstem. Sekularyzm jest nową religią, która nie cierpi konkurencji Kościoła, bo błąd zawsze nienawidzi prawdy. Tu dotykamy jeszcze jednego, głębszego nurtu całej tej polityki, czemu poświęcimy jeszcze parę uwag.

Ideologiczne korzenie zamętu

Chodzi o rolę tajnych organizacji rozpowszechniających systematycznie błędne ideologie, przeciwne prawdzie i moralności, mające na celu zniszczenie Kościoła. Starą prawdę na ten temat przypomina Angela Pellicciari, autorka książki „Papieże i masoneria”, w wywiadzie udzielonym Zenitowi z 20 listopada 2007 r. Autorka zwraca uwagę na to, że już w bulli Papieża Klemensa XII zostały sformułowane główne argumenty uzasadniające konieczność potępienia masonerii. Istotne powody sprzeciwu Kościoła to: tajny charakter organizacji („gdyby nie czynili czegoś niegodziwego, nie uciekaliby od światła”), przysięga na zachowanie tajemnicy (pod ciężkimi karami), indyferentyzm w stosunku do religii, co oznacza zrównanie wszystkich wyznań i sekt. Autorka stwierdza: „Stawianie na tej samej płaszczyźnie różnych wierzeń religijnych oznacza pozbawienie ich wszystkich istotnej wartości i podporządkowanie ich masonerii, gdzie mogą „pokojowo współistnieć”.

Pius IX w roku 1846 stwierdził, że „system masoński sprzeciwia się także naturalnemu rozumowi, będąc obojętny wobec religii, przez co znosi wszelką różnicę między cnotą i wadą, między prawdą i błędem, między uczciwością i podłością, ucząc, że jakakolwiek religia jest jednakowo dobra dla uzyskania zbawienia wiecznego, tak jakby między sprawiedliwością a namiętnością, między światłem a ciemnościami, między Chrystusem a Belialem, mogłaby istnieć jakakolwiek zgoda i wspólnota” (zob. encyklika „Qui pluribus”).

Niezależnie od oficjalnej propagandy sami masoni zdają sobie sprawę z niemożliwości pogodzenia Objawienia z zasadami, które wyznają. W 1873 roku w „Rivista della Masoneria Italiana” napisano: „Czy prawdziwy Izraelita lub prawdziwy katolik może być prawdziwym członkiem masonerii? Nie – [padła odpowiedź], chyba, że wyrzeknie się tej części swojego credo religijnego, które sprzeciwia się zasadom masońskim”.

Masoneria domaga się od swoich kandydatów bezwzględnego odrzucenia „dogmatów religii objawionej”, które sprzeciwiają się „wolności, równości i braterstwu wszystkich ludzi”. Charakterystyczne jest stanowisko masonerii wobec moralności. Opowiadają się oni wprawdzie za „moralnością jako taką”, ale otwarcie zwalczają Dekalog i prawo naturalne. Masoni bowiem są posłuszni jedynie temu „prawu moralnemu”, które zostało zdefiniowane w samej Loży. W 1853 roku Jean Marie Ragon napisał, że „masoneria nie przyjmuje prawa, lecz je sama ustanawia” i jest to prawo niezmienne, i bardziej uniwersalne niż prawa moralne różnych narodów i grup religijnych. Papieże ostro krytykują takie stanowisko. Leon XIII w encyklice „Humanum genus” z roku 1884 pisał: „Ponieważ prawie nikt nie jest skłonny służyć z całkowitą uległością ludziom przebiegłym i podstępnym jak ci, których duch został złamany i zniszczony przez panowanie namiętności, pojawili się w sekcie masońskiej ludzie, którzy wyjaśniają i proponują użycie wszelkich form wyrozumiałości i sztuczek (psychologicznych), by zapewnić tłumowi satysfakcję w nieograniczonej swobodzie obyczajowej; a wtedy takich ludzi jako skłonnych do posłuszeństwa, łatwo poddać pod absolutną władzę”.

Już od 1849 roku Pius IX przestrzegał, że socjalizm i komunizm jest bezpośrednim owocem tajnych związków. Pisał: „Żądania nowych instytucji i postęp głoszony przez tych ludzi (członków tajemnych związków) zmierzają jedynie do tego, by wszczynać niepokoje, odrzucać wszelką zasadę sprawiedliwości, cnoty, uczciwości, religii; aby wprowadzać, propagować i utrwalać szeroko panowanie w każdym miejscu, z ogromną szkodą i zniszczeniem całej społeczności ludzkiej, strasznego i fatalnego systemu socjalizmu, a także komunizmu, przeciwnego z zasady wszelkiemu prawu, jak i samemu naturalnemu rozumowi”. Także Leon XIII uważał, że istnieje więź genetyczna między masonerią a komunizmem. Autorka książki stwierdza, iż w swej publikacji zawarła szereg bardzo mocnych analogii między ideologią masońską a komunistyczną. Jednym z interesujących szczegółów jest ten, że sztandar nieistniejącej już (dosłownie: „zmarłej” – defunta) DDR, miał na sobie znak cyrkla.

Z historii ruchów rewolucyjnych pamiętamy, że koniecznym przygotowaniem dla działania ruchów wywrotowych, dążących do ustanowienia totalitarnej dyktatury, był liberalizm. Bo najpierw trzeba zburzyć wiarę w prawdę i sprawiedliwość opartą na prawie naturalnym, aby następnie wcisnąć ludziom irracjonalne mity, służące zbudowaniu imperium na gruzach moralności, kultury i samego człowieczeństwa. Ta epoka rewolucji wcale się nie skończyła, tylko przybiera nowe formy i metody. Zawsze chodzi o usunięcie z powierzchni ziemi widzialnej obecności Kościoła i wszelkich śladów nadprzyrodzoności. Szczególnym przedmiotem ataków ze strony ateistyczno-liberalnych sił jest etos małżeństwa i rodziny. Wróg w ten sposób uderza w najgłębszy fundament osobowej i religijnej struktury wspólnoty ludzkiej. Nieprzyjaciel Boga wie, że kiedy zburzy moralny ład człowieczeństwa, sprowadzając życie ludzkie na poziom zoologiczny, zniszczy bazę, na której w normalnym porządku rzeczy może się rozwijać życie nadprzyrodzone, czyli świętość.

„Pomruki wojenne”…

Wspomniany wykład arcybiskupa Sydney nosił tytuł: „Perspektywy pokoju i pomruki wojenne: religia i demokracja w przyszłości”. Te pomruki wojenne dochodzą również, i to bardzo szybko, do naszych uszu po ostatnich wyborach. Byliśmy już świadkami próby ataku prasowego na ks. bp. Stanisława Stefanka, dyrektora Instytutu Studiów nad Rodziną i serdecznego przyjaciela Radia Maryja. Już pani minister zaatakowała Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej, stawiając ją a priori w stan podejrzenia i zapowiadając (całkiem w stylu ubeckim) „kontrolę”, tylko dlatego, że jest to szkoła katolicka i niezależna od jakiejkolwiek partii czy „platformy”. Już słyszeliśmy, że pewna konferencja naukowa pod auspicjami pewnego ministerstwa została odwołana tylko dlatego, że w programie konferencji znalazła się Msza Święta, ponieważ konferencja została zaplanowana na niedzielę. Już słyszymy, że rząd ma finansować praktyki sztucznego zapłodnienia sprowadzające płodność ludzką, czyli rodzicielstwo, na poziom weterynaryjno-hodowlany, co oznacza pogardę dla godności osoby ludzkiej i szyderstwo z całego nauczania Kościoła, zwłaszcza Jana Pawła II. To jest ten nowy styl rządów życzliwy dla człowieka? To, co katolickie – niebezpieczne, Msza Święta jako najważniejsza czynność katolickiej wspólnoty, w duchu tysiącletniej tradycji Polski – niebezpieczna. Radio Maryja, dlatego że służy Bogu i Ojczyźnie, broniąc prawdy o człowieku i Narodzie oraz jego kulturze – niebezpieczne. Ksiądz biskup Stefanek, dlatego że mówi odważnie prawdę – niebezpieczny. Przykazania Boże chroniące świętość daru życia – niepotrzebne. Przecierając oczy, pytam: w jakim świecie żyjemy? Czy po to pan Donald Tusk ocierał się o różnych biskupów z księdzem kardynałem włącznie, żeby pod tą zasłoną dymną, służącą zamydleniu rzeczywistości, jego współpracownicy mogli teraz podstępnie atakować to, co katolickie i co najszlachetniejsze, co udało się ocalić i rozwinąć po komunistycznym potopie?

Ks. prof. Jerzy Bajda

drukuj