Konstytucja chroni także ojca Tadeusza Rydzyka


Pobierz Pobierz

Minister Radosław Sikorski nadużył instytucji noty dyplomatycznej do
prywatnej, wewnętrznej walki z opozycją. Nota miała wywołać ze strony innego
państwa działania "uciszające" o. Tadeusza Rydzyka. Miała sprowokować Benedykta
XVI do "załatwienia problemu o. Rydzyka". Posunięcie polskiego resortu spraw
zagranicznych świadczy także o braku szacunku i lekceważeniu Ojca Świętego,
którego potraktowano jak chłopca do bicia czy chłopca na posyłki obecnych
polskich władz w ich rozprawie z polską opozycją i aktywną grupą polskich
katolików.

Artykuł 54 Konstytucji RP zapewnia każdemu, nie wyłączając osób duchownych, w
tym o. Tadeusza Rydzyka, "wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i
rozpowszechniania informacji". Z kolei art. 32 głosi, iż "wszyscy są wobec prawa
równi", "mają prawo do równego traktowania przez władze publiczne" oraz że "nikt
nie może być dyskryminowany w życiu politycznym, społecznym lub gospodarczym z
jakiejkolwiek przyczyny".
Obywatel Rzeczypospolitej o. Tadeusz Rydzyk, zaproszony do Brukseli na
konferencję na temat odnawialnych źródeł energii jako osoba, która z własnego
doświadczenia zna problemy związane z rozwojem i utrudnieniami dotyczącymi
geotermii w Polsce, nie wygłosił kazania w sprawach wiary, Kościoła i jego
dogmatów, lecz referat o trudnościach w konkretnej sprawie, z jaką się boryka
inicjatywa gospodarcza toruńskiej geotermii. Mówił o przeszkodach, jakie władze
państwowe stawiają temu przedsięwzięciu. Przedstawiał konkretne dowody, pisma i
tym podobne dokumenty, jak to się zwykle czyni na merytorycznych zebraniach.

Te metody są totalitarne
Obywatel RP, także we "wspólnej Europie", która tego typu działania popiera, ma
prawo do wolnego przedstawienia faktów, informacji i związanych z nimi poglądów
własnych. Obywatel RP, korzystający z konstytucyjnej wolności słowa i równości,
miał prawo wyrażenia swych odczuć i choćby ostrej w słowach (ale przecież nie
wulgarnej typu "dureń", "idiota", "dyplomatołek", "faszysta", "nekrofil" i wiele
innych określeń będących w arsenale środowisk rządzących) oceny traktowania jego
geotermalnych inicjatyw przez polską administrację, która jest częścią szeroko
rozumianej administracji unijnej. Miał prawo na podstawie przedstawianych faktów
ocenić sytuację z jego perspektywy jako "skandal". Miał prawo stwierdzić, iż
grupa organizatorów geotermii (działających zresztą głównie na użytek uczelni
toruńskiej mającej obniżyć koszty jej utrzymania) "czuje się wykluczona". Miał
prawo subiektywnie twierdzić, iż "jesteśmy dyskryminowani", za czym przemawiają
przecież powszechnie znane działania władz wobec działań o. Tadeusza Rydzyka.
Miał w końcu pełne konstytucyjne prawo określić całą sytuację słowami: "to jest
totalitaryzm". Totalitaryzm, według słownika, to taki system organizacji
państwa, który głęboko ingeruje we wszelkie obszary życia społecznego,
gospodarczego, politycznego czy kulturalnego w celu zachowania nad nimi
kontroli. To system wykluczeń i przeszkód, dyskryminacji i barier
administracyjnych i politycznych. Czy więc obywatel Rzeczypospolitej na
merytorycznej konferencji gospodarczej we "wspólnej Europie" nie może na
określenie konkretnych szykan administracyjno-gospodarczych dotykających go w
Polsce użyć sformułowania "to jest totalitaryzm"? Czy wypowiedzi o naruszeniach
prawa w Polsce poza jej granicami "psują wizerunek" Polski czy raczej tych,
którzy to prawo naruszają? To dlaczego rząd polski nie składa not, nie
protestuje na liczne skargi przeciwko Polsce kierowane przez obywateli polskich
np. do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu? Dlaczego "państwo polskie nie
reaguje" notami, gdy niektóre środowiska skarżą Polskę o naruszenia prawa
unijnego do Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu? Wyroki przez te Trybunały
wydawane przecież też "psują" wizerunek Polski, a władze nie ścigają adresatów
skarg i nie insynuują im "narastającego poczucia bezkarności", nie szykanują za
"szkodzenie interesom Polski".

Zła wola i manipulacje
Przy okazji należy przypomnieć, że rzecznik MSZ w swych wystąpieniach
publicznych nie powinien dezinformować opinii publicznej w Polsce co do treści
wystąpienia o. Tadeusza Rydzyka w Brukseli, który nie mówił, że "Polska jest
krajem niecywilizowanym i totalitarnym". Mówił jedynie, że konkretna, opisywana
przez niego sytuacja administracyjnych utrudnień ze strony władz "jest
totalitaryzmem", jest – skoro znamy sens tego słowa – sytuacją eliminowania
środkami administracyjno-policyjnymi z życia społecznego, gospodarczego czy
kulturalnego. Nota MSZ do Państwa Watykańskiego jest tylko kolejnym dowodem tego
zastraszającego totalitaryzmu. Nota zresztą wyrywała z kontekstu i przeinaczała
sens wypowiedzi o. Tadeusza Rydzyka, zmieniając jej istotę w treści szczujące na
ich autora i mające go ośmieszyć oraz poniżyć w oczach adresata noty – Ojca
Świętego. Ojciec Tadeusz Rydzyk mówi też, iż "Polską nie rządzą Polacy, bo nie
mają polskich serc, i nie o krew tu chodzi, tylko o to, że nie mają polskich
serc". Jest to oczywista, zrozumiała przenośnia i tylko przy dużym natężeniu
złej woli i po wyjęciu słów z kontekstu można wmawiać innym, iż jest to
wypowiedź ksenofobiczna.
Nota w prawie międzynarodowym jest efektem oficjalnego powiadomienia innego
państwa o jakimś wydarzeniu czy fakcie, z którym prawo międzynarodowe wiąże
określone skutki prawne. Na przykład nota o wystąpieniu z organizacji
międzynarodowej, nota o utworzeniu jakiegoś państwa itp. W omawianym przypadku
instytucja noty została nadużyta do prywatnej, wewnątrzpolskiej walki z
opozycją. Szybka odpowiedź rzecznika Stolicy Apostolskiej przywróciła miarę
rzeczy i ostudziła rozkręcane nastroje histerii. Rzecznik odpowiedział, iż
wypowiedź o. Tadeusza Rydzyka w Brukseli na temat jego problemów z polskimi
władzami w sprawach toruńskiej geotermii nie dotyczyła spraw Stolicy
Apostolskiej ani polskiego Kościoła.
Rzecz oczywista, ale czy trzeba było notami dyplomatycznymi w tej sprawie "psuć
wizerunek Polski"?

Premier powinien przeprosić
Nie bez znaczenia dla określenia, w jakim systemie żyjemy, jest też postępowanie
premiera. Otóż w jakim państwie premier rządu, nie mając żadnych podstaw
prawnych, publicznie insynuuje prywatnej osobie lub instytucji, iż mają one
"poczucie wszechmocy w Polsce" (skąd premier zna wewnętrzny stan jakiegoś
obywatela), że mają one "poczucie narastającej bezkarności"? W jakim kraju
premier publicznie określa – bez żadnych podstaw – iż czyjeś postępowanie to
"typ działań i zachowania budzące zasadnicze wątpliwości"? W jakim kraju premier
może publicznie, gołosłownie, nie mając podstaw, zarzucać obywatelowi swego
państwa i przedsięwzięciom utworzonym z jego inicjatytwy "postępowanie nie
zawsze zgodne z regułami, zgodne z prawem"?
Są to pomówienia mające poniżyć i odebrać wiarygodność pomawianemu. W zderzeniu
z premierem nadużywającym swej władzy, przy braku realnych mechanizmów
rozliczających władzę, obywatel Rzeczypospolitej, jakim jest np. o. Tadeusz
Rydzyk, jest bezbronny. Może czuć się dodatkowo zagrożony słowami premiera, iż
urzędnicy polscy "nie będą już więcej pobłażać naruszeniom prawa czy dobrych
obyczajów", zwłaszcza że, jak w "Procesie" Franza Kafki, oskarżający nie
precyzują, jakie prawa naruszono oraz które i czyje "dobre obyczaje".
Jeśli premier posiada wiedzę o przestępstwach środowisk związanych z o.
Tadeuszem Rydzykiem, powinien powiadomić prokuraturę, jeśli takiej wiedzy nie
ma, to za bezpodstawne pomówienia na poniedziałkowej konferencji prasowej w
Gdańsku powinien przeprosić, czego oczywiście nie zrobi. Więc w jakim kraju
żyjemy i czy polska Konstytucja chroni też o. Tadeusza Rydzyka?

 

Prof. Krystyna Pawłowicz
 


Autorka jest prawnikiem, członkiem Trybunału Stanu, profesorem Uniwersytetu
Warszawskiego.

drukuj