Co Bajer w maglu usłyszała
Magdalena Bajer, szefowa Rady Etyki Mediów, w sprawach etyki powinna
zamilknąć raz na zawsze. Dlaczego? W sobotę sfabrykowała bezpodstawne
oskarżenie pod adresem "Naszego Dziennika" za nieistniejącą w rzeczywistości
publikację dotyczącą jakoby telefonu jednego z oficerów BOR. Sprawa jest
prosta jak drut. Otóż w "Naszym Dzienniku" NIGDY takiego artykułu nie było.
Jednak powielone kłamstwo przez weekend żyło własnym życiem, kolportowane na
portalach, m.in. "Gazety Wyborczej". Można by rzec, że to nie pierwszy
megawygłup Rady zabierającej głos na temat wydarzeń, które nigdy nie
nastąpiły. Sprawa ma jednak drugie dno. "Nasz Dziennik" najwyraźniej bardzo
uwiera rządowe media i pseudodziennikarskie gremia realizujące zlecenia
władzy, stąd próba podważenia wiarygodności gazety, która na temat
katastrofy smoleńskiej nie musiała wycofać się z żadnej przekazanej
Czytelnikom informacji.
Zarzuty stawiane "Naszemu Dziennikowi" przez Radę Etyki Mediów świadczą o
skrajnej, wręcz niewyobrażalnej nierzetelności tej instytucji. – Najpierw
należałoby dokładnie sprawdzić fakty, a potem oceniać – uważa dr Hanna Karp,
medioznawca z Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej. REM zarzuciła
"Naszemu Dziennikowi" naruszenie zasady rzetelnego dziennikarstwa, nie
upewniając się jednak, czy rzeczywiście do jej naruszenia doszło. Rada
przyjęła oświadczenie dotyczące publikacji, której nigdy nie było.
Według oświadczenia Rady Etyki Mediów, publikacje "Gazety Polskiej" i
"Naszego Dziennika" na temat funkcjonariusza BOR Jacka Surówki (zginął w
katastrofie smoleńskiej), który miał dzwonić do żony zaraz po rozbiciu się
samolotu pod Smoleńskiem 10 kwietnia br., naruszyły podstawową zasadę
rzetelnego dziennikarstwa, tj. zasadę prawdy. Rada zaznacza, że informacjom
tym zaprzeczyła wdowa po Jacku Surówce. "Nie ma żadnych danych
potwierdzających tę hipotezę, zatem autorzy publikacji naruszyli podstawową
zasadę rzetelnego dziennikarstwa, tj. zasadę prawdy. Kłamliwe artykuły
naruszają także inne zasady zapisane w Karcie Etycznej Mediów: zasadę
uczciwości, szacunku i tolerancji, która nakazuje liczyć się z wrażliwością
osób będących bohaterami publikacji medialnych oraz zasadę kierowania się
dobrem odbiorcy" – można przeczytać w oświadczeniu, które w sobotę REM
przesłała Polskiej Agencji Prasowej. Na tak ohydnie spreparowanej
dezinformacji z lubością pasożytowały przez weekend największe portale,
m.in. "Gazety Wyborczej". Co ciekawe, Rada nie zamieściła komunikatu na
swoich stronach internetowych.
– Przecierałam oczy ze zdumienia, kiedy w sobotnie przedpołudnie zobaczyłam
w PAP oświadczenie REM. Rada ma wprawdzie na swoim koncie wiele
kompromitujących sytuacji, ale ta gargantuicznych rozmiarów manipulacja
poraża swoim prymitywizmem. Nigdy w "Naszym Dzienniku" nie było nawet
strzępu artykułu na temat pana Surówki – mówi Katarzyna Orłowska-Popławska,
zastępca redaktora naczelnego. – W osłupienie wprawiła mnie pani Bajer,
która w rozmowie ze mną przyznała wprost, że nie czytała takiego artykułu w
"Naszym Dzienniku", nie widziała go na oczy, ale koledzy jej powiedzieli o
takowym, a tak w ogóle to przecież piszemy o katastrofie. Pytam, czy gdyby
pani Bajer usłyszała na bazarze, że na stadionie Orły Zielonka wylądowało
UFO, to też by napisała oświadczenie? To jest arcykompromitująca sytuacja
dla całej Rady. Jestem ciekawa, jak REM teraz z niej wybrnie. Bo zaręczam,
że "Nasz Dziennik" wyciągnie wszelkie przewidziane prawem konsekwencje –
dodaje redaktor.
Oświadczenie Rady to prostacka próba podważenia wiarygodności "Naszego
Dziennika". – W przeciwieństwie do niektórych gazet dziennikarze, którzy
pracują w "ND", nie są najemnikami, którzy napiszą wszystko, za co im się
zapłaci. To młody i rzutki zespół ludzi potrafiących myśleć samodzielnie i
wyciągać wnioski z tego, co widzą. Żadna z tych osób nigdy nie napisałaby
czegokolwiek, co mogłoby urazić czy zakłócić powagę żałoby rodzin ofiar
katastrofy pod Smoleńskiem. Zastanawiam się, dlaczego Rada nie grzmi, kiedy
gazety szargają honor gen. Andrzeja Błasika czy mjr. Arkadiusza Protasiuka.
Gdzie była pani Bajer, kiedy pewien poseł na P. nie potrafił uszanować
cierpienia dzieci Przemysława Gosiewskiego. Uśmiechnięci "eksperci" lotniczy
w studiu TVN 24 prawie codziennie z lubością roztrząsają rzeczy, o których
nie mają pojęcia, sugerując, że absolwent Wydziału Cybernetyki Wojskowej
Akademii Technicznej nie potrafi przeliczać stóp na metry i nie zna zasady
działania wysokościomierza. Zachęcam panią Bajer do zajęcia się tymi
kalumniami – mówi Orłowska-Popławska.
Oświadczenie REM wprawiło też w osłupienie medioznawców. – Członkowie REM po
prostu nie czytają "Naszego Dziennika" dokładnie, nawet nie za bardzo
umieliby wskazać numer. Zostało to podane w sposób niezweryfikowany i
niesprawdzony, tak jak dziennikarz ma za zadanie wszystko dokładnie
sprawdzić, zanim opublikuje tekst, tak Rada powinna przeprowadzić
analogiczną procedurę – mówi dr Hanna Karp. – REM, mówiąc krótko, dała
bardzo złe świadectwo, jest nierzetelna, niedokładna, nie sprawdza
wiadomości i na tym przykładzie wychodzi, jak bardzo jest powierzchowna w
swoich sądach. To jest przypisanie komuś czynu niepopełnionego – dodaje.
Od przewodniczącej REM można by oczekiwać większej staranności i dbałości w
ferowaniu wyroków, zważywszy na fakt, że ledwie tydzień temu została
laureatką nagrody TOTUS przyznaną przez fundację Dzieło Nowego Tysiąclecia.
Magdalena Bajer została nagrodzona w kategorii "Osiągnięcia w dziedzinie
kultury chrześcijańskiej" za, jak napisano w uzasadnieniu, "odważne i
konsekwentne kształtowanie wrażliwości moralnej, niezbędnej dla dialogu
kultur w rozumieniu Jana Pawła II".
Jak poinformowała nas Helena Kowalik-Ciemińska, sekretarz REM, oświadczenie
zostało przyjęte większością głosów. Jednak jak się dowiadujemy, nie wszyscy
członkowie Rady uczestniczyli w jego przyjęciu. Jedną z takich osób był
Tomasz Bieszczad. – Nie uczestniczyłem w powstaniu tego oświadczenia, było
to bardzo pospiesznie zrobione. Dla mnie to oświadczenie jest przedwczesne,
bo Rada nie jest gronem fachowym do orzekania o takich sprawach, o jakiej
się pisze w oświadczeniu, bo to jest sprawa dla śledczych. Jest to objaw
jednostronności w niektórych posunięciach REM – mówi nam Bieszczad. Według
mecenas Krystyny Kosińskiej, takie oświadczenie narusza dobre imię i
wiarygodność "Naszego Dziennika", bo fakt telefonu do rodziny nie był
przedmiotem żadnego artykułu i cała okoliczność zdarzenia nie była
poruszana, dlatego zarzut pod adresem dziennika jest nieprawdziwy. Rada
miała wydać to oświadczenie na prośbę prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy
Polskich Krystyny Mokrosińskiej. Według redaktora Wojciecha Reszczyńskiego,
wygląda na to, że REM nie bada faktów, tylko ocenia sytuację zgodnie z tym,
jak układ środowiskowy każe jej się zachować. – REM nie wypowiadała się np.
przeciwko czystkom, jakie nastąpiły w ubiegłym roku w największych mediach –
podkreśla Reszczyński. Według Hanny Karp, dobrze by było, żeby na przyszłość
REM była bardziej rzetelna, ponieważ to właśnie takie sądy przynoszą wiele
krzywdy. Jak przypomina medioznawca, "Nasz Dziennik" od początku
"konsekwentnie przedstawia sprawę tego tragicznego wydarzenia, jego
szczegóły, dociera do nowych świadków, ma ciekawe wywiady". W jej opinii,
jeśli gremium, którego zadaniem jest dbałość o rzetelność i prawdę, sam
narusza ten kanon, "to mamy do czynienia z bardzo przykrą sytuacją".
Jak zapewnia mecenas Kosińska, "Nasz Dziennik" ma prawo oczekiwać
sprostowania od Rady Etyki Mediów, każdego z jej członków, którego nazwisko
widnieje pod komunikatem, a także wszystkich gazet i portali, które
dezinformowały w tej sprawie. Z racji, że naruszona została wiarygodność
"Naszego Dziennika", sprawa będzie miała swój dalszy ciąg w sądzie.
Paweł Tunia
———————————————————————————-
Bo koledzy mi powiedzieli
Fragment rozmowy z Magdaleną Bajer, przewodniczącą Rady Etyki
Mediów
Dzień dobry, nazywam się Katarzyna Orłowska-Popławska. Jestem zastępcą
redaktora naczelnego "Naszego Dziennika". Widziałam Państwa oświadczenie w
PAP. Chcę spytać, czy czytała Pani w "Naszym Dzienniku" domniemany artykuł
dotyczący rzekomego telefonu ppor. Jacka Surówki do żony?
– No nie, nie czytałam, ale koledzy mi mówili.
Aha, koledzy Pani mówili i podpisała się Pani pod oświadczeniem
krytykującym "Nasz Dziennik" za artykuł, którego nie widziała Pani na oczy i
nie ma Pani pewności, że w ogóle takowy był? Jak można w ten sposób
postępować?!
– No, a nie pisaliście?
Proszę Pani, tak się składa, że jestem odpowiedzialna za wszystkie
publikacje w dziale "Polska", i zapewniam Panią, że nigdy takiego artykułu,
powtarzam – nigdy – na taki temat nie było. Nigdy żaden z naszych
dziennikarzy nawet nie użył nazwiska ppor. Surówki w tekście. Nazwisko
podporucznika nigdy nie padło w żadnej z naszych publikacji.
– No to może było w innych działach…
Nie, nie było. Jest Pani w stanie podać tytuł i datę takowej publikacji?
– No nie, ale w takim razie skąd to wszystko się wzięło?
Pani pyta mnie, skąd "to się wzięło". To chyba ja jestem uprawniona do
zadawania takich pytań i oczekuję wyjaśnień. Więc pytam: skąd "to", czyli
Państwa oświadczenie, "się wzięło"? Dlaczego krytykują Państwo "Nasz
Dziennik" za artykuł, który nigdy się w "Naszym Dzienniku" nie ukazał?
– No, ale przecież piszecie o katastrofie.
Owszem. O katastrofie piszemy, jak najbardziej. Ale jest różnica między
pisaniem o katastrofie a pisaniem o konkretnym telefonie ppor. Surówki.
Oczekuję od Pani wyjaśnień i zapewniam, że nie zostawimy tej sprawy
niewyjaśnionej.
– No dobrze, wyjaśnię to.
