Wybiórczy stosunek do prawdy?
Najbardziej wpływowe media miłujące na co dzień i w świątecznych wydaniach
rozrywkowe traktowanie życia nie skrytykowały jednego z pierwszych żądań
rewolucjonistów arabskich, którym było żądanie zamknięcia tamtejszych domów
publicznych tworzonych na użytek cudzoziemców. Niechby u nas chciał ktoś coś
takiego tylko pomyśleć, to zaraz miałby na głowie prokuraturę i medialne
przesłuchania. Z jakiego powodu? Według klasyków marksizmu, praktykowanie
monogamii to ukryta poligamia, bo monogamiści jakoby mają mieć wspólne żony. W
świecie praktykującym jawną lub ukrytą poligamię – poligamię także sukcesywną,
na drodze instytucji rozwodu – postulat zamykania domów publicznych wydaje się
konsekwencją walki o powiększenie czy utrzymanie stanu własnego posiadania.
Nawet poligamiści nie chcą się dzielić własnymi żonami.
Niezależnie od tych wątpliwości odnośnie do żądania likwidacji domów
publicznych doszukiwać się można tutaj także szlachetnej intencji: podniesienia
poziomu cnoty czystości wśród obywateli. Nie zwalania to jednak od namysłu nad
postulowanym sposobem działania. Dobro trzeba czynić dobrze. Także u nas już
słyszeliśmy polityków chętnych do siłowego czynienia dobra w sprawie tzw.
porządnego prowadzenia się obywateli. Postulowano umieszczanie w internecie
listy bywalców tzw. agencji towarzyskich, co skutecznie zachęciłoby wielu do
pozostania w domu. Ale brak możliwości cudzołóstwa nie oznacza jeszcze obecności
cnoty czystości. Jeśli chodzi nam ostatecznie o poziom tej cnoty, to należy
postępować rozsądnie, bo inaczej ten poziom się nie podniesie, ale może się
znacząco obniżyć, a nawet załamać.
Takie są skutki medialnych pościgów za światowymi politykami przedstawianymi
jako erotomani. Co z tego, że jednemu z nich organizuje się w Italii publiczne
pranie jego obyczajów, skoro tą metodą można je tylko reklamować? Tak było już w
przypadku Billa Clintona. Młody czy już niemłody człowiek po usłyszeniu w
mediach, czym się zajmują jakoby poważni politycy, już nieraz pewnie mniej
przejmuje się swoimi własnymi obyczajami, a może nawet kopiuje otrzymane
polityczne wzory.
Przed brakiem rozsądku w zamykaniu domów publicznych przez władze ostrzegał
najpierw św. Augustyn (por. Augustyn, De Ordine, 2, 4), a później sam św. Tomasz
z Akwinu (por. "Suma Teologiczna", II-II q. 10. a. 11), poważne autorytety dla
świata chrześcijańskiego. W epokach rozwiązłych obyczajów raczej trzeba najpierw
przyłożyć się do konsekwentnego przekonywania obywateli, iż kobieta nie powinna
być traktowana instrumentalnie, czyli nie powinna być traktowana jak kobieta
publiczna. Póki zatem kraje arabskie nie zlikwidują instytucji poligamii, póty
zgłaszane tam żądanie zamknięcia domów publicznych nie może jawić się jako walka
o godność kobiety i stan cnoty czystości obywateli, ale jako odgórne, pod
przymusem dyscyplinowanie wiernych.
Jeśli rewolucjonistom arabskim można jednak przypisać dobre chęci w żądaniu
zamknięcia domów publicznych, to w moim przekonaniu, takich chęci – chęci dobra
– nie widzimy w umiłowanej przez część rodaków "Wyborczej", która ostatnio wbija
w głowy czytelników nie tylko to, że o Fryderyku Chopinie można, a nawet powinno
się pisać byle jak. Sprawa dotyczy zmielenia przez MSZ całego nakładu komiksu
skierowanego do niemieckich gimnazjalistów, których jakoby miano zamiar
zainteresować geniuszem muzycznym naszego rodaka przy pomocy języka
kryminalistów, telewizyjnych miłośników kurników i języka pewnego "naczelnego",
pewnego "generała". – W Niemczech inny komiks nie chwyci – twierdzi profesor,
literaturoznawca z Gdańska, przekonujący zatem mocą swojego naukowego
autorytetu, że naród Goethego już na etapie gimnazjum miałby się wyrażać – a
zatem i myśleć – na poziomie tzw. budki z piwem. Czytamy dalej w tym samym
numerze, że także "niemiecka pisarka i miłośniczka Polski" doradza taki właśnie
sposób zainteresowania młodego Niemca Chopinem, dzięki czemu "może ściągnie [on]
z internetu jego utwory". Na barykadę wyszedł bronić omawianego komiksu także
szef Niemieckiego Instytutu Polskiego w Darmstadt. Według "Wyborczej" także w
MSZ "dyplomatów nie zirytowały wulgaryzmy", lecz jedno ze słów (pozwolę sobie
nie zacytować), które "można odebrać jako urąganie ofiarom holokaustu". Jeden z
członków Międzynarodowej Rady Oświęcimskiej jednak uspokaja, że "nie poczuł się
urażony", a nawet to słowo można traktować jako "sprzeciw wobec nietolerancji i
używania języka nienawiści".
Przecieramy oczy ze zdumienia na widok tego zwartego szeregu wpływowych
osobistości broniących molestowania niemieckich gimnazjalistów przy pomocy
języka bywalców agencji towarzyskich. Według Arystypa z Cyreny tylko swoim
wrogom należy życzyć rozpustnych dzieci. Czyżby wspomniana gazeta i jej eksperci
chcieli wykończyć naszych zachodnich sąsiadów?
Jeśli w żądaniach arabskich rewolucjonistów można doszukiwać się jakichś dobrych
celów, chociaż z wykorzystaniem niewłaściwych środków, to już nie można tego
uczynić względem obrońców obscenicznego komiksu dla niemieckich dzieci i
młodzieży. Pragnienie dobra rozpoznajemy dzięki żywieniu pragnienia rozpoznania,
co w konkretnych warunkach jest tym dobrem. Wybiórczy dobór "specjalistów" –
śpiewających chórem – już pokazuje, że o prawdę tutaj nie chodzi.
Marek Czachorowski
