Wejście do ERM2 oznacza ataki spekulacyjne

Z dr. Zbigniewem Klimiukiem z Katedry Instytucji i Rynków Finansowych w Instytucie Ekonomii i Zarządzania Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego rozmawia Mariusz Bober

Banki centralne Polski, Czech, Węgier i Rumunii uzgodniły wspólne komentowanie zmian na rynku walutowym. Wcześniej nasz rząd zdecydował się na przewalutowanie części środków z Unii Europejskiej, a premier zapowiedział interwencję na rynku, jeśli kurs złotego do euro przekroczy 5 złotych. Jak Pan ocenia te pomysły na ratowanie polskiej waluty?

– W długim okresie są to działania nieskuteczne. Jeśli zostanie podjęta decyzja o zaatakowaniu złotego, to gdyby nawet uruchomiono wszystkie rezerwy walutowe, którymi dysponujemy, nie uchronilibyśmy naszej waluty przed spadkiem wartości. Dlatego obrona złotego nie jest problemem ekonomicznym, ale polityczno-strategicznym.


Dlaczego?


– Ponieważ spekulanci, którzy mogą zaatakować naszą walutę, pochodzą przede wszystkim z krajów rozwiniętych, głównie z USA. Przecież ostatnie ataki przeprowadził amerykański bank Goldman Sachs i inne instytucje amerykańskie. Dlatego chodzi o to, czy jest przyzwolenie m.in. w tym kraju na zaatakowanie Polski. Jeśli taka zgoda jest, to żadne rezerwy walutowe nie uchronią nas przed tym.


A może sprawę należałoby raczej załatwić na poziomie uzgodnień i regulacji międzynarodowych, niż rozmawiać z każdym krajem osobno?


– Wówczas trzeba byłoby zmienić całą architekturę finansową na świecie, a to jest na razie niewykonalne. Co prawda dyskusja na ten temat trwa od wielu lat, ale nic z niej nie wynika, gdyż logika rozwoju rynków finansowych rządzi się swoimi prawami i nikt nie chce porzucić systemu, który doprowadził do obecnej sytuacji. Rzeczywiście, są potrzebne nowe uregulowania, ale nie wierzę, by one zostały wprowadzone na drodze pokojowej…


Czy to znaczy, że grozi nam konflikt zbrojny?


– Raczej dezintegracja gospodarki światowej. Obecnie obserwuje się odwrót od globalizacji i rozpad gospodarki światowej na bloki krajów, które będą łączyły swoje wysiłki, by bronić swoich interesów, z czym oczywiście będzie łączył się wzrost protekcjonizmu i wojny walutowe oraz zmienne fazy wzrostów i spadku koniunktury. Ktoś na takich zmianach zyskuje, a ktoś traci, i to spośród głównych graczy. Obecnie występuje zbyt duża sprzeczność interesów, by wyłonił się nowy porządek. System Bretton Woods też nie został wprowadzony w sposób pokojowy, ale w konsekwencji sytuacji powstałej po II wojnie światowej, która zmieniła układ sił na świecie. USA stały się całkowitym hegemonem w dziedzinie gospodarczej. Udział dolara w rozliczeniach międzynarodowych sięgał wtedy ok. 70 procent, więc Amerykanie mogli narzucić całemu światu swój ład gospodarczy i finansowy. Gdybyśmy szukali analogii, to obecna sytuacja przypomina tę z lat 30. XX wieku. Stany Zjednoczone znajdują się obecnie w podobnej sytuacji, w jakiej wówczas była Wielka Brytania. Był to wtedy największy dłużnik, a jednocześnie kraj, który pretendował do odgrywania głównej roli w światowym systemie gospodarczym. Dziś jednak nie ma państwa, które mogłoby narzucić innym swoje rozwiązania i zastąpić USA. Wtedy – w latach 30., Stany Zjednoczone walczyły o taką pozycję z Niemcami, praktycznie już od połowy XIX w., i wygrały tę rywalizację.


Co w takim razie powinny zrobić nasze władze, by wesprzeć złotego?


– Powinniśmy załatwić sprawę na płaszczyźnie politycznej, to znaczy domagać się od rządu amerykańskiego, aby zabronił instytucjom finansowym tego kraju spekulowania na złotym i atakowania rynku walutowego. Analizując kryzysy finansowe z lat 90., trzeba powiedzieć, że stało za nimi przede wszystkim przyzwolenie polityczne. Pozwalano instytucjom finansowym atakować np. rynki azjatyckie, ale nie wolno było atakować innych państw, w których również były bardzo dogodne warunki do ataku spekulacyjnego, ponieważ odgrywały istotną rolę z punktu widzenia interesów USA. Rząd amerykański albo FED [Zarząd Rezerwy Federalnej – pełni rolę amerykańskiego banku centralnego – przyp. red.] może wymusić na działających w tym kraju instytucjach finansowych, by nie atakowały danego rynku walutowego.


Władze Polski mają w takim razie wiele powodów do naciskania na Waszyngton, choćby z racji zaangażowania naszych żołnierzy w konflikty w Iraku i Afganistanie…


– Oczywiście. Chyba że Waszyngton uważa, że hegemonia USA kończy się i nie zależy im już na sojusznikach. Jeśli zaś Ameryka chce utrzymać swoją pozycję w najbliższych latach, powinno jej zależeć na stabilności krajów Europy Środkowowschodniej.


Co powinny zrobić władze Polski, jeśli ataki spekulacyjne się powtórzą?


– Nie trzeba bronić złotego, ponieważ spekulanci atakują tylko te kraje, o których wiedzą, że władze będą chronić swoją walutę, przeznaczając na ten cel rezerwy banku centralnego. Jeśli bowiem jakieś instytucje finansowe atakują złotego, to nie interesuje ich nasza waluta jako taka, tylko właśnie rezerwy walutowe, które uruchamia w takiej sytuacji bank centralny.


Jednak rząd upatruje ratunku w jak najszybszym wejściu do europejskiego systemu kursowego ERM2, a następnie przyjęciu wspólnej waluty Unii Europejskiej. Czy to dobry pomysł?


– Absolutnie nie. To nic nam nie daje.


Ponieważ uczestnictwo w ERM2 zmusza nas do utrzymania niemal sztywnego kursu złotego do euro. To narazi nas na kolejne ataki spekulacyjne i NBP straci resztki rezerw walutowych?


– Dokładnie tak. Jeśli złoty zostanie przywiązany do euro na określonym poziomie kursu (a nie wiemy jeszcze na jakim), będziemy musieli przez dwa lata utrzymać go z tolerancją odchyleń do 15 proc. (plus minus). To będzie świetna okazja dla kapitału spekulacyjnego. Wystarczy wyprowadzić z Polski miliard lub półtora miliarda dolarów, by zachwiać kursem złotego. Więc wejście do ERM2 z góry zakłada ataki spekulacyjne. Tu powstaje pytanie, czy druga strona będzie zainteresowana tym, by nam pomóc. Unia Europejska może się przecież zgodzić jedynie na udzielanie nam kredytów na obronę złotówki. Wówczas najpierw zostalibyśmy zmuszeni do wyzbycia się rezerw walutowych, a następnie zadłużania się w celu utrzymania sztywnego kursu złotówki. Przecież to absurd!


A co oznaczałoby dla Polski przyjęcie euro w dłuższej perspektywie?


– W dłuższej perspektywie wejście Polski do strefy euro oznacza utratę nawet tej konkurencyjności, którą obecnie mamy. Proszę zauważyć, że obecnie Niemcy i Słowacy, którzy posługują się euro, przyjeżdżają do nas na zakupy, czego nie robią Czesi, mieszkający przecież między jednymi i drugimi, a którzy nie przyjęli jeszcze euro. Przyjęcie tej waluty w dłuższej perspektywie jest więc fatalnym rozwiązaniem. Przeżylibyśmy wtedy szok cenowy z powodu podrożenia większości produktów i usług nie rzędu kilku procent, jak twierdzą niektórzy, ale nawet 25 procent, tyle że rozłożony w czasie. Ponadto doświadczenia krajów strefy euro pokazują, że Niemcy byli w stanie poprawić swoją konkurencyjność wobec takich krajów, jak Hiszpania i Włochy, i tam lokują swoje nadwyżki eksportowe. Gdyby kraje te miały swoje waluty, mogłyby się bronić poprzez ich dewaluację. Obecnie zaś mają związane ręce. Jeśli przyjmiemy euro, czeka nas to samo.


Ale rząd Donalda Tuska i część mediów wmawiają ludziom, że euro uchroniłoby nas od ataków i problemów walutowych?


– Na to trzeba patrzeć w perspektywie nie dwóch, ale co najmniej pięciu lat. Należy sobie postawić pytanie – kto jest najbardziej zainteresowany przyjęciem euro przez nasz kraj? Są to te państwa, które chcą ulokować u nas swoje nadwyżki eksportowe, czyli przede wszystkim Niemcy. A gdy Niemcy zachęcają nas do czegoś, to trzeba być bardzo ostrożnym. Można tu poszukać analogii do ataku George’a Sorosa na funta brytyjskiego w 1992 r., co miało na celu przekonać kraje Unii Europejskiej do utworzenia strefy euro.


Myśli Pan, że ostatnie ataki spekulacyjne miały na celu wywołanie presji w naszym kraju na przyjęcie euro?


– Myślę, że to był taki bat na nasze plecy, byśmy nie ociągali się z przyjęciem euro. Dopóki bowiem nie zrobiliśmy tego, mamy jeszcze pole manewru, choćby poprzez wahania kursowe, i możemy prowadzić własną politykę monetarną. Gdy wejdziemy do strefy euro, o kursie waluty i stopach procentowych będzie decydował Europejski Bank Centralny we Frankfurcie nad Menem. Dla Polski będzie to oznaczać utratę konkurencyjności. Dzieje się to w sytuacji, gdy udział kapitału zagranicznego w sektorze bankowym wynosi ponad 70 procent. Gdy np. Portugalia wchodziła do strefy euro, udział tego kapitału wynosił tam 7 procent. Co prawda w traktacie akcesyjnym zobowiązaliśmy się do przyjęcia euro (w przeciwieństwie np. do Danii), ale nie ma tam zapisu, kiedy mamy przystąpić do eurolandu. Może to być więc także rok 4521…


Rząd jednak nie dostrzega takich związków i nacisków. Widzi je za to w rzekomym pomyśle emitowania wspólnych euroobligacji krajów strefy euro, choć nawet EBC zaprzeczył tym twierdzeniom…


– Euroobligacje potrzebne są przede wszystkim EBC, by mógł przeprowadzać interwencje na rynku. Dotychczas bowiem, choć prowadzi on politykę pieniężną na obszarze 16 krajów strefy euro, nie ma możliwości przeprowadzania operacji otwartego rynku, bo obligacje emitują państwa członkowskie. Tymczasem doświadczenia ostatnich 10 lat pokazują, że EBC nie radzi sobie z kształtowaniem kursu euro do głównych walut, m.in. dolara, jena i funta brytyjskiego. W efekcie to kraje emitujące te waluty mogły narzucić korzystny dla siebie kurs ich wymiany wobec euro. Skutkowało to tym, że Europejski Bank Centralny nie potrafił kształtować kursu euro korzystnego dla krajów strefy euro. Emisja wspólnych euroobligacji zmieni strukturę rezerw walutowych na świecie, mianowicie zmniejszy udział dolara jako waluty rezerwowej, a zwiększy rolę euro. Wówczas np. kraje azjatyckie, które mają ogromne rezerwy walutowe, ograniczą lokowanie ich w dolara.


Jakie skutki dla Polski miałaby emisja wspólnych euroobligacji? Czy rzeczywiście doprowadziłaby do bankructwa Polski, jak straszył minister Sławomir Nowak, twierdząc, że wówczas nikt nie będzie chciał kupować polskich obligacji?


– Nie chce mi się wierzyć, by oznaczało to aż taką konkurencję. Wspólne euroobligacje oznaczają po prostu większy napływ kapitału na rynek europejski, być może nawet rzędu bilionów USD. Nasze potrzeby są tymczasem mierzone w zupełnie innej skali. Poprzez nasze obligacje pozyskuje się kwoty rzędu dziesiątków miliardów USD.


Problemy polskiej złotówki boleśnie odczuwają też firmy, zwłaszcza te produkujące na eksport. Niektórzy zastanawiają się, dlaczego spadek wartości złotówki nie jest korzystny dla naszych eksporterów…


– Do pewnego stopnia jest to bardzo korzystne dla nich. Spadek wartości złotówki polskie firmy odczuwają natomiast z powodu kredytów zaciągniętych w zagranicznych bankach. Tak jak gospodarstwa domowe w Polsce mają zaciągnięte kredyty w walutach obcych, tak samo wiele polskich przedsiębiorstw. Podkreślam, że chodzi o polskie firmy, a nie zagraniczne działające w Polsce, bo ich sytuacja jest zupełnie inna. Firmy polskie, które zaciągnęły kredyty w walutach obcych, w związku ze spadkiem wartości złotego ponoszą po prostu wyższe koszty obsługi tych kredytów. Jeśli wzrost eksportu rekompensuje te koszty, to sytuacja przedsiębiorcy nie jest jeszcze zła.


Jednak z powodu kryzysu światowego w krajach Unii Europejskiej, która jest głównym odbiorcą naszego eksportu, także spadła sprzedaż, a więc zapewne niewiele firm rekompensuje sobie rosnące koszty obsługi kredytów?


– Wydaje się, że tak, ponieważ udział eksportu polskich firm z naszego kraju wynosi 30-40 proc., a ok. 60 proc. stanowi eksport firm zagranicznych działających w Polsce.


Wielu polskich przedsiębiorców boryka się także z problemami opcji walutowych…


– Masowość zawierania tych transakcji wskazuje na to, że było to działanie w pełni celowe. Mianowicie spekulanci nie mogli zaatakować nas bezpośrednio od strony systemu kształtowania kursu złotego (kurs jest płynny), więc uderzyli poprzez transakcje opcyjne. Doprowadzono mianowicie do sytuacji, w której z punktu widzenia przedsiębiorstwa wprowadzono kurs stały złotego. Są tylko dwa powody zawierania opcji: albo liczono już wówczas na spadek wartości złotego w związku z przystąpieniem Polski do systemu ERM2, albo w związku z przewidywanym wystąpieniem w naszym kraju skutków światowego kryzysu. Transakcje te zawierano bowiem w czasie, gdy było pewne, że złoty nie może być już bardziej silny. Jak to się stało, że polskie firmy nabrały się na to – trudno mi odpowiedzieć. Dla kogoś, kto ma elementarną wiedzę na temat finansów, było do przewidzenia, że w perspektywie dwóch-trzech lat należy oczekiwać osłabienia naszej waluty. Przewidziana w umowach opcyjnych rezerwa 10-15 groszy wobec notowań złotego do dolara czy euro nie mogła tego spadku wartości zrekompensować, bo wiadomo było, że on będzie większy. Były to więc celowe działania.


A jak można wyjść z tej sytuacji? Pomysły wicepremiera Waldemara Pawlaka przewidujące np. unieważnienie opcji są realistyczne?


– Zdecydowanie nie. Oznaczałyby ciąganie polskich firm po sądach w różnych krajach świata. Bowiem udowodnienie bankom, że działały w złej woli, czyli świadomie wprowadziły firmy w błąd, byłoby niezmiernie trudne. Trudne będą także porozumienia między bankami działającymi w Polsce, bo są to w większości spółki-córki instytucji zagranicznych. Na porozumienia między polskimi firmami a bankami działającymi w Polsce musiałyby jeszcze zgodzić się ich zagraniczne centrale.


Słabość polskiej waluty boleśnie odczuwają również osoby, które zaciągnęły kredyty hipoteczne w obcych walutach, a w związku ze wzrostem ich wartości poszybowały w górę raty ich kredytów. Jak należałoby pomóc tym ludziom? Część ekspertów ostrzega, że wkrótce te osoby mogą mieć problemy z wypłacalnością. Rządowy pomysł wsparcia dla takich kredytobiorców załatwi sprawę?


– Wsparcie ze strony rządu jest śladowe i wygląda raczej na propagandę. Jako realną pomoc trzeba byłoby zaangażować miliardy złotych na spłatę np. odsetek od kredytów. Gospodarstwom domowym zostają więc właściwie negocjacje z bankami. One doskonale wiedzą, że jeśli dojdzie do niewypłacalności kredytobiorców, mogą nie odzyskać swoich pieniędzy. Nie gwarantowałoby tego nawet zajęcie kredytowanej nieruchomości, ponieważ banki nie są w stanie sprzedać ich obecnie na rynku po takiej cenie, która rekompensowałaby im zaangażowane pieniądze. Dojdzie do tego przewidywalny w najbliższym czasie spadek cen nieruchomości.


Część ekspertów uważa, że odbijające się na naszym kraju skutki światowego kryzysu i problemy walutowe obnażają słabość polskiej gospodarki, która po 20 latach dobrze przeprowadzonych przekształceń własnościowych powinna mieć większy kapitał własny. Podziela Pan ten pogląd, że zbieramy obecnie gorzkie żniwo złych przekształceń własnościowych?


– Myślę, że właśnie z tego powodu obecny rząd chce szybkiego wejścia Polski do strefy euro. Światowy kryzys obnaża bowiem rzeczywiście politykę ostatnich 20 lat i to, z jakim stanem posiadania mamy w Polsce do czynienia. Jeśli gospodarkę buduje się na własnych firmach, to jej rozwój jest w miarę stabilny. Jeżeli zaś nasza gospodarka uzależniona jest od kapitału zagranicznego, i to w dużej mierze portfelowego [czyli spekulacyjnego – przyp. red.], to w sytuacji kryzysu i jego ucieczki mamy takie problemy jak obecnie. Ciągnąc nas do strefy euro, rząd chce ukryć ten fakt.


Dziękuję za rozmowę.
drukuj