W polu dobra i zła

Powraca do Sejmu kwestia legalizacji związków homoseksualnych, na razie w
ramach instytucji "związku partnerskiego" obejmującego także związki
heteroseksualne. Partia rządząca deklaruje, że po przeforsowaniu kryptoeutanazji
za pomocą pracy aż do śmierci złoży własny projekt w sprawie "związku
partnerskiego", ale już pracuje się nad projektem posła Janusza P. z Lublina.
Wspierają go w tym dziele "towarzysze" z PRL. Za sceną pociągają sznurkami
"Europejczycy", wnioskując z ich – zapisanych w rozmaitych dokumentach UE –
natarczywych żądań "niedyskryminacji z racji orientacji seksualnej". Dla
odniesienia pełnego sukcesu – stworzenia instytucji "związku partnerskiego" –
zbiera się też opinie specjalistów z różnych dziedzin, począwszy od specjalistów
od prawa stanowionego, a skończywszy na biznesmenach. Oby nie zabrakło w tych
opiniach zdrowego rozsądku.

Może najpierw dziwić, dlaczego nie żąda się stworzenia instytucji "małżeństwa
homoseksualnego", ale tylko "związku partnerskiego". Stoi za tym jednak nie brak
chęci, ale chłodna kalkulacja, bo próba stworzenia "małżeństwa homoseksualnego"
wymagałaby wcześniejszej zmiany polskiej Konstytucji, w której jednoznacznie – i
z wyraźnie wyrażoną intencją ustawodawcy – zdefiniowano małżeństwo jako związek
mężczyzny i kobiety. Zauważa się tę trudność w uzasadnieniu rozważanego projektu
ustawy, bo twierdzi się, że jest to tylko "krok w stronę pełnego
równouprawnienia osób nieheteroseksualnych". Przytłaczająca większość tego
projektu dotyczy homoseksualnego, a nie heteroseksualnego "związku
partnerskiego".

Najważniejszym aspektem rozważanej ustawy jest oczywiście jej uzasadnienie.
Sami wnioskodawcy podają, że cały projekt opiera się na założeniu, iż "zarówno
pary różnopłciowe, jak i pary jednopłciowe są zdolne do tworzenia niezależnych
ekonomicznie, trwałych związków, opartych na wzajemnej miłości, szacunku,
lojalności i pomocy". Zabrakło jednak jakiegokolwiek uzasadnienia tej tezy, co
tym bardziej jest rażące, skoro na niej opiera się cały pomysł stworzenia
instytucji "związku partnerskiego". Podkreślić należy, że odpowiedzi na pytanie,
czy jakiś typ związków międzyludzkich (np. homoseksualnych) jest w stanie
realizować poziom wzajemnego szacunku (miłości), nie można udzielić na drodze
odwołania się do samych deklaracji zainteresowanych osób. Nie pytamy się
przecież w ten sposób w bardzo wielu, a nawet w większości przypadków
międzyludzkich relacji. Nie pytamy się np. gangsterów, czy w ramach tej swojej
działalności zawiązują trwałą miłość i wzajemny szacunek. Z samej istoty
gangsterstwa wynika, że poprzez wspólne prowadzenie takiej działalności nie
można nawiązać prawdziwie ludzkiej relacji, a zatem relacji opartej na
"wzajemnej miłości, szacunku, lojalności i pomocy". W ten sam sposób trzeba
zapytać o związki homoseksualne: czy mogą one ze swojej istoty realizować
wzajemną miłość i szacunek? Cała klasyczna tradycja filozoficzna (Sokrates,
Platon, Arystoteles, Tomasz z Akwinu) odpowiadała, że nie. Ze swojej istoty te
związki nie mają nic wspólnego z miłością i wzajemnym szacunkiem, ponieważ nie
zawierają respektowania tego obiektywnego i osobowego elementu ludzkiej
seksualności, którym jest możliwość powołania do istnienia nowej osoby ludzkiej.
Brak uwzględnienia tego konstytuującego osobę ludzką elementu wyklucza –
niezależnie od tego, co sądzą sami zainteresowani na temat własnego związku –
aby ten związek miał oparcie w miłości, czyli wzajemnym szacunku. Posługując się
tym sposobem argumentacji, ta tradycja filozoficzna definiowała homoseksualizm
jako działania "nienaturalne", czyli niezgodne z obiektywną istotą (naturą)
człowieka. Tu zatem zlokalizować należy podstawową słabość omawianego projektu
ustawy. Oparta jest ona na dogmatycznym i w dodatku fałszywym założeniu, iż
miłość małżeńska ze swojej istoty niczym się nie różni od tego, co można
realizować w związkach "partnerskich", czyli także związkach homoseksualnych.

Marek Czachorowski

drukuj