U stóp Polaków legła krzyżacka pycha

W dziejach wojen, które przyszło prowadzić państwu polskiemu w ciągu jego
ponadtysiącletniej historii, wiele było bitew zwycięskich. Niektóre opromieniły
oręż i żołnierza polskiego szczególną chwałą, a to z racji ich znaczenia dla
całej Europy. Oblicze dzisiejszego świata wyglądałoby zupełnie inaczej, gdyby
nie zawzięta aż do zwycięskiego końca obrona chocimskich szańców przed turecką
nawałą w roku 1621. Prawie trzysta lat później zniszczona Wielką Wojną i targana
konfliktami społecznymi Europa stanęła w obliczu bolszewickiego najazdu. Po raz
drugi Polacy obronili cywilizację zachodnią, a zwycięstwo w bitwie nad Wisłą
wydawało się tak nieprawdopodobne, że przez wielu zostało nazwane cudem.
Pierwszą jednak bitwą, która uzmysłowiła Europie, że na arenie politycznej
pojawiło się nowe mocarstwo militarne, było starcie armii polsko-litewskiej z
całą niezwyciężoną potęgą Zakonu Najświętszej Maryi Panny Domu Niemieckiego.

Do wojny dojść prędzej czy później musiało. Korona Polska dla swego rozwoju
gospodarczego niezbędnie potrzebowała ujścia Wisły i gdańskiego portu, które od
stu lat pozostawały w rękach krzyżackich. Litwa była z kolei celem nieustannych,
wyniszczających i coraz dla niej groźniejszych najazdów wojsk zakonnych. Dla
Krzyżaków wojna z Litwą – wciąż pogańską, jak twierdzili – była podstawą
istnienia. Ponieważ zaś Jagiełło, litewski książę na polskim tronie, dłużej
ataków krzyżackich na Litwę tolerować nie mógł, wybuch wojny był nieunikniony.
O świcie 15 lipca Roku Pańskiego 1410 na lekko pofałdowanej równinie opodal wsi
Grunwald (Tannenberg) stanęły naprzeciwko siebie dwie armie. Według najnowszych
szacunków historyków, wojska zakonne wsparte przez książąt śląskich i pomorskich
oraz ochotników z Europy Zachodniej liczyły około 25 tysięcy ludzi, w tym około
15 tysięcy świetnie uzbrojonej ciężkiej konnicy. Naprzeciw nich stanęły liczące
w sumie około 35 tysięcy wojowników chorągwie polskie, mazowieckie, litewskie,
żmudzkie, ruskie, tatarskie i czeskie. Wyraźną przewagę liczebną armii
polsko-litewskiej osłabiał fakt, że tylko nieliczne doborowe oddziały
dorównywały uzbrojeniem rycerstwu zakonnemu.
Wieczorem walka się skończyła: na polu bitwy legł kwiat rycerstwa zakonnego,
niemal wszyscy komturowie i sam wielki mistrz Ulryk von Jungingen. Nad jego
skrwawionymi zwłokami podniesionymi z pola bitwy król Jagiełło wyrzekł słowa
przekazane nam przez Jana Długosza: "Oto ten, który wczoraj tyle królestw i
państw swojemu przeznaczał panowaniu, któremu zdawało się, że w potędze nie miał
sobie równego, leży pozbawiony wszelkiej swoich pomocy, nędznie zabity, okazując
swoim upadkiem, o ile duma niższa jest od pokory".
Po grunwaldzkiej wiktorii wojna toczyła się przez następny rok ospale, bez
żadnych praktycznie sukcesów. I choć polskie oddziały wdarły się nawet w obręb
murów Malborka, nie zdobyto ostatecznie ani krzyżackiej stolicy, ani żadnego z
miast i zamków, choć uciskana ludność Prus z radością poddawała się Polakom.
Ostatecznie jedynym polskim zyskiem terytorialnym stały się… dwa młyny na
Drwęcy. I – jak napisał Długosz – "sławne owo i pamiętne pod Grunwaldem
zwycięztwo na nic prawie, owszem na sromotę wyszło, gdy żadnej Królestwu
Polskiemu nie przyniosło korzyści; Litwa tylko znakomite zebrała z niego plony".
Militarna potęga zakonu została złamana, przestał on stanowić śmiertelne
zagrożenie dla Litwy, która odzyskała Żmudź i uwolniła się od siejących grozę
krzyżackich rejz. Polska, której wkład w wojnę był najbardziej znaczący, nie
wyciągnęła ze zwycięstwa niemal żadnych korzyści, pominąwszy nałożoną na zakon
kontrybucję. Tak bardzo potrzebne dla rozwoju gospodarczego i politycznego
Korony Pomorze Gdańskie pozostało w rękach krzyżackich przez następne pół wieku.
Kwestia, dlaczego Korona nie potrafiła wyciągnąć żadnych korzyści ze swego
wielkiego zwycięstwa, dlaczego pozwoliła, by jej wróg odzyskał siły na tyle, że
niespełna 50 lat później trzeba było ponownie, tyle że olbrzymim kosztem i aż
przez 13 lat toczyć boje o to, co w 1410 roku było praktycznie w polskich
rękach, do dziś budzi spory historyków.
Bezsporne jest natomiast znaczenie grunwaldzkiej wiktorii dla powstania i
rozwoju poczucia narodowej tożsamości. Wraz z innymi osiągnięciami – nie tylko
militarnymi – była źródłem dumy i siły, gdy potężna niegdyś Rzeczpospolita
chyliła się ku upadkowi. Szczególną moc Grunwald zyskał w okresie zaborów.
Pamięć o pełnych pychy niemieckich zakonnikach leżących w prochu i pyle u stóp
zwycięskich Polaków miała istotne znaczenie dla woli walki o polskość i
zachowanie narodowej tradycji, zwłaszcza na ziemiach, które dostały się pod
władanie Prus, a potem Cesarstwa Niemieckiego. Pamięć tę i tradycję można było
manifestować tylko w cieszącej się autonomią Galicji. Tam właśnie Jan Matejko
namalował swój olbrzymi obraz ukazujący bitwę pod Grunwaldem i upadek wielkiego
mistrza. I nie miały znaczenia błędy kompozycji czy brak wierności epoce. Ważne
były uczucia i wzruszenie widzów. Podobnie rzecz się miała z powieścią Henryka
Sienkiewicza "Krzyżacy". Patriotyczne uczucia kulminację swą znalazły w 1910
roku, gdy w pięćsetną rocznicę bitwy w Krakowie odsłonięto pomnik Grunwaldzki.
Ze znaczenia bitwy pod Grunwaldem jako fragmentu polskiego mitu narodowego
doskonale zdawali sobie sprawę Niemcy. Klęska zakonu krzyżackiego doznana z rąk
polskich i litewskich mocno przeszkadzała w budowaniu przekonania o wyższości
rasy germańskiej nad Słowianami. Gdy we wrześniu 1914 roku wojska niemieckie
rozgromiły w szeregu bitew nad jeziorami mazurskimi armie rosyjskie, propaganda
niemiecka okrzyknęła to zwycięstwo rewanżem za Grunwald. Podobnie w 1940 roku:
dążąc do zatarcia pamięci o polskim zwycięstwie, a germańskiej klęsce, niemieccy
okupanci kopie zdobytych pod Grunwaldem krzyżackich chorągwi uroczyście
przenieśli z Wawelu do Malborka.
Zmienia się świat, Europa i Polska. Dziś podobno bardziej są w cenie osiągnięcia
ekonomiczne, techniczne czy polityczne niż militarne. Narody jednak nie
zapominają o bitwach, i tych wygranych, i tych przegranych, gdyż i jedne, i
drugie stanowią część historii. A przeszłość stanowi część teraźniejszości. I
dlatego dobrze, że pamięć o Grunwaldzie jest w Polsce wciąż żywa.

Prof. Tomasz Panfil

Autor jest kierownikiem Katedry Nauk Pomocniczych Historii Katolickiego
Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II.

drukuj