Szkoła cierpienia, jako szkoła miłości

Czas Wielkiego Postu sprzyja nade wszystko uczeniu się. Podejmowane w tym
czasie dobrowolne akty cierpienia traktuje się w naszej tradycji cywilizacyjnej
jako sprzyjającą okazję do lepszego rozumienia ludzkiej kondycji, w tym stanu
własnej kondycji moralnej, i wyciagnięcia stąd praktycznych wniosków. Mówimy
zatem o "szkole cierpienia", bo cierpienie winno najpierw uczyć.

Tak traktowano cierpienie jeszcze przed przyjściem Chrystusa, co wyraźnie
widzimy chociażby w "Dziejach" Herodota. Opisana przez niego historia Krezusa,
króla Lidów, wskazuje, że dopiero doznane cierpienie – wpadł on w ręce króla
Persów, pozbawiony został bogactwa i skazany został na śmierć – odsłoniło mu ten
aspekt rzeczywistości, którego wcześniej nie brał pod uwagę, upojony
zgromadzonym bogactwem oraz pełnią władzy. Pozbawiony tego wszystkiego przez
Cyrusa zrozumiał pozorność swojego mniemania, że jest najbardziej szczęśliwym
człowiekiem. "Cierpienia, które były tak gorzkie, stały się dla mnie nauką" –
stwierdził.

Krezus służył później swoją mądrością, zrodzoną przez cierpienie, samemu
Cyrusowi. Władca Persów jednak, doznając cały czas powodzenia i pomyślności, nie
zauważał, że jest "tylko człowiekiem". Przyczyną tej ślepoty Cyrusa był brak
cierpienia i sprzyjający mu dotychczas los.

Stratą czasu byłoby "przekonywać" Czytelników, że cierpienia Chrystusa
stanowią szczególną lekcję, nad którą medytują chrześcijanie podczas Wielkiego
Postu. We własnym cierpieniu – otrzymywanym może w tym czasie obficie, ale także
w dobrowolnie podejmowanych jego aktach – pewnie odczytują ważną lekcję na temat
swojej jedynej i niepowtarzalnej biografii. Pewnie też wcielają tę zdobytą
wiedzę w czyn.

Epoka nowożytna mniej czy bardziej wyraźnie i konsekwentnie odrzuca szkołę
cierpienia. Kartezjusz planował zdobycie wiedzy medycznej, która uwolni ludzkość
od wszelakiego cierpienia, włącznie z cierpieniem związanym z winą moralną. Jego
bowiem zdaniem, dzięki zwycięskiej walce z chorobami (i rozwiązaniu zagadki
funkcjonowania ludzkiego organizmu) będzie można nawet przezwyciężyć zło
moralne, bo za nim ma stać tylko nieprawidłowe funkcjonowanie ludzkich uczuć
zależnych od stanu naszego organizmu. Obiecywał zatem Kartezjusz, że staniemy
się dobrzy moralnie bez wkładu własnego wysiłku i bez elementu cierpienia!
Szkoła cierpienia jest niepotrzebna.

Z praktyk dobrowolnego podejmowania cierpienia ("ascetyzmu mniszego")
pokpiwał sobie między innymi także Immanuel Kant. Jego zdaniem, za takimi
praktykami ma stać jakieś zafałszowanie własnej świadomości: "zabobonna obawa"
albo "obłudna odraza do samego siebie". Chociaż sam postulował "wyrzekanie się
niektórych radości życiowych, których utrata może sprawić, że człowiek staje się
ponury i posępny", to te wyrzeczenia nie są w oczach Kanta jakąś lekcją na
własny temat. Te wyrzeczenia są tylko warunkiem koniecznym zachowania swojego
dobrego samopoczucia pod względem moralnym, czyli – nie uczeniem się i realnym
zmienianiem się, ale upiększaniem we własnych oczach swojego wizerunku.

Wydaje się, że w tej ostatniej linii myślowej lokują się rady jednego ze
znanych polskich duszpasterzy, który na portalu Fronda.pl dziwił się ostatnio,
że chrześcijanie na okres Wielkiego Postu niekiedy rezygnują także ze współżycia
małżeńskiego. Jego zdaniem, raczej w tym czasie należałoby zadbać o podniesienie
poziomu tego współżycia, będącego znakiem miłości małżeńskiej. Dziwi jednak to
zdziwienie odnośnie do decyzji tych małżonków, którzy w czasie Wielkiego Postu
chcą podnieść poziom własnej miłości na drodze małżeńskiego "milczenia". Czyżby
małżeńska miłość wykluczała wyrzeczenie, element cierpienia, rezygnacji? Czyżby
takie cierpienie nie dawało dobrej lekcji miłości?

Marek Czachorowski

drukuj