Szczecin – wesołe miasteczko Berlina
Miasto, które w Grudniu ´70 spłynęło krwią w obronie godności Polaków niszczonych stalinizmem, a później podlonych gomułkowską małą stabilizacją; w Sierpniu ´80 dające odpór Wielkim Strajkiem wszechpanującej degrengoladzie społecznej epoki późnego Gierka; w latach 1980-1981 będące najważniejszą, obok Gdańska, twierdzą rodzącego się na nowo państwa polskiego – jest cieniem swojej wielkości. Zwija się. Umiera w nim polskość. Mentalnie. A to już wystarczy współczesnym neokolonizatorom.
Żeby opanować rodzący się w latach 1980-1981 groźny, bo twórczy i prawdziwie polski żywioł, tutejsza nomenklatura komunistyczna, wykonując w podskokach rozkazy junty Jaruzelskiego, sięgnęła po brutalną przemoc – jedyną metodę, którą wystraszona miernota jest w stanie zastosować wobec przerastającej ją konkurencji. Przejechała po nadziejach szczecinian gąsienicami czołgów. Ocalała. Trwa do dziś.
Garnizon rusko-pruski
Ktoś, kto przyjeżdża do Szczecina od strony Odry, a robi to większość zmotoryzowanych osób z Polski, musi skorzystać z Trasy Zamkowej im. Piotra Zaremby. Inżynier Piotr Zaremba był pierwszym prezydentem Szczecina od czasu włączenia miasta w strukturę montowanego przez komunistów państwa, nazwanego później PRL. Następnie był przewodniczącym Wojewódzkiego Frontu Jedności Narodu, członkiem egzekutywy KW PZPR w Szczecinie, wypowiadał się przez cały okres swej politycznej aktywności jako autorytet polityczny i naukowy (Piotr Zaremba był też profesorem Politechniki Szczecińskiej). Bez wątpienia miało to wpływ na honory, jakich nie szczędziła mu Polska Ludowa, odznaczając go m.in. Orderem Budowniczych Polski Ludowej.
Następnie przybysz z głębi kraju mija niepozorny placyk przed Komendą Wojewódzką Policji, wcześniej KW MO, na którym stoi, jakby wstydliwie kryjąc się za rosnącymi wokół drzewami, anemiczny Anioł Wolności, swoim wyglądem prowokujący do stwierdzenia: jaka wolność, taki anioł wolności. Monumencik poświęcony jest ofiarom Grudnia ´70. Jedyne wpisane w przestrzeń miejską, rachityczne wspomnienie dni krwi i chwały roku 1970.
Nad tą częścią miasta dominuje zespół urbanistyczny umieszczony na obszarze dawnych fortów pruskich zwany Wałami Chrobrego. Niedawno jeden z historyków Instytutu Historii US forsował zmianę nazwy na przedwojenną: Tarasy Hakena (Hakenterrasse), nadburmistrza miasta w czasach cesarza Niemiec i króla Prus Wilhelma II. Propozycja szczecińskiego historyka, aby uczcić w ten sposób urzędnika pruskiego militarysty, upadła, ale sama koncepcja doczekała się realizacji w postaci Ronda Hakena, znajdującego się niedaleko budynku Instytutu Historii US. Wjeżdżając do centrum, przywita nas pomnik Wdzięczności dla Armii Radzieckiej wystawiony w 1950 r. przez tutejszych komunistów swoim dobroczyńcom. Pomnik istnieje do dziś. Rodzimi komuniści i ich mentalni spadkobiercy również. To wszak oni bronią prawa do obecności w przestrzeni publicznej pamiątek po czerwonym totalitaryzmie. Oni też tworzą duszną atmosferę miasta. Nietwórczą. Czy tym można wytłumaczyć fakt, że kawaler Orderu Budowniczych Polski Ludowej został zwycięzcą plebiscytu na szczecinianina XX wieku, a urzędnik pruski Hermann Haken zajął drugie miejsce? A młodzi szczecinianie mówią często zgryźliwie, że Szczecin to wioska z tramwajami?
Wymowna sprzeczność albo miasto w rękach realpolityków
Ci sami ludzie, którzy lubią podkreślać, że Szczecin jest miastem pogranicza, że z tym pograniczem związana była przez długie lata niepewność odnośnie do przynależności miasta do Polski i że dopiero rok 1990, rok zjednoczenia Niemiec, zapewnił miastu trwałe miejsce na politycznej mapie kraju, a przystąpienie do Unii Europejskiej z RFN na czele tylko potwierdziło wzmiankowane zjawisko – mówią jednocześnie, że ziemię zachodniopomorską wraz z jej stolicą wzięliśmy na trwałe w posiadanie dzięki Armii Czerwonej. Czyli 45 lat wcześniej.
Ta sprzeczność wynika z uwikłania lokalnego establishmentu w nieprzynoszącą mu chluby przeszłość – zdecydowana większość miejscowej elity starszego pokolenia swoje kariery i wpływy zawdzięcza woli Komitetu Wojewódzkiego PZPR (a w wielu przypadkach również Komendy Wojewódzkiej MO), sekretarzom organizacji partyjnych poszczególnych szczebli, a także oficerom prowadzącym oraz wymianie usług wzajemnego wybaczenia, jaka rozkwitła po 1989 r. i wyniosła ich wysoko na lokalny panteon, nieproporcjonalnie do rzeczywistych możliwości i zasług. Nie mogą więc kąsać ręki, która ich przez tyle lat karmiła: podświadomy szacunek do krasnoarmiejców jest w istocie hołdem złożonym ojcom założycielom ich prowincjonalnych karier. Z drugiej strony ludzie ci, wytresowani w realpolitik, czyli w wiedzy praktycznej o tym, z której strony jest chleb posmarowany, wnet pojęli, że jak niegdyś czapkowanie przed internacjonalizmem i diamatem, tak teraz kucanie przed idolem tzw. normalności europejskiej i ogólnie pojętym duchem postępu aktualnie wcielonym w wytyczne komisarzy europejskich i struktury UE, których ciężar dźwiga wielki brat z Berlina – uczyni z nich ponownie królów życia w mieście i regionie. Pozwalając jednocześnie ukryć wstydliwe zakątki życiorysu gorliwością w krzewieniu nowego wśród tubylców. Co istotne, tę mądrość etapu zdążyli już przekazać swoim mianowańcom na stanowiska, majestatycznie, niespiesznie opuszczane dla swych duchowych potomków.
Homines sovietici albo kto rządzi pamięcią historyczną regionu
W mieście, w którym tak widoczne są rusko-pruskie pamiątki, dociskanym dodatkowo prusko-ruską rurą położoną na dnie Bałtyku, szczególna rola przypada ludziom, którzy – wydawać się mogło – są najbardziej politycznie i narodowo świadomi: szczecińskim humanistom związanym z największą uczelnią w województwie – Uniwersytetem Szczecińskim, oraz włodarzom miasta.
W 1972 r. resort bezpieczeństwa w Szczecinie meldował centrali w Warszawie z troską, iż brak w mieście w miarę prężnego centrum naukowo-kulturalnego (czyli ośrodka indoktrynacji) powoduje, że Szczecin „narażony jest najbardziej ze wszystkich miast na wpływy zewnętrzne” (chodziło o wpływy „kultury kapitalistycznej”), a młodzież, „w większości dynamiczna i zdolna, zdana jest na samodzielne poszukiwanie wzorów kulturowych”. Trzynaście lat później naprawiono ten błąd: powstaje Uniwersytet Szczeciński – „czerwony uniwersytet”. Na inaugurację roku akademickiego w nowo powstałej uczelni przybył „pierwszy żołnierz PRL” Wojciech Jaruzelski. Mimo nieśmiałych – jak wspomniany Anioł Wolności – prób przekierunkowania uczelni w stronę stwarzającą szanse rozwoju, podjętych po 1989 r., czerwona kadra tego – z założenia twórców – ośrodka indoktrynacji przeszła przez czas burzy i naporu w zwartym szyku. Niesie to niebłahe konsekwencje. Jak pisał niedawno jeden z pracowników Uniwersytetu Szczecińskiego, posługując się stosownymi danymi oraz parametrami, biorąc pod uwagę poziom naukowy US, uczelnia ta mogłaby konkurować jedynie z uniwersytetami z krajów ogarniętych kataklizmami społecznymi bądź żywiołowymi, takimi jak Sierra Leone czy Haiti. Zdecydowana większość uczelni z ubogich państw Trzeciego Świata jest poza zasięgiem podpory intelektualnej Pomorza Zachodniego. Zresztą nie tylko intelektualnej, również socjalnej. Uniwersytet Szczeciński po upadku przemysłu okrętowego jest jednym z największych pracodawców w mieście. W gruncie rzeczy jedynie na tym polega jego niezbędność dla regionu.
Tę smutną prawdę potwierdzają gwiazdy szczecińskiej humanistyki, które wypowiadając się podczas sporu na temat sensu obecności pamiątek po ZSRS i komunizmie w publicznej przestrzeni miasta, starały się dowieść, iż Polakom Armia Czerwona kojarzy się bardziej z wyzwoleniem niż z przywleczeniem do Polski czerwonej zarazy. Ilość idiotyzmów, które wypowiedzieli ci profesorowie, broniąc obecności w centrum miasta pomnika Wdzięczności dla krasnoarmiejców i innych pamiątek po PRL, mogłaby wprawić w zażenowanie Forresta Gumpa, natomiast nas musi skłonić do smutnej refleksji na temat poziomu środowiska, w którym za gwiazdy uchodzą indywidua niepotrafiące odróżnić lewej ręki od prawej. Ich poglądy i ścieżki kariery mogłyby stanowić cenną pomoc w dyskusji: w jakiej skali komunistycznej inżynierii społecznej udało się utworzyć wśród tzw. elit ziem odzyskanych człowieka nowego, zwanego później homo sovieticus.
Floating Garden albo „Polska to nienormalność” w praktyce
W 2008 r. władze miejskie zaczęły promować wizję rozwoju Szczecina do połowy obecnego wieku. Znak rozpoznawczy stolicy regionu – landmark (sic!), jak czytamy w oficjalnym dokumencie miasta, zawiera się w logo: Floating Garden 2050 (Pływający Ogród). W prospekcie objaśniającym idee wizji-programu kładzie się nacisk na dwa walory: zieleń i wodę, uznając jednocześnie, iż kojarzenie Szczecina z portem i przemysłem stoczniowym przeszkadza tylko w jego rozwoju. Miasto ma się stać centrum rekreacji i rozrywki euroregionu. Upadek stoczni i rura rusko-pruska nie powinny martwić szczecinian – wprost przeciwnie. Mówiąc symbolicznie: co z tego, że odebrali nam tramwaj – przekształcimy Szczecin w gospodarstwo turystyczno-ekologiczne. Ma być beztrosko i wesoło, więc będzie. Jak na Oktoberfest. Przekonuje nas o tym plakat promujący nowe otwarcie dla Szczecina – uśmiechnięte twarze wymalowane – zwyczajem uczestników zabaw sportowych – barwami narodowymi: Niemiec, Polski, Szwecji i Danii, oraz towarzyszące hasło „Szczecin, tu zacierają się granice”. Problem w tym, że są to granice Polski.
To, co uderza w długoterminowej strategii zarządzania marką Szczecin, to brak jakiejkolwiek wzmianki o państwie polskim, o tym, jak postawienie na jachting i ekologię w miejsce przemysłu okrętowego i usług przeładunkowych ma się do realizacji polskich interesów nad Odrą i Bałtykiem. Nie ma wzmianki o polskiej historii miasta. Wizjonerzy odcinają się od przeszłości, mówiąc otwarcie, iż my, mieszkańcy miasta i regionu, mamy „problem z historią, tożsamością [więc] zorientujmy się na przyszłość”. Jak pamiętamy, był taki jeden, który po dwakroć piastował najwyższy urząd w państwie; to ten sam, który kiwał się pijany nad grobami polskich bohaterów w Charkowie. On też nawoływał do wybierania przyszłości, bo z przeszłością my, Polacy, mieliśmy ogromne problemy. Kto na takiej realpolityce historycznej stracił, a kto zyskał – wiemy. W czyim interesie leży odcinanie się od bez mała siedemdziesięciu lat polskiej historii Szczecina – staram się wyjaśnić.
Bezradny Instytut
Mogłoby się wydawać, że taka odcinająca się programowo od pamięci narodowej wizja winna być wyzwaniem dla tutejszego Oddziału IPN. Bo jest sprzeczna z interesem narodowym państwa polskiego oraz uwłacza pamięci ofiar i bohaterów prawdziwie polskich miesięcy Grudnia i Sierpnia, których czyny w pełni uzasadniają nasze niezbywalne prawa do miasta i regionu. I które zadają kłam obecnej propagandzie Floating Garden, że Szczecin nie ma historii. Ma, i jest to historia chwalebna!
Niedawno wyszła nakładem szczecińskiego Oddziału IPN książka traktująca o walce Polaków o godność obywatelską i narodową na przełomie 1970/1971 pełna tez tak absurdalnych, jak również uwłaczających bohaterom szczecińskiego Grudnia ´70 i Stycznia ´71, iż można ją określić mianem posthistorycznej politagitki. W Biuletynie IPN (9/10 2010) pojawił się tekst dyrektora szczecińskiego Oddziału IPN, pana doktora Marcina Stefaniaka, w której autor, próbując zgłębić genezę Wielkiego Strajku w Szczecinie, podąża za myślą przewodnią towarzysza Gierka i aparatu (cywilnego i mundurowego), mówiącą, że strajki sierpniowe były „strajkami o kiełbasę”. Niedawno Bogdan Musiał, zajmujący się najnowszą historią Niemiec, pisał, że podobna teza cieszyła się (może nadal się cieszy?) dużą popularnością u prominentnych polityków zachodnioniemieckich, którzy – jak pamiętają starsi Czytelnicy – na pewno nie przesadzili z potępieniem junty Jaruzelskiego wprowadzającej stan wojenny. Jako ciekawostkę dodajmy, że artykuł dyrektora szczecińskiego IPN ukazał się z okazji… 30. rocznicy Sierpnia ´80. Inną osobliwością Instytutu jest zapraszanie na wykłady (suto opłacane) byłego szczecińskiego cenzora, a więc osoby, dla której walka z pamięcią narodową była podstawowym obowiązkiem służbowym. Obecny profesor US był też do 1980 r. lektorem KW PZPR w Szczecinie. Warto dodać, że zarówno dyrektor, jak i naczelnik szczecińskiego BEP oraz kilka innych osób zatrudnionych w Oddziale to uczniowie (doktoranci) tego zasłużonego dla walki o wolność słowa „mistrza”. Tak więc w IPN trudno pokładać nadmierną nadzieję. Raczej nie stanie się on prężnym ośrodkiem zmagań o pamięć miasta i regionu. Prędzej należy sądzić, że z braku realnej konkurencji dla historyków peerelowskich, czyli takich, którzy z PRL wyrośli i w nim mają swoje rzeczywiste źródło, walka o świadomość historyczną szczecinian zostanie przez państwo polskie przegrana.
Łatwe wykręcanie umysłu, czyli neokolonizacja na prawach niemieckich
Wizja przyszłości nakreślona przez obecnych włodarzy miasta dokonana została z punktu widzenia Szczecina jako stolicy nie tyle Pomorza Zachodniego – integralnej części Polski, co transgranicznego tworu o nazwie Euroregion Pomerania, którego sekretariat znajduje się właśnie w mieście bohaterze zmagań z komunizmem, którego też jest ono miastem największym. „Peryferyjne położenie wobec Polski – zwrócenie się ku zachodowi [czytaj: Niemcom – R.K.] i Skandynawii to jest nasz naturalny obszar oddziaływania”, to zdanie z folderu sygnowanego przez dyrektora biura promocji i informacji urzędu miasta zdaje się klarownie wskazywać, „kim jesteśmy, dokąd zmierzamy”.
W Europie, w której myśli się w kategoriach interesu narodowego, a zasada wolni z wolnymi, równi z równymi, która jakoby miała być fundamentem Unii Europejskiej, przeradza się w dziewiętnastowieczne prawidło koncertu wielkich mocarstw z Niemcami i Rosją w roli głównej, my wyrzucamy na śmietnik historii nasze najsilniejsze karty – pamięć o tych, którzy pokonując komunizm, walnie przyczynili się do uwolnienia Europy od zagrożenia wtórną barbaryzacją, a Niemcom umożliwili zjednoczenie. Z ważnego – z punktu widzenia interesu narodowego – miasta robimy przedmieście z wesołymi atrakcjami dla niemieckich turystów. Głupota to? Zdrada? Myślenie w kategoriach kompradorskich?
Zachodniopomorski le grand monde, a właściwie die gro§e Welt, nie stanowi przesadnie mocnej zapory dla fali konieczności dziejowej, gdyby ta zapragnęła nagle przemówić np. ustami Eriki Steinbach. Nade wszystko jest bezbronna wobec zjawiska nazywanego przez socjologów „wykręcaniem umysłu” przez tzw. soft power (miękką siłę). Mówiąc w skrócie: państwa poważne wiedzą doskonale, i szkolą w tej wiedzy specjalistów, że aby panować nad danym obszarem leżącym w strefie ich geopolitycznych zainteresowań, wystarczy go przeprogramować kulturowo, narzucić korzystne dla swojego interesu politycznego pojęcia i wyobrażenia, jakimi winni posługiwać się obywatele, zwłaszcza chcący uchodzić za światłych. Najpierw geistraum (przestrzeń duchowa), później lebensraum (przestrzeń życiowa). Bo wiedzą sentymentalni Niemcy, że to świadomość określa byt – wbrew słynnej tezie ich rodaka Karla Heinricha Marxa.
Obrońcy Poczty Polskiej w Gdańsku
Niedługo ci mieszkańcy Szczecina, którzy nie zgadzają się na taką hucpę i drwinę z interesu narodowego oraz pamięci ofiar Informacji Wojskowej, KBW/UB/SB i LWP, którzy zginęli tu w imię wolnej Polski, będą się czuć w mieście jak pocztowcy gdańscy w czasie zawinięcia do Nowego Portu pancernika Schleswig- Holstein. A może już się tak czują?
Samotność Poczty Polskiej brała się z beznadziejnej sytuacji, w jakiej znajdowała się Warszawa jeszcze przed atakiem na kraj wojsk niemieckich. Dziś ta samotność bierze się stąd, że Warszawa – miasto nabzdyczone, zajęta jest problemami, jakie ma sama ze sobą. A nasi wodzowie (niezależnie od opcji politycznych) w większości martwią się tym, żeby nikt ich nie podsiadł na wznoszonych przez tyle lat tronach. Szczecin jest dla Warszawy piątym kołem u wozu. Co by o tym nie sądzić – inaczej niż dla Berlina.
Dr Robert Kościelny historyk
