Sekuła jak Nałęcz?

Platforma Obywatelska nie zgodziła się, aby funkcję przewodniczącego sejmowej komisji śledczej, która ma zbadać aferę hazardową, pełnił poseł z opozycji. Na to stanowisko wytypowano Mirosława Sekułę z PO, byłego prezesa Najwyższej Izby Kontroli. Jednym z kluczowych argumentów na poparcie Sekuły miał być fakt, że przewodniczącym pierwszej komisji śledczej, która zajmowała się sprawą Rywina, był poseł koalicji rządowej Tomasz Nałęcz, ówczesny wicemarszałek Sejmu. Porównanie jednak jest w tym przypadku niezbyt szczęśliwe.

Po pierwsze, Nałęcz nie był członkiem SLD (a to właśnie ludzi z tej partii podejrzewano o „kombinowanie” przy ustawie medialnej), ale koalicyjnej Unii Pracy. UP startowała razem z SLD w wyborach, była w koalicji rządowej, ale miała własny klub. Tymczasem Sekuła jest członkiem PO, której prominentni działacze mieli „chodzić” koło ustawy hazardowej. Tym samym przewodniczącemu będzie o wiele trudniej zachować obiektywizm. Zresztą dowody braku obiektywizmu Sekuła dał już w ostatnich dniach kilka razy…
Po drugie, działalność Tomasza Nałęcza w komisji rywinowskiej ma sporo cech mitycznych i widzi się tylko jej końcowy efekt. Kierowanie komisją przez ówczesnego wicemarszałka jest przedstawiane jako wzór bezstronności, dążenia do prawdy bez względu na to, kogo by ona miała dotknąć, jakie przynieść konsekwencje polityczne i prawne dla koalicji rządowej, której był członkiem. Tymczasem wiele czasu zajęło Nałęczowi, zanim stał się „dobrym, uczciwym i bezstronnym przewodniczącym”. Lider UP na początku nie wierzył w to, że ludzie lewicy są zamieszani w aferę Rywina, że to oni „kręcili” przy ustawie medialnej, i długo bronił ich w komisji przed atakami opozycji (głównie Zbigniewa Ziobry i Jana Rokity). Dzisiaj już mało kto pamięta o tym, że to właśnie Nałęcz sprzeciwił się ujawnieniu billingów rozmów telefonicznych premiera Leszka Millera, a mogły one choćby pokazać, kiedy, ile razy i z którymi „bohaterami” afery kontaktował się ówczesny premier. Nie chciał także wezwania Aleksandra Kwaśniewskiego przed komisję, choć otoczenie Millera puściło przeciek, że prezydent niemal od początku wiedział o wizycie Rywina u Michnika i jego propozycji „sprzedaży” ustawy medialnej Agorze. Rywin przecież przekazał prezydentowi Kwaśniewskiemu list ze swoimi wyjaśnieniami podczas jednego z turniejów tenisowych, i zeznania prezydenta mogłyby być ciekawe dla sprawy.
Gdy wreszcie Nałęcz zaczął atakować SLD i „grupę trzymającą władzę”, to stało się to dopiero w momencie, gdy dłużej nie można było ukrywać prawdy. Ponadto podczas prac komisji pośrednio zaatakowana została także żona wicemarszałka – Daria Nałęcz, co miało wpłynąć na radykalizację postawy Tomasza Nałęcza. SLD, broniąc się przed oskarżeniami o manipulowanie przy ustawie medialnej, wskazywało, że wszystko było w porządku, a zapisy projektu ustawy pozytywnie zaopiniowała właśnie Daria Nałęcz jako szefowa archiwów państwowych – z archiwami projekt był też konsultowany. A jeśli były manipulacje i układy, to – sugerowano – brałaby w nich udział i Daria Nałęcz. To zaś podważało wiarygodność przewodniczącego komisji. Tak czy inaczej, wicemarszałek przestał bronić SLD, a nawet ostro atakował swoich dawnych kolegów i przyjaciół. Ile jednak było też w tym koniunkturalizmu, bo akurat i notowania SLD spadały wówczas na łeb, na szyję, i partia ta się coraz bardziej kompromitowała, więc trzymanie z nią nie było dobrze widziane?
Po trzecie, przy wszystkich swoich wadach na pewno Tomasz Nałęcz był w 2003 roku, gdy startowała komisja rywinowska, politykiem bardziej samodzielnym i bardziej wyrazistym niż Mirosław Sekuła. Niestety, Sekuła to w zasadzie „posłuszny żołnierz” PO, osoba, która się na razie niczym szczególnym nie wyróżniła w parlamencie. Gdy każą, to Sekuła zostaje szefem komisji „Przyjazne państwo”, bo trzeba schować w cieniu Janusza Palikota. Gdy każą ustąpić miejsca Palikotowi, robi to bez zastrzeżeń. Podporządkowanie partyjnej polityce widać było najlepiej podczas prac nad nową ustawą o NIK. Niezależność Izby kłuje w oczy PO, i Platforma postanowiła ją znacznie ograniczyć. A żeby zachować pozory, iż ustawa nie ma na celu uderzenia w NIK, zmiany firmował właśnie Mirosław Sekuła, były prezes Izby. Szkoda, że nie wzniósł się on wtedy ponad partyjne interesy i nie bronił NIK; być może teraz bylibyśmy gotowi uwierzyć w jego obiektywizm i dążenie do prawdy. Jak to dążenie wygląda, mamy dowody w postaci pierwszych wypowiedzi posła Sekuły na temat afery hazardowej. Mimo że komisji jeszcze nawet nie powołano, Sekuła już wie choćby to, iż nie ma potrzeby przeprowadzania konfrontacji premiera Donalda Tuska z byłym szefem CBA Mariuszem Kamińskim. Zapewne w samą aferę też nie wierzy. Kiedy uwierzy, jak Nałęcz, w aferę rywinowską?


Krzysztof Losz
drukuj