Radować się?
Już w pierwszy dzień nowego roku portale internetowe z wyraźnym poczuciem
zadowolenia, a nawet wręcz zachwytem, obwieściły nie tylko kolejne czekające nas
w tym roku drastyczne podwyżki, ale także wejście w życie prawa "antydyskryminacyjnego"
(mocą ustawy z 3 grudnia 2010 r. "o wdrożeniu niektórych przepisów Unii
Europejskiej w sprawie równego traktowania") mającego chronić obywateli przed
"nierównym traktowaniem" z racji pochodzenia, płci, rasy, pochodzenia
etnicznego, narodowości, niepełnosprawności, wieku i "orientacji seksualnej".
Zachwyt tych mob-mediów (z dużym sukcesem specjalizujących się w
przemienianie obywateli w bezmyślny tłum, czyli mob-mediów) w jednej i drugiej
sprawie wskazuje, iż osiągnięty został jakiś ich cel. Rozpoznajemy nasze
prawdziwe chcenia – zauważył Arystoteles – wedle tego, czy ich spełnienie napawa
nas przyjemnością czy przykrością. Jeśli radujemy się, a w każdym razie wyraźnie
nie smucimy się z drastycznych podwyżek VAT, to znaczy, że oczekujemy po tym
solidnym zaciśnięciu pasa najbiedniejszym obfitego popuszczenia własnego pasa.
Oto zatem powód, z uwagi na który najbardziej wpływowym mediom bardzo podoba się
także polityka ekonomiczna aktualnego rządu. Wytrwale przecież zachęcają do jego
poparcia, szerząc nastrój otuchy nawet wobec drastycznych podwyżek. Telewizja z
pewnością zadba, aby na pociechę dla biedaków od rana do rana lała się krew w
pięknych salonach, a "odważne", piękne kobiety chętnie dzieliły się ze
wszystkimi swoimi wdziękami. Wszyscy zatem będą zadowoleni: władza z pewnością
się wyżywi pomimo największych podwyżek i nie pozwoli też na utratę dobrego
samopoczucia ekonomicznego tych, którzy jej wiernie służą. Jeśli zatem czytelny
jest ten zachwyt najbardziej wpływowych mediów nad tegorocznymi drakońskimi
podwyżkami, to mniej jasny jest zachwyt nad "antydyskryminacyjnym" prawem
(wprowadzonym na żądanie UE), które od 1 stycznia ma likwidować pewne formy
dyskryminacji. Raczej oczekiwać tutaj można by sceptycyzmu, dystansu, a nawet
przejawów lęku u tych mediów. W ramach UE to przecież nade wszystko katolicy są
dyskryminowani w miejscach pracy, jak w noworocznym kazaniu przypomniał Prymas
Polski ks. abp Józef Kowalczyk, być może mając w pamięci głośną sprawę Rocca
Buttiglionego, dyskryminowanego przez najwyższe władze UE z racji swoich
katolickich poglądów. Jeśli zatem otrzymaliśmy narzędzia prawne, dzięki którym
będziemy mogli obronić się przed taką dyskryminacją, to dziwne, że
dyskryminujący katolików jakoś jednak nie czują trwogi. W celu ukrycia
dotychczasowych praktyk dyskryminacyjnych nie ogłoszono przecież nigdzie, iż
zamierza się zatrudnić akurat dobrego katolika, po WSKSiM w Toruniu, na
stanowisku szefa TVP 1, czy redaktora naczelnego jakiejś "gazety", a już jutro
znów "warto będzie rozmawiać" u Jana Pospieszalskiego. Pomijając bezdyskusyjne
elementy nowego prawa (np. ochrona niepełnosprawnych), jego zasadniczy błąd leży
w postulowaniu niedyskryminacji z racji "orientacji seksualnej". Jeśli prawo
stanowione – według klasycznej koncepcji prawa – ma służyć (jako jeden z
czynników, ale nie wyłączny) formacji moralnej obywateli (poprzez informowanie,
co jest dobre, a co złe), to prawny zakaz takiej "dyskryminacji" temu oczywiście
służyć nie może. Wielokrotnie zwracano uwagę, iż pojęcie "orientacji seksualnej"
zostało niedawno stworzone nie z racji naukowych, ale politycznych, czy też
raczej ideologicznych powodów. Pojęcie to – i wyróżnianie czterech rodzajów tej
orientacji – stara się być aksjologicznie neutralne, ale właśnie z tego powodu
jest błędne, bo nie ma neutralnie aksjologicznych zachowań seksualnych w swojej
istocie. Z tego też powodu wprowadza do dyskursu społecznego fałszywą,
dezinformującą przesłankę. Zachowania seksualne należy bowiem dzielić na
zachowujące ludzki poziom i tego poziomu niezachowujące. Prosta analiza –
przeprowadzana w dziejach myślenia wielokrotnie, począwszy od Sokratesa, Platona
i Arystotelesa – wskazuje, że zachowania homoseksualne ze swojej istoty tego
ludzkiego poziomu nie respektują. Z racji jednak tego, że prawo stanowione –
znów według klasycznej koncepcji prawa – nie powinno zajmować się prywatnym
życiem obywateli, nie powinno zatem ingerować w ich prywatne zachowania
seksualne, a więc także np. karać za homoseksualizm. Dla właściwej regulacji tej
sprawy nie potrzeba żadnej "antydyskryminacyjnej" ustawy. Można się będzie
jednak na nią zawsze powołać odnośnie do całego szeregu niesłusznych żądań
środowisk homoseksualnych: promocji na ulicach seksualnego opętania, agitacji
homoseksualnej w szkołach, adopcji dla homoseksualistów, tworzenia małżeństw
homoseksualnych itp. Wprawdzie udało się w omawianej ustawie wpisać pewne
gwarancje dla instytucji religijnych (w tym Kościoła katolickiego), ale to nie
może wystarczyć, nawet dla prowadzenia samej misji tego Kościoła, czyli
czynienia ludzkimi dróg tego świata. Sfera seksualna człowieka nie jest jakimś
tylko "dodatkiem" do tego, co konstytuuje człowieka, ale sferą w pewnym sensie
najważniejszą. Tutaj przecież pojawiamy się w istnieniu jako jedyna i
niepowtarzalna osoba. Poprzez sferę seksualną wyrażamy też swoje najgłębsze
zaangażowania wobec innej o(O)soby. Państwo nie może zatem swoim prawem
deformować wśród obywateli rozeznania tej sfery. Media na co dzień prowadzące
taką dezinformacyjną akcję nieprzypadkowo zatem radują się od sylwestra z "antydyskryminacyjnego"
prawa.
Marek Czachorowski
