Pora się zastanawiać?

Na losach wyprawy Greków pod Troję – w słusznej sprawie obrony
nierozerwalności małżeństwa – zaciążył na długo „gniew” Achillesa, będąc
z tego powodu głównym tematem „Iliady”. Czołowy wojownik obraził się na
wodza z powodu doznanej krzywdy i z gorzką satysfakcją przyglądał się
porażkom swojej armii, zamiast działać. W porę się jednak zmienił. Nad
tą bezczynnością i czynami dojrzewającego bohatera rozmyślały wszystkie
pokolenia starożytnych Hellenów. Wychowywali oni swoją młodzież na
lekturze dzieł Homera, pokazujących trafnie i w wybitny sposób, jak
działać należy, a jak działać nie należy.

Pozbawieni takiej duchowej
strawy pedagogicznej – zamiast niej karmiąc się gazetami wszelkiego
koloru oraz TV słynącą nade wszystko z handlowych zdolności – zaczynamy
mieć problem już z samym identyfikowaniem najbardziej podstawowych
spraw. We wszystkich sferach życia zaczynamy myśleć i działać według
reguł obowiązujących przy kopaniu piłki czy w telewizyjnych serialach,
kręconych zresztą według tej samej reguły, czyli skuteczności działania.
Do tego niekiedy przykleja się quasi-teologię i tak oto powstają gotowe
wzory wychowawcze w kierunku tego, co Jan Paweł II nazwał w „Fides et
ratio” kolejną mitologią, z chrześcijańsko-telewizyjnymi herosami.
Już
za niecały tydzień ostateczna wyborcza bitwa o Polskę (a nie mecz
piłkarski). Armia czeka z bronią u nogi, a jeszcze niektórzy nie wiedzą,
o co chodzi, i zastanawiają się – na głos – nad sensem pójścia do urn.
Dotyczy to nie tylko pokaźnej rzeszy naszych obywateli, którzy jeszcze
nie wybudzili się i nie wzięli udziału w pierwszym etapie wyborów
prezydenckich (bo jakoby ich one nie dotyczą), ale także naszych
politycznych specjalistów. Zwierzał się parę dni temu jeden z nich, że
może lepiej w niedzielę przegrać, licząc na przyszłe skoczenie sobie do
gardła dzisiejszych sojuszników, tak jak to było za czasów cichej wojny
pomiędzy Pałacem Prezydenckim Aleksandra Kwaśniewskiego, a sztabem
premiera Leszka Millera. Kolejną korzyścią nie naszej wygranej – czytamy
dalej – miałoby być jakoby to, że nic tak nie hartuje politycznej duszy
jak dobre przegrane, gwarantujące już absolutne zwycięstwo podczas
wyborów parlamentarnych. Niektórzy zastanawiają się też w tych ostatnich
godzinach przed bitwą nad sensem strategii politycznej
głównodowodzącego prowadzącego rozmowy z politykami postpeerelowskiego
ugrupowania. Chce on w ten sposób uratować kłosy – ogłuszone szumem
medialnym – wyrywane przez siewców i zbieraczy wyborczego kąkolu. Czy te
pytania i wątpliwości są na czasie i czy zastosowano w nich właściwe
kryterium oceny wydarzeń?
Pewnie również z powodu takiej taktyki –
kryjącej się w przywołanych pytaniach – dosyć regularnie w naszym życiu
politycznym przegrywa prawda. Bo jakże mogłaby wygrać w szerzącym się
nastroju zniechęcenia, wątpliwości i szemrania? Kiedy czas czynu, nie
pora się zastanawiać.
Ten nastrój przykładania się do pługa, ale ze
spojrzeniem skierowanym gdzieś indziej towarzyszy nam nie tylko w życiu
politycznym. Dzisiaj tzw. student zazwyczaj wie, z głębi serca, bez
argumentów, że stała mu się krzywda, a nawet niesprawiedliwość, jeśli
otrzymał ocenę bardzo dobrą zamiast spodziewanej oceny niedostatecznej,
czy też odwrotnie (zawsze tylko te ostatnie reklamacje są zgłaszane).
Forma tego zgłoszenia przypomina również nie tyle pytanie, ile skargę
czy żądanie.
Podobne postawy widzimy w życiu religijnym. Niektórzy
orientują się w tej dziedzinie lepiej niż sam Sobór Watykański II i
kolejni Papieże – nawet wsparci mocą Ducha Świętego – i gotowi są
pasterzom przygotowywać liturgię według własnych pomysłów: albo z
gitarą, albo tylko według szesnastowiecznych wzorów, czyli koniec końców
po swojemu.
Te postawy w polityce, szkolnictwie i życiu religijnym
nie są przypadkowe, ale wynikają z oddziaływania nowożytnej pedagogiki,
dokonującej moralnych spustoszeń z powodu zaniedbania wychowania do
cnoty szacunku wobec tych, którzy od jakiejś strony są „lepsi”. W imię
„wolności, równości i braterstwa” szerzy się natomiast pychę i
wypływającą z niej arogancję, a także służalczość i uniżoność.
Godziny
przed decydującą bitwą trzeba rozbudzać wolę zwycięstwa prawdy, a nie
paraliżować ducha zasiewaniem wątpliwości. Inaczej będziemy jeszcze
stulecia kręcili się w kółko, zamiast iść do przodu.

Marek
Czachorowski

drukuj