Dziecioróbstwo?

Za puste europejskie kołyski trzeba winić najpierw nowożytnych filozofów,
mających dzisiaj dosyć często bardzo dobrą opinię. Może z racji tej "zasługi" na
polu walki z biblijnym nakazem "płodności i zaludnienia ziemi"? Mefistofeles
martwił się przecież w "Fauście" Johanna Wolfganga Goethego realizacją przez
upartego człowieka tego nakazu, ale jego dzisiejsi uczniowie pewnie ogromnie się
cieszą z aktualnych sukcesów akcji przekonywania, że jednak źle jest, kiedy
człowiek się rodzi.

Od biblijnych czasów ten niepokój i lęk przed prokreacją stale się odnawia i
rozbudzała go także cała czołówka nowożytnych filozofów, jeśli tylko tego tematu
dotknęli, a raczej starali się go nie ominąć. Trzeba o tym pamiętać nie z racji
jakichś historycznych porachunków, ale w celu skorzystania z dobrej lekcji,
którą nawet błądzący klasycy po sobie zostawiają. Nasze puste kołyski wskazują,
że z lekcji tej jeszcze nie skorzystaliśmy, a nawet znów niektórzy zachwalają
ten stan rzeczy.
Powracają bowiem z otwartą przyłbicą zachęcający do utrwalenia aktualnej
pogrzebowej sytuacji demograficznej, jakoby nie tragicznej, tylko wręcz
pozytywnej. Domyślamy się, na łamach jakiej gazety odezwał się ostatnio
profesorski głos, iż dzisiejsza Polska jest raczej przeludniona, a zatem
powinniśmy rozwijać możliwości już urodzonych, a nie utrwalać "fetysz
dziecioróbstwa". O przeludnieniu Polski świadczyć ma nasza duża gęstość
zaludnienia – a przecież nie chcemy już się bardziej tłoczyć – a spokojną
emeryturę już sobie zorganizowaliśmy za premiera Jerzego Buzka, tworzącego
reformę emerytalną. Bezrobocie zaś nie upoważnia do lękania się, że zabraknie
rąk do pracy, ale raczej do optymizmu, że mamy tych rąk w nadmiarze… Te
poglądy ogłosił z powagą parę dni temu we wspomnianej gazecie laureat Nagrody
Fundacji na rzecz Nauki Polskiej, tzw. polskiego Nobla, za wynalazki
"zwiększające przepustowość internetu".
Otrzymanie jakiegoś "nobla" nieraz tworzy wrażenie, że już w każdej dziedzinie
można się ze swadą i bez rumieńców wypowiadać, jak to widać w przywołanych
tezach. Dziwi nie tylko wiara w słowo honoru tworzących reformę emerytalną i
wiara w bezproblemowe przejście bezrobotnych do służby zdrowia i elektroniki.
Łatwo też zauważyć, iż gęstość zaludnienia Polski nawet nie zbliża się do
sytuacji np. azjatyckich "tygrysów", co im jednak nie przeszkodziło w
ekonomicznym skoku, a nawet wręcz pomogło, jak twierdzą specjaliści od
problematyki demograficznej. Inne są tutaj prawidłowości niż odnośnie do
"przepustowości internetu", gdzie rzeczywiście wszelkie "tłoki" muszą utrudniać
komunikację. Główny zatem błąd przywołanego orędownika powrotu do ideologii
"bomby P" (populacyjnej) leży w sprowadzeniu zagadnienia ludzkiego przekazania
istnienia na jakąś inną, poniżejludzką płaszczyznę.
Dokładnie ten sam błąd redukcji "ojcowania" do "dziecioróbstwa" popełniali
nowożytni filozofowie. Część z nich wprawdzie zazwyczaj zagrzewało obywateli do
prokreacji, jednak sprowadzali ją do zagadnienia demograficznego, a zatem także
ekonomicznego i militarnego, jak to widać u oświeceniowych libertynów, na czele
z Denisem Diderotem i Voltairem. Nie chcieli bowiem narazić się absolutnym
monarchom, bardzo dbającym o silną armię jako warunek konieczny swojego
przetrwania. Inni nowożytni filozofowie traktowali zaś prokreację jako
uciążliwą, niedającą się wyeliminować opłatę za uleganie gorączce "chwilowej
żądzy", jak wyrażał się John Locke, czołowy filozoficzny architekt amerykańskiej
rewolucji. Jego zdaniem, żaden z ojców, płodząc dziecko, nie myśli "o czymś
więcej niż o zaspokojeniu swej chwilowej żądzy". Owo zatem "dziecioróbstwo"
jakoby miałoby być zamysłem samego Boga, mającego własne interesy demograficzne,
realizowane za pośrednictwem ludzi traktowanych jako tylko środki do tych
interesów, czyli w sposób instrumentalny. Dla relacji Boga do człowieka właściwy
miałby być zatem układ "Pan – niewolnik". Zgodzić się już można z Lockiem, że
temu ostatniemu taka niewolnicza służba nieraz odpowiada, a zachęcony Bożym
przykładem – w podanej nowożytnej interpretacji – pewnie już nie widzi problemów
w poszukiwaniu sposobów na uwolnienie się od uciążliwej funkcji "dziecioroba",
ze znanymi nam dzisiaj dobrze tragicznymi skutkami.

Marek Czachorowski
 

drukuj