Dlaczego spadają wpływy z podatków?

Już nawet oficjele przyznają, że z finansami publicznymi jest bardzo źle, a będzie w najbliższych latach jeszcze gorzej. Na razie ratujemy się emisją pieniędzy pod pretekstem „wpłat z zysku” NBP.

 

Od zawsze wiadomo, że jedyne istotne „zyski” tego podmiotu tworzą różnice w złotowej wycenie wartości rezerw dewizowych, które na koniec roku, w związku z deprecjacją złotego, mają z reguły wyższą wartość niż na początku, a także oprocentowanie jak najbardziej emisyjnych kredytów udzielanych przez ten specyficzny bank (innych nie udziela). Zresztą – wbrew panującej u nas ortodoksji – nie ma w tym nic złego. Słabnie jednak efektywność wszystkich podatków, w tym tych najważniejszych – podatku od towarów i usług, akcyzy i podatku dochodowego od osób fizycznych.

 

Podatek dochodowy od osób prawnych od lat dogorywa; jest już na coraz słabszym ostatnim miejscu.Od jesieni zeszłego roku wiadomo, że prognoza dochodów podatkowych na ten rok jest zawyżona o ponad 20 mld zł, lecz ten błąd nie ma bynajmniej makroekonomicznego uzasadnienia. Wręcz odwrotnie: stan gospodarki od pięciu lat w niczym nie tłumaczy globalnego spadku efektywności fiskalnej systemu podatkowego. Na pytanie, co jest jedną z najważniejszych przyczyn destrukcji tego systemu, odpowiedzią jest dość zaskakujące słowo: „prywatyzacja”. Nie idzie tu oczywiście o prawne znaczenie tego pojęcia, lecz przenośne – jako przehandlowanie zarówno sensu, jak i treści podatków w politycznej i administracyjnej praktyce w sposób sprzeczny z interesem publicznym.

 

A tak konkretnie, to ów prywatyzacyjny rak niszczy ten system co najmniej w trzech płaszczyznach: doradczej, jurysdykcyjnej i legislacyjnej. W płaszczyźnie pierwszej polega na tym, że politycy promują określone firmy doradcze, których usługi narzucają zwłaszcza spółkom Skarbu Państwa i innym podmiotom sektora publicznego. Zacytowana w prasie rozmowa między jednym z szefów tego rodzaju spółki a ministrem skarbu, którego podwładni kazali zawrzeć umowę z jedną z tego rodzaju firm, jest przykładem zjawiska powszechnie znanego od wielu lat. Łatwo sprawdzić, kto od lat ma faktyczny monopol na obsługę tego sektora: jest to tylko kilka firm używających skromnie pod własnym adresem określeń „renomowany” i „międzynarodowy”.

 

Co to oznacza dla obciążenia podatkowego tych firm i wpływów budżetowych? Tylko i aż tyle, że taki naznaczony doradca musi mieć „sukcesy”, więc dzięki swoim mocodawcom zapewnia obsługiwanym firmom nie tylko „optymalizację obciążeń podatkowych”, ale musi jej zapewnić skuteczną ochronę tych działań w organach administracji rządowej. W końcu to „nasi” doradzają i ich renomowana działalność musi być efektywna – co fachowcy, to fachowcy. Nieraz słyszałem prywatnie od urzędników skarbowych, że na rzetelne skontrolowanie tej czy innej firmy podatkowej lub nawet związku sportowego są „za krótcy”. A wiemy również, że to właśnie spółki Skarbu Państwa i sektora publicznego są w naszym kraju jednym z najważniejszych donatorów budżetu, więc jest z czego schodzić. Jeżeli ktoś to zjawisko chce nazwać łagodnie np. klientelizmem – proszę bardzo.

 

Czy jednak nie jest to głównie rodzaj prywatyzacji problematyki podatkowej? Zjawisko to pojawia się również w procesie stosowania prawa podatkowego przez organy podatkowe. Formalnie władza ministra finansów i podległych mu organów jest tu ogromna. Mogą wszystko lub nawet więcej. W każdej sprawie – jeżeli chcą – mogą wydać tzw. ogólną interpretację urzędową i pieniądze same wpłyną do kasy, bo większość podatników, którzy mają coś za uszami, sama zapłaci zaległości podatkowe, nie czekając na spór, który z istoty będzie przegrany. Dlaczego tak się jednak nie dzieje, skoro świetnie wiemy, gdzie są „konfitury”? Przede wszystkim dlatego, że w przedpokojach i właściwych gabinetach kręci się aż nadto dużo lobbystów i innych ekspertów, którzy potrafią wiele „uzgodnić”, tak aby nikt potem nie sięgał z Warszawy po należne pieniądze od ustosunkowanych podatników.

 

Wielokrotnie można było zaobserwować tego rodzaju działania, gdy np. osoba kierująca departamentem odpowiedzialnym za jeden z najważniejszych podatków uzgadniała działania władz z biznesem (nie tylko podatkowym), który skutecznie „przetłumaczył”, że zainteresowany podmiot lub branża może zapłacić tylko tyle, ile chce. Czy po takim dictum podskoczy ktoś w tzw. terenie? Oczywiście nie. Bo tak naprawdę to ci wielcy płacą tylko tyle podatków, ile chcą, a bardzo często nie mają takiej potrzeby. Trzecia płaszczyzna jest do perfekcji opanowana przez biznes podatkowy: żadna istotna ustawa podatkowa lub jej nowelizacja nie ma szans wyłonić się z niekontrolowanego źródła, czyli od działających w interesie publicznym urzędników czy od polityków kierujących się tym interesem.

 

Wszystkie istotne projekty ustaw podatkowych piszą od lat „eksperci”, którzy świetnie rozumieją „interesy branż”, a zwłaszcza ich chęć, a raczej brak chęci płacenia podatków. Tu zwłaszcza „społeczni doradcy” stoją na straży dokonań legislacyjnych. Należy przecież tworzyć wyłącznie przepisy „korzystne dla podatników”, szczególnie tych, których stać na lobbing, poparcie medialne i ekspertów. Dzięki temu wszyscy są zadowoleni, a minister finansów jest chwalony przez liberalną prasę. Wiadomo, że ich zdaniem – im gorzej z podatkami, tym lepiej.

 

Tym językiem mówi zwłaszcza minister finansów i sądzę, że jest na swój sposób szczery: po co ma „sięgać do kieszeni podatników”, szczególnie tym, którzy popierają obecną większość polityczną? Nie po to przecież zdobywa się władzę, aby w sposób „nieobliczalny” prowadzić politykę podatkową, a największym grzechem „odpowiedzialnej polityki” jest przecież „podwyższanie podatków”. Ciekawe, które pokolenie spłaci rosnący w wyniku tej polityki dług publiczny.

drukuj