fot. D. Krześniak

Boże Narodzenie na Mazowszu

Wystawa „Boże Narodzenie na Mazowszu” prezentowana w Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu stwarza okazję do poznania wieczerzy wigilijnej sprzed lat. Nakryte sianem i białym obrusem stoły zastawione wigilijnymi potrawami zdają się już tylko czekać na to, aż zasiądą do nich gospodarze. Zapraszamy zatem do wkroczenia w świat Świąt Bożego Narodzenia odległego o ponad sto lat, gdzie pachnie świeżo upieczony piernik, a zimowe wieczory spędza się na kręceniu powróseł.

Dawniej, podobnie zresztą jak dziś, przygotowania do świąt koncentrowały się na przygotowywaniu wigilijnych potraw. We wnętrzach chałup istotny element stanowić będą zatem składniki niezbędne do wypieku świątecznych ciast: suszone śliwki, orzechy, czy jabłka. W izbach dostrzec można drzewka choinkowe udekorowane ozdobami ze słomy i bibuły, orzechami, jabłkami, czy też wypiekanymi własnoręcznie piernikami. Zanim do Polski dotarły choinki w kątach izb umieszczano snopy niewymłóconego zboża, udekorowane światami, czyli ozdobami wykonanymi z opłatka o różnorodnych kształtach. Tego typu upamiętnianie rolniczego pochodzenia Świąt Bożego Narodzenia także można będzie ujrzeć w skansenowskich izbach. Ponadto w jednej z izb znajdują się grupy kolędnicze, które według tradycji odwiedzały gospodarzy sąsiednich domostw. Warto wymienić chociażby grupę z gwiazdą, chłopców z szopką, Trzech Króli oraz Herodów.

W czasach, gdy potrawy na stole wigilijnym są tak wymyślne, że bardziej przypominają egzotyczne niż rodzime, a choinka jest bardziej przebrana niż ubrana wystawa prezentująca tradycyjne rytuały świąteczne zyskuje wymiar szczególny. Ekspozycja „Boże Narodzenie na Mazowszu”, jest prezentowana od połowy grudnia do końca lutego.

Na przełomie lat różnie przygotowywano się do Świąt Bożego Narodzenia. Jednak naszym dziadom, pradziadom, a teraz nam przyświecała i przyświeca zawsze ta sama idea. Na pewno czas zbliżających się świąt był czasem wyjątkowym. Przede wszystkim był to czas postu i wyciszenia. Starano wystrzegać się różnego rodzaju potraw mięsnych i alkoholu. Chociaż musimy pamiętać o tym, że post nie był tak ciężki, jak ten poprzedzający święta Wielkiej Nocy. W czas Adwentu wpisane jest kilka szczególnych dni. Mam na myśli 6 grudnia – Dzień Świętego Mikołaja i 13 grudnia – Dzień św. Łucji. Otóż Święty Mikołaj – trochę inaczej niż obecnie – był postrzegany przede wszystkim jako patron stad. O co w tym wszystkim chodziło? Otóż wierzono, że Święty Mikołaj jest naszym orędownikiem w sprawach związanych chociażby z napadami watah wilków na stada. Stąd też słynne powiedzenie „Święty Mikołaju trzymaj wilka w raju”. Ponadto w tym dniu przynoszono do kościoła upominki i składano ofiary, które były przyjmowane przez osoby biedniejsze w danej parafii. Wierzono, że jeśli podaruje się jakiś dar to Święty Mikołaj w ciągu roku będzie sprawował opiekę nad zwierzętami. Natomiast Dzień św. Łucji to fantastyczna tradycja, której dzisiaj tak dobrze się nie pamięta. To dzień, który przypomina nam o dążeniu zwycięstwa światła nad ciemnością. Św. Łucja była patronką światła. Z resztą imię Łucja wywodzi się od łacińskiego słowa, określającego blask lub światło. O co w tym wszystkim chodzi? Ta piękna tradycja również dzisiaj przewija się przez okres Adwentu, chociażby wszystkie obrzędy związane z roratami i podążaniem o świcie z lampionami do kościoła. Obchody Dnia św. Łucji, jak również granie – w niektórych regionach Polski – na bazunach, ligawkach (wielkich pasterskich trąbach) przed świtem miało pobudzić słońce do szybszego wstawania. A dźwięki instrumentów miały rozbijać zimową ciszę, która kojarzyła się ze śmiercią. Cały okres Adwentu, począwszy od Dnia św. Mikołaja i Dzień św. Łucji, aż po granie na ligawkach i poranne wędrówki na roraty to zapowiedź nadejścia słońca – Jezusa Chrystusa, który miał się niebawem narodzić.

W dzień Wigilii, 24 grudnia bardzo często w dworkach szlacheckich urządzano polowania. To bardzo stara tradycja. Jeżeli podczas polowania łowcom poszczęściło się to oznaczało, że cały przyszły rok będzie równie udany, a  każde łowy czy jakiekolwiek inne przedsięwzięcia będą zwieńczone sukcesem. W Wigilię albo tuż przed nią urządzano również połowy ryb, chociażby nasze tradycyjne karpie wyławiano 24 grudnia. Ryby na Mazowszu gościły przede wszystkim na stołach szlacheckich. Gospodarzy chłopskich nie było stać na takie luksusy. Jednak niektórzy mieszkańcy Mazowsza,  głownie ci zamieszkujący tereny nadrzeczne mogli pozwolić sobie na taki rarytas. Sama wieczerza wigilijna z reguły rozpoczynała się wraz z pojawieniem się pierwszej gwiazdy na niebie. I znowu mamy do czynienia z motywem światła, przełamywania ciemności i nadziei, rodzącej się wraz z przyjściem Pana Jezusa. Odczuwano to bardzo silnie, na pewno silniej niż dziś. Obecnie otoczeni jesteśmy elektryką i elektroniką. Na ulicach święcą lampy, a w domach wszystkie pokoje są oświetlone. Nie ma czegoś takiego, jak zimowa cisza, która towarzyszyła naszym przodkom. Musimy zdać sobie sprawę z tego, że nasi przodkowie, kiedy kończyły się prace na polach nie mieli zbytnio, co do roboty. Spotykali się zatem w domu, opowiadali różne historie, wspominali dawne dzieje. Jednak ta ciemność była bardziej odczuwalna, a chłód, który był na zewnątrz domu również bardziej doskwierał. Zima kojarzyła się ze śmiercią, a Wigilia i narodziny Pana Jezusa dawały nadzieję. Po pierwsze, tego dnia przełamywany był monopol ciemności. Ciemność skracała swoje panowanie. Od tego momentu dni są coraz dłuższe, a noc krótsza. Po drugie, sama Wigilia była czymś niesamowitym. Biorąc pod uwagę to, że osoby, które żyły w XVIII – XIX w. miały ograniczoną paletę codziennych rozrywek to możemy wyobrazić sobie,  jak bardzo oczekiwali świąt Bożego Narodzenia. To było coś niebywałego. To było coś, co przełamywało codzienną, ciężką monotonnie i trud życia. Dlatego wszystko się w to łączyło: wiara, pragnienie czegoś cudownego i oczekiwanie na odmianę.

Jak wyglądały dawne Wigilie? Otóż jeżeli chodzi o Wigilie chłopskie to na stołach pojawiały się z reguły od trzech do pięciu potraw. Mazowsze nie było zbyt bogatym regionem dlatego trzy potrawy były czymś naprawdę wyjątkowym. Gospodyni pod obrus wkładała siano. Nogi ławy bardzo często obwiązywano łańcuchem, a pod ławę wkładano lemiesz. Według relacji  dawnych mieszkańców Mazowsza lemiesz miał zatrzymać całe bogactwo i szczęśliwe chwile na przyszłość, czyli miał nie pozwolić na to, a żeby to wszystko, co dzisiaj się dzieje gdzieś zniknęło. Wierzono, że w noc wigilijną dzieje się tyle cudownych rzeczy, że ta cudowność wpłynie również na lemiesz, którym rozpocznie się później orkę. Z drugiej strony można zadać sobie pytanie czy ten łańcuch i lemiesz nie był pewnego rodzaju ochroną przed duszami zmarłych. W kulturze tradycyjnej żelazo bardzo często było  traktowane jako środek antydemoniczny. A wigilia Bożego Narodzenia, o czym również nie zawsze pamiętamy była wieczerzą zaduszkową. Otóż puste miejsce przy stole, które jest tak bardzo mocno wpisane w polską tradycję jest związane z duszami naszych zmarłych.

Maleńki Jezus złożony do żłobu miał styczność z sianem i słomą, w związku z tym słoma  była nieodzownym elementem dekoracji w dawnych mazowieckich chałupach. Słoma bardzo często była rozsypywana wokół ławy, co sprawiało wrażenie bycia w  stajence. Jeżeli chodzi o wystrój izby to przynajmniej na Mazowszu  płockim wyglądało następująco: kąty izby ustrojone były snopami zboża, pod sufitem podwieszano na nitki pająki zrobione z kolorowego papieru lub światy, czyli przestrzenne ozdoby wykonane z opłatka. Światy miały różne kształty, mogła być to kula, kołyska lub księżyc. Takie ozdoby zawieszano na nitce lub na końskim włosiu. Tutaj również można doszukiwać się różnych interpretacji. Dlaczego akurat końskie włosie?  Zawieszone na końskim włosiu światy sprawiały wrażenie, jak gdyby wisiały w przestrzeni izby. Wystarczył niewielki podmuch wiatru, żeby zaczęły obracać się wokół własnej osi. Sprawiało to wiele radości przede wszystkim dzieciom. A przypomnę, że nie było wtedy zbyt wielu rozrywek. Przecudnie musiało się to prezentować. W kątach izby stawiano snopy zboża i ta tradycja zachowała się na Mazowszu wschodnim przynajmniej do lat 50-60 XX w. Zamiast choinki, która jest tak naprawdę dość młodą tradycją stawiano właśnie snopy zbóż, które dekorowano przede wszystkim zabawkami wykonanymi z białych opłatków. Co ciekawe takie snopy bardzo często nazywano „diduch”– czyli dziad. I tutaj mamy kolejny element pokazujący nam, że wieczerza wigilijna jest wieczerzą zaduszkową, bo „diduch” – czyli dziad to nic innego, jak dusza naszych przodków. Przypomnijmy sobie utwór Adama Mickiewicza pt.: „Dziady”. Chodziło o spotkanie z duszami zmarłych i zadośćuczynienie.

Samą wieczerzę wigilijną rozpoczynał gospodarz, który był najstarszy wiekiem. Dzielił on rodzinę opłatkiem i składał życzenia. Następnie zasiadano do wieczerzy. Na mazowieckich stołach pojawiał się przede wszystkim groch z kapustą, kluski z makiem, śledź w oleju zamiast ryby oraz pampuchy – drożdżowe ciasto wrzucane na głęboki olej. Na wschodnim Mazowszu i terenach podlaskich pojawiała się tzw. kutia, która była potrawą również zaduszkową. Oczywiście również podczas wieczerzy śpiewano kolędy i cieszono się podarkami. I tu kolejna ciekawostka, która zaskoczy wszystkie dzieci. Otóż do lat 50. dzieci bardzo często otrzymywały prezenty wykonane przez ojca bądź dziadka. Takimi prezentami były np. wstążeczka dla dziewczynki lub scyzoryk wykonany przez dziadka dla chłopca. Jednak najczęściej były to tylko pierniki kupione na targu, a nawet jabłka. Jabłka były niebywałym rarytasem, ponieważ nie wszyscy gospodarze mieli swoje sady.

Choinki – jak wspomniałem wcześniej – pojawiły się dość późno. Tradycja  przywędrowała do nas z zachodniej Europy. Teraz nie wyobrażamy sobie świąt Bożego Narodzenia bez zielonego drzewka. Drzewko przez to, że jest wiecznie zielone miało symbolizować nadzieję – narodziny nowego życia. Nawet jeśli wokoło jest mróz i śnieg to drzewko żyje i daje nadzieję na przyszłość. Takie drzewka najpierw przyjęły się w miastach. Z resztą z tradycjami zawsze było tak, że najpierw trafiały pod dachy mieszczańskie, a później dopiero krok po kroku przychodziły na wieś,  czy też do dworów szlacheckich. Bardzo ciekawe jest to, że niektórzy ziemianie unikali stawiania drzewek Bożonarodzeniowych ze względu na to, że była to tradycja kojarzona z zaborcami. Mówimy o końcu XVIII i początku XIX w. Twierdzono, że po co stawiać w izbie choinki skoro nie jest to tradycja polska, a tym bardziej, że przywędrowała z Zachodu, czyli z terenów dawnych Prus. Przez długi czas dwory szlacheckie, jak również  chłopskie izby broniły się przed tradycją stawiania drzewek w domu.

Kolejnym ważnym elementem świąt Bożego Narodzenia była Pasterka. Po wieczerzy wigilijnej i odśpiewaniu kolęd gospodarz wraz z synem przygotowywali się do wyjścia na Pasterkę. Zabierano ze sobą,  m.in. pochodnie, którymi rozświetlano mroki. Po pierwsze, pochodnie miały symbolizować nadejście Jezusa Chrystusa, który jest światłem. Po drugie, były symbolem dłuższych dni. Chodziło również o rzeczy praktyczne, czyli rozproszenie mroku podczas podróży na Pasterkę.

Na Mazowszu tradycją było również przygotowywanie powrósła ze snopów wigilijnych. Takimi powrósłami gospodarze okręcali się w pasie, gdy wychodzili na Pasterkę. Niekiedy obwiązywali też kożuchy, jednak najczęściej chowano słomiane sznury, ponieważ księża patrzyli na tę tradycję nieprzychylnym okiem. O co w niej chodziło?  Otóż zaraz po Pasterce powrósłem obwiązywano drzewa owocowe w sadzie, gdyż sądzono, że w ten sposób w przyszłym roku drzewa dadzą więcej owoców. Niekiedy gospodarz tuż przed pójściem na Pasterkę wychodził do sadu i straszył drzewa owocowe siekierą. Krzyczał, że jeżeli drzewa nie będą dawały więcej owoców  to w przyszłym roku zostaną ścięte. Takie zabiegi miały wymusić na drzewach lepsze owocowanie.

Wracając jeszcze do wieczerzy wigilijnej warto wspomnieć, że jeżeli gospodarz posiadał pasiekę to szedł do sadu i pukał do poszczególnych uli. Ogłaszał w ten sposób pszczołom – które były otoczone wielkim szacunkiem przez społeczności tradycyjne – radosną nowinę, że narodził się Bóg – Jezus. Prawdą jest również, iż dzielono się opłatkiem ze zwierzętami. Przede wszystkim z krowami. Po wieczerzy wigilijnej rozkruszano, np. chleb do koszyka z siankiem i dzielono się resztkami z wieczerzy wigilijnej ze zwierzętami. Sądzono, że zwierzęta potrafią przemawiać ludzkim głosem. Dlaczego?  Dlatego, że w  tradycji ludowej oprócz tego, że uczestniczono w święcie narodzin Jezusa to również gdzieś cały czas przewijały się tradycje nie do końca chrześcijańskie, zahaczające wręcz niekiedy o pogańskie wierzenia. Uważano, że w tą  szczególną noc wszystko się odwraca, staje na głowie, dzieją się rzeczy niesamowite i tym samym wszystkie stworzenia mogą do nas przemówić ludzkim głosem.

Już pierwszego dnia świąt Bożego Narodzenia rozpoczynały się wędrówki kolędników. Na Mazowszu spotykamy wszystkie grupy kolędnicze, czyli zarówno chodzących z szopką, kolędników z gwiazdą, a nawet herody – inscenizacje nawiązujące do wydarzeń w Betlejem oraz do wydarzeń związanych z historią Heroda i jego zazdrości o Pana Jezusa. Natomiast w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, czyli w dzień św. Szczepana – pierwszego męczennika chrześcijańskiego, na dawnej mazowieckiej wsi tuż po Mszy św. młodzież z chóru sypała ziarnem zbóż wiernych wychodzących ze świątyni.

O dawnych tradycjach obchodzenia świąt Bożego Narodzenia na Mazowszu opowiadał Robert Piotrowski, kierownik działu etnografii Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu.


Galeria: Boże Narodzenie na Mazowszu / fot. D. Krześniak

 

RIRM/Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu

 

drukuj