fot. flickr.com

Afganistan: rok bez rządu

Rok po wyborach prezydenckich Afganistan wciąż nie ma rządu, a wybrany w zeszłorocznej elekcji prezydent Aszraf Ghani przeradza się w samowładcę. Pół roku trwało wyłonienie zwycięzcy afgańskich wyborów prezydenckich.

Najpierw odbyła dogrywka między Ghanim i jego rywalem Abdullahem Abdullahem. Zawarcie politycznej umowy na pretendentach do prezydentury wymusiła interwencja szefa amerykańskiej dyplomacji Johna Kerry’ego. W konsekwencji szefem państwa został Ghani w zamian za powierzenie Abdullahowi nieformalnego stanowiska kanclerza, które nie jest przewidziane w konstytucji.

Rywale do władzy zgodzili się także powołać rząd koalicyjny, w którym ministerialne stanowiska miały zostać równo podzielone między ich zwolenników. Obaj zastrzegli też sobie prawo weta wobec ministerialnych kandydatów.

Spory między Ghanim i Abdullahem, starannie skrywane przed opinią publiczną i międzynarodową sprawiły, że dopiero w styczniu prezydent przedstawił w parlamencie kandydatów na ministrów. Z 26 kandydatów posłowie zatwierdzili tylko ośmiu, po czym rozjechali się na zimowe wakacje. Pod koniec marca Ghani przedstawił kolejnych 16 kandydatów, ale posłowie nie spieszą się z debatą i głosowaniem nad prezydenckimi nominacjami.

Do pośpiechu nie wzywa ich także sam prezydent, który nie mogąc i nie chcąc uzgadniać wszystkiego z Abdullahem kierowanie ministerstwami powierzył dotychczasowym wiceministrom, a rzeczywiste stery państwa przekazał mianowanym przez siebie i sobie wiernym urzędnikom z prezydenckiej kancelarii.

W rezultacie Afganistan, zmagający się partyzantką talibów, nie ma ministra obrony ani ministrów gospodarki czy finansów, którzy zajęliby się ratowaniem gospodarki, popadającej w stan zapaści. Wycofanie zachodnich wojsk i spowodowana przez nie ucieczka międzynarodowych organizacji pomocowych i zagranicznych inwestorów spowodowały, że afgańska gospodarka, która jeszcze w 2012 roku notowała 12-procentowy wzrost, w tym roku stanęła w miejscu i zdaniem ekspertów z Banku Światowego nie wzrośnie nawet o 0,5 proc.

Główną przyczyną rządowego kryzysu stała się koalicja wymuszona przez Amerykanów na Ghanim i Abdullahu. Konieczność podzielenia się po równo ministerialnymi stanowiskami sprawiła, że obu rywalom do władzy zabrakło rządowych posad, by odpłacić się nimi swoim sojusznikom za poparcie w wyborach. Polityczne spory, walka o władzę i wojna o posady sprawiła, że zwolennicy Ghaniego (wschodni Pasztuni) i Abdullaha (Tadżycy) utrącają w parlamencie na przemian zgłaszanych przez nich kandydatów na ministrów; w zeszłym tygodniu, nie widząc szans na powodzenie w parlamencie, z ubiegania się o posadę ministra obrony wycofał się generał Mohammad Afsalluddin, Pasztun.

Zwolennicy Abdullaha oskarżają prezydenta, że otacza się swoimi ziomkami, Pasztunami z plemienia Ahmadzajów oraz awansuje dawnych komunistów, którzy rządzili w Afganistanie z poparciem Moskwy w latach 1979-1992. Zarzucają mu też, że spycha na polityczny margines wszechwładnych do niedawna partyzanckich komendantów, którym sekundują także odsuwani od wpływów dygnitarze poprzedniego prezydenta Hamida Karzaja. Sam Karzaj, oficjalnie na politycznej emeryturze, krytykuje Ghaniego za przyjaźń, jaką nowy prezydent nawiązał z sąsiednim Pakistanem; Karzaj wolał trzymać z Indiami. Ghani odpowiada, że wobec politycznego impasu musi polegać na urzędnikach z własnej kancelarii, a dobierając sobie współpracowników kieruje się wyłącznie ich kompetencjami, a nie dawnymi zasługami lub politycznymi koneksjami.

Przedłużające się wakaty na ministerialnych stanowiskach sprawiły, że rzeczywistą władzę w kraju sprawuje wyłącznie prezydent, a także urzędnicy z jego kancelarii, doradcy oraz członkowie Narodowej Rady Bezpieczeństwa, kierowanej przez Hanifa Atmara, byłego ministra spraw wewnętrznych uważanego dziś za prawą rękę Ghaniego i przezywanego w Kabulu „ministrem od wszystkiego”. Współpracownicy prezydenta nie tylko kierują wciąż nieobsadzonymi ministerstwami, ale dublują także już wyznaczonych szefów resortów, tworząc w pałacu prezydenckim równoległy gabinet sprawujący realną władzę w kraju. Rządzą nie tylko w stolicy, ale także w prowincjach, gdzie prezydent odwołał wszystkich 36 gubernatorów, ale powołał zaledwie dwóch nowych. Od władzy odsunięty został całkowicie także zastępca Ghaniego, cieszący się najgorszą sławą niedawny uzbecki watażka Abdul Raszid Dostum, który w zamian za posadę zapewnił Ghaniemu w wyborach głosy Uzbeków, stanowiących 10 proc. ludności kraju. Dziś Ghani nie zaprasza go nawet na posiedzenia Narodowej Rady Bezpieczeństwa i zostawia jedynie kierowanie pracami Afgańskiego Komitetu Olimpijskiego.

Przeciwnicy znanego z apodyktyczności i wybuchowego temperamentu Ghaniego zarzucają mu, że przeradza się w autokratę, niezdolnego do współpracy z innymi, nie znoszącego sprzeciwu, za to zawłaszczającego całą władzę, wtrącającego się do wszystkiego i samemu chcącemu o wszystkim decydować. Obawiają się, że nowe przepisy o partiach politycznych, nad którymi pracują urzędnicy z prezydenckiej kancelarii, przygotowywane są po to, by ułatwić przejęcie pełni władzy przez partię Prawda i Sprawiedliwość, kierowaną przez szarą eminencję Hanifa Atmara. Na partie nie zgadzał się Karzaj widząc w nich źródło politycznej korupcji.

Jesienią rządy Ghaniego popierało dwie trzecie Afgańczyków, w styczniu liczba zadowolonych z prezydenta spadła do jednej trzeciej. Pod koniec zaś roku dwóch afgańskich senatorów wezwało Ghaniego i Abdullaha, że skoro nie potrafią się porozumieć, ani rządzić, obaj powinni podać się do dymisji.

PAP/RIRM

drukuj