Zygzaki „Rzeczpospolitej” między prawdą a kłamstwem

Dość złożony jest bilans kilkunastu ostatnich lat publikacji „Rzeczpospolitej” na temat Kościoła i wiary. Obok tekstów paszkwilanckich i wyraźnie niechętnych religii ukazało się tam wiele szkiców i materiałów informacyjnych godnych refleksji i polecenia. Pomimo to i tak zdumiewa fakt, że gazeta, chcąca uchodzić za poważny dziennik informacyjny, opublikowała zadziwiająco dużo tekstów kłamliwych, a nawet dziś jeszcze z gorliwością godną lepszej sprawy publikuje teksty zajadłego odstępcy od Kościoła, byłego jezuity Stanisława Obirka, czy skrajnego hunwejbina lustracji w Kościele Tomasza P. Terlikowskiego.

W pierwszej połowie lat 90. w najważniejszych, bo sobotnio-niedzielnych numerach „Rzeczpospolitej”, pojawiały się jadowite antykatolickie i antykościelne wywody Szota w jego cotygodniowym przeglądzie prasy pt. „Na zdrowy rozum”. I tak np. w „Rzeczpospolitej” z 23 lipca 1994 r. Szot z głupia frant przedstawił banialuki jakiejś Australijki o tym, że żoną Jezusa była biblijna Maria, z którą Chrystus miał troje dzieci, a po swojej pozornej śmierci Jezus jakoby przeżył jeszcze 30 lat i zawarł drugi związek małżeński z Greczynką Lidią. Te „rewelacje” Szot poprzedził wstępem, iż australijskiej uczonej „udało się ustalić następujące fakty”. W „Rzeczpospolitej” z 23 lutego 1995 r. Szot pisał o teorii, wedle której „europejskie państwa można podzielić na kraje 'Marty i kraje Marii’. Społeczeństwa pierwszych były protestanckie i pracowite, drugie – katolickie i powierzające pracę raczej Bogu”. Bzdurność uogólnień Szota widoczna jest chociażby na przykładzie prosperujących gospodarczo katolickiej Bawarii czy Belgii, ale autorowi wyraźnie chodziło o propagandę antykatolicką, a nie fakty. W „Rzeczpospolitej” z 17 grudnia 1994 r. Szot pisał, powołując się na „Gazetę Lubuską”, że klerykalizm „można podzielić na przyczajony, pełzający, kroczący i atakujący”. I tak z tygodnia na tydzień Szot sączył różne bzdury do umysłów swych czytelników, przy tym antyreligijnym treściom częstokroć towarzyszyły różne tego typu niewyszukane przytyki do tradycji narodowej i patriotyzmu.

W „Rzeczpospolitej” pod kierownictwem Dariusza Fikusa dopuszczano publikowanie najbardziej nawet agresywnie atakujących Kościół wystąpień przedstawicieli dawniej tak zwanej lewicowej opozycji laickiej. Szczególnie jaskrawym wyskokiem był publikowany w „Rzeczpospolitej” z 15-16 maja 1993 r. wywiad Teresy Torańskiej z byłym wiceministrem edukacji w rządzie Tadeusza Mazowieckiego Witoldem Kulerskim. Korzystał on w latach 80. niejednokrotnie ze wsparcia różnych instytucji kościelnych. Nie przeszkodziło mu to w wystąpieniu w tekście „Rzeczpospolitej” z niezwykle agresywnym atakiem na Kościół, przedstawieniem go jako rzekomo bardzo niebezpieczną dla demokracji siłę polityczną, która podobnie jak komunizm dąży do zniewolenia ludzi. Według Kulerskiego, ludzie „przedtem bali się komunizmu i ja to rozumiem, a teraz boją się kleru i mnie to także nie dziwi, bo przecież tak jak poprzednio komuniści, kler może ich zniszczyć społecznie, prestiżowo, a nawet ekonomicznie, a więc każdy przytomny, normalny człowiek musi zadawać sobie pytanie o koszty, jaką cenę zapłaci, gdy się wychyli, co uzyska za wymuszony kompromis” (por. Co zrobiliśmy z naszą wolnością, rozmowa T. Torańskiej z W. Kulerskim, „Rzeczpospolita” z 15-16 maja 1993 r.). Zdaniem Kulerskiego, jeśli chodzi o zagrożenia dla społeczeństwa, faktycznie nie ma dziś różnicy między komunizmem z przeszłości a Kościołem dziś: „Przepraszam, a czy tak już nie było? W późnych latach 40. i wczesnych 50.? Sądzę bowiem, że do naszego społeczeństwa zaczyna wracać lęk. (…) No, ale tę grę przerabialiśmy już przez 45 lat, tylko z innym partnerem” (por. tamże).

Tekst Kulerskiego nie przyniósł jednak w pełni oczekiwanego przez redakcję „Rzeczpospolitej” efektu maksymalnego postraszenia zagrożeniami ze strony Kościoła. Nie przyniósł ze względu na liczne protesty ze strony środowisk katolickich, które zdemaskowały zafałszowania drukowanego w „Rzeczpospolitej” tekstu. Szczególnie ostry pod tym względem był publikowany w „Rzeczpospolitej” z 19 czerwca 1993 r. artykuł Stanisława Krukowskiego. Jego autor stwierdził m.in., „(…) iż z tekstu Kulerskiego jasno wynika, że terror Kościoła niemalże równa się totalitarnemu terrorowi stalinowsko-bierutowskich oprawców. Czytam i oczom nie wierzę. Wiktor Kulerski przelicytował wszystkich, którzy piszą w podobnym do niego tonie. A konkurencja jest bardzo silna, zwłaszcza że obecnie wypada krytykować polski ciemnogród, do którego wchodzi się, jeśli wyciąga się pełne konsekwencje z podmiotowości dziecka poczętego, wchodzi się, gdy broni się Kościoła, głosi chwałę historycznej Rzeczpospolitej. Pomysłem nie do przelicytowania jest zestawienie rzekomego strachu przed klerem katolickim ze strachem z samego środka stalinowskiej nocy. Jak można choćby sugerować, że czas szalejącego terroru, tortur i mordów oraz wywołany tym strach ma cokolwiek wspólnego z wyimaginowanym dzisiejszym strachem przed katolickim klerem? Jak można sugerować zestawienie: ubecki oprawca – polski ksiądz?” (por. S. Krukowski, Czy kler katolicki budzi dziś w Polsce lęk?, „Rzeczpospolita” z 19 czerwca 1993 r. Zob. również J. Maziarski, Kościół jako zło, „Ład” z 30 maja 1993 r.).

„Łajdacki paszkwil” w „Rzeczpospolitej” przeciw Radiu Maryja

Po śmierci redaktora naczelnego „Rzeczpospolitej” Dariusza Fikusa, szczególnie mocno związanego z luminarzami byłej lewicowej opozycji laickiej, i objęciu stanowiska naczelnego przez Piotra Aleksandrowicza doszło do wyraźnego wyciszenia różnych akcentów antykościelnych w „Rzeczpospolitej”. Sytuacja znacząco się zmieniła pod rządami następnych szefów tej gazety: Macieja Łukaszewicza i Grzegorza Gaudena. Właśnie w czasie, gdy naczelnym „Rzeczpospolitej” był Łukaszewicz, gazeta ta odegrała wiodącą rolę w rozpropagowaniu różnych antypolskich oszczerstw polakożerczego hochsztaplera zza oceanu Jana Tomasza Grossa w 2001 roku. Redakcja „Rzeczpospolitej” tak sterowała przy tym dyskusją wokół wynurzeń Grossa, by maksymalnie przemilczeć jego najostrzejszych krytyków (m.in. mnie i Piotra Gontarczyka, obecnie wpływowego historyka z IPN). Kierowana przez M. Łukaszewicza „Rzeczpospolita” wzięła szczególnie mocny udział w rozpętanej w końcowych miesiącach 2002 r. pierwszej zakrojonej na szczególnie szeroką skalę zmasowanej nagonce na Radio Maryja (obok „Rzeczpospolitej”, redakcji „Wprost” i „Newsweeka” w nagonce uczestniczyła telewizja publiczna).

Do najważniejszych uderzeń w nagonce należał publikowany w „Rzeczpospolitej” paszkwilancki dwuczęściowy artykuł jej współpracownika Jerzego Morawskiego. Przygotował on również dla telewizji publicznej oszczerczy film, pod względem charakteru kłamstw i pomówień mogący rywalizować z najgorszymi wzorami propagandy PRL. Czołowa publicystka „Tygodnika Solidarność” Teresa Kuczyńska przytoczyła przy tym opinie prof. Bogusława Wolniewicza, nazywające artykuły Morawskiego „łajdackim paszkwilem”, gdyż: „Tam nie ma ani jednego konkretnego zarzutu, tylko pomówienia i insynuacje” (por. tekst T. Kuczyńskiej, Komuna pokazuje kły, „Tygodnik Solidarność” z 13 grudnia 2002 r.). Według tekstu T. Kuczyńskiej, Wolniewicz powiedział o czołowym paszkwilancie atakującym Radio Maryja J. Morawskim i jego zwierzchniku M. Łukaszewiczu: „Nie interesuje mnie dziennikarz, który podjął się tej nikczemnej roli. Jest pytanie, kim są mocodawcy. I do czego zmierzają. W 'Rzeczpospolitej’ jest to p. Maciej Łukaszewicz, naczelny redaktor. Podtrzymując w pełni to, co napisał dziennikarz, dodał on: 'Chcę wiedzieć, jaka jest prawda o budzących najwyższe wątpliwości powiązaniach ojca Rydzyka z Moskwą’. Otóż to jest publiczne pomówienie katolickiego duchownego o to, że jest on rosyjskim agentem! A ze strony TVP kto za tym stoi? Pan Robert Kwiatkowski. Znaczy to, że komuna zaczyna pokazywać kły. Nie tylko wobec Radia Maryja. I w Ożarowie. Tam się dzieją rzeczy niesłychane. O co chodzi w tym szaleństwie? – Nie chodzi w tym wszystkim o finanse Radia Maryja. Chodzi o zdławienie niezależnego od komuny dziennikarstwa”. I dalej: „Czy p. Kwiatkowski odważyłby się sam zrobić taki prowokatorski materiał, godzący w uczucia 5 milionów Polaków i olbrzymiej Polonii, która słucha tego radia? To kazał mu zrobić Leszek Miller. Mamy sojusz komuny z polskim libertyństwem. Światowym libertyństwem. On uderza w te dążenia Polaków, które określę jako patriotyczne i chrześcijańskie. Radio Maryja uważam za bardzo dobre, bardzo przyzwoicie robione radio. W głosach słuchaczy są najróżniejsze opinie, bywa że drastyczne, ale ojcowie, którzy prowadzą audycje, zawsze to moderują. Ja słyszę, jak do nich telefonują w nocy Polacy z całego świata. To jest łącznik z naszą Polonią na Wschodzie. A pan Łukaszewicz mówi, że to agent KGB”.

Warto dodać, że powiązany z lobby żydowskim naczelny „Rzeczpospolitej” Maciej Łukaszewicz odegrał szczególnie wydatną rolę w ówczesnej nagonce na Radio Maryja, publikując pełen zajadłości paszkwilancki tekst pt. „Sekrety ojca dyrektora”. Tekst Łukaszewicza maksymalnie wspierał godzące w Radio Maryja pomówienia dwuczęściowego artykułu J. Morawskiego, waląc z grubej rury w Radio Maryja za jego rzekome „kłamstwa i antysemityzm” (por. „Rzeczpospolita” z 26 listopada 2002 r.).

Zarówno paszkwil Morawskiego, jak i tekst naczelnego „Rzeczpospolitej” spotkał się z bardzo ostrymi reakcjami części czytelników tejże gazety. Oto jakże wymowne stwierdzenia z listu jednego z nich, drukowanego w „Rzeczpospolitej” 5 grudnia 2002 roku. Jerzy Baranowski z Krakowa pisał: „Z wielkim smutkiem przeczytałem artykuł dotyczący ojca Rydzyka i pana [redaktora naczelnego – przyp. red.] komentarz do niego. Gazeta, którą bardzo ceniłem za obiektywność i wiarygodność, wkomponowała się w kampanię przeciw Radiu Maryja. Wyniki tej kampanii są oczywiste. Wzrośnie potęga ojca Rydzyka i spadnie wiarygodność atakujących go mediów, a wszystko przez to, że kampania jest prowadzona nierzetelnie i nieuczciwie. Film pokazany w TVP [„Imperium ojca Rydzyka” – przyp. red.] był dla przeciętnego widza prymitywnym paszkwilem. Po obejrzeniu natychmiast przypomniała mi się 'legendarna’ rozmowa w więzieniu Lecha Wałęsy na temat pieniędzy i późniejszy reportaż pokazywany w TVP przez Jerzego Urbana. Film o ojcu Rydzyku miał taki sam wydźwięk. Pan, panie redaktorze, powielił ten sam schemat na łamach 'Rz’, choć ze względu na styl i zawartość merytoryczną reportażu nigdy nie powinien być zamieszczony na łamach 'Rzepy’. Nie mam nic przeciwko zajmowaniu się tematem Radia Maryja, ale nie w takim stylu. (…) Wielu boli wzrastająca potęga o. Rydzyka i Radia Maryja. Potęga ta rosła i rośnie dzięki temu, że w polskich mediach brakowało opinii głoszonych przez o. Rydzyka, a media są ponoć wolne i obiektywne”.

Nagłaśnianie hunwejbina lustracji T.P. Terlikowskiego

Pod redakcją następnego redaktora naczelnego Grzegorza Gaudena „Rzeczpospolita” niejednokrotnie mieszała się do spraw Kościoła w sposób skandalizujący (m.in. poprzez tendencyjne jednostronne przedstawienie arcybiskupa Juliusza Paetza i nagłośnienie oszczerczych oskarżeń przeciwko ks. prałatowi Henrykowi Jankowskiemu). W ostatnich paru latach szczególnie „wyróżniła się” staraniem o maksymalne nagłośnienie żądań lustracji w Kościele. Właśnie w „Rzeczpospolitej” na trwałe usadowił się najskrajniejszy hunwejbin lustracji w Kościele – Tomasz P. Terlikowski, dziennikarz skądinąd znany z wielu cynicznych kłamstw i pomówień.

Nieuczciwość szczególnie silnego eksponowania potrzeby lustracji w Kościele polegała na przedstawianiu problemów agentury wewnątrzkościelnej jako czegoś wyjątkowo groźnego. Teksty tego typu zacierały fakt, że właśnie Kościół przez cały czas PRL był główną siłą oporu przeciwko totalitaryzmowi komunistycznemu, a agentura w Kościele była dużo słabsza od agentur w innych środowiskach, choćby np. w kręgach dziennikarzy czy w MSZ, a nawet w różnych kręgach naukowych. O tych wszystkich agenturach ciągle mówi się za mało, tym silniej próbując dyskwalifikować Kościół przez selektywny dobór oskarżeń przeciw niektórym duchownym. Terlikowski w swej zajadłości lustracyjnej posunął się do ataku na cały polski Episkopat, oskarżając katolickich hierarchów o nawrót do „starej polityki nicnierobienia i ochrony interesów korporacyjnych” (por. T.P. Terlikowski, Walka o dusze. Koniec złudzeń, „Gazeta Polska” z 11 lipca 2007 r.). Według Terlikowskiego, „Jeśli ktoś miał nadzieję, że polska hierarchia czegoś się po sprawie abp. Stanisława Wielgusa nauczyła, to po dokumencie 'Prawda i odpowiedzialność’ powinien pożegnać się ze złudzeniami”. Terlikowski, „zawzięty tropiciel kleru” – jak go określił kpt. Zbigniew Sulatycki już w tytule swego artykułu w „Naszym Dzienniku” z 15 marca 2007 r. – wsławił się m.in. skrajnym atakiem na hierarchię Kościoła, a imiennie kardynała Stanisława Dziwisza w tekście „Czy grozi nam klerykalizm polityczny?” („Rzeczpospolita” z 29 czerwca 2006 r.). W tekście tym Terlikowski zarzucił czołowym duchownym, że rzekomo reprezentują poglądy prowadzące do modelu państwa klerykalnego, w którym „ksiądz, a już szczególnie biskup, jest istotą nieomylną z natury”. W innym tekście publikowanym na łamach „Rzeczpospolitej” pt. „Ojciec destruktor” (nr z 12 lipca 2007 r.) Terlikowski z furią rzucił się na o. Tadeusza Rydzyka, oskarżając go o rzekome niszczenie prawicy.

Tak atakujący duchownych, i to bez specjalnego wyboru – od kardynała S. Dziwisza po ojca Tadeusza Rydzyka – chyba głównie po to, by robić tym większe zamieszanie w Kościele, Terlikowski jest wyjątkowo pobłażliwy wobec odstępców od Kościoła typu S. Obirka, który wystąpił z zakonu jezuitów. Na przykład w tekście „Walka monologów” („Rzeczpospolita” z 9 grudnia 2005 r.) Terlikowski wystąpił w obronie książki eksjezuity Obirka „Przed Bogiem”, sprzeciwiając się głównym tezom krytyki tej książki, napisanym przez red. „Christianitas” Pawła Milcarka. Książki, jak wiadomo, zawierającej wiele tez radykalnie sprzecznych z nauczaniem Kościoła. Terlikowski, wybraniając Obirka, twierdził: „Stanisław Obirek stawia pytania, których we współczesnej debacie teologicznej lekceważyć nie można”. Wbrew stanowisku Kościoła, podkreślającemu, że jedyną drogę do Boga stanowi przestrzeganie zasad wiary chrześcijańskiej, Terlikowski, popierając tezy Obirka, opowiedział się za przyjęciem formuły Franza Rosenzweiga, iż „judaizm i chrześcijaństwo są równoprawnymi drogami do Boga”.

Terlikowski nieprzypadkowo określany jest jako „judeochrześcijanin”. 8 grudnia 2005 r. wystąpił on wraz z grupą kilku księży z Kościołów: zielonoświątkowego, ewangelicko-reformowanego, ewangelicko-augsburskiego i prawosławnego, oraz jednego księdza katolickiego z krytyką bierności katolickiej hierarchii i liderów innych Kościołów wobec wystąpień antyżydowskich. Terlikowski i inni sygnatariusze wypowiedzieli się również po stronie homoseksualistów i lesbijek, krytykując brak protestu hierarchów katolickich i liderów innych Kościołów przeciwko zakazywania tzw. marszy równości w niektórych miastach. Tekst był zatytułowany „Dlaczego nasi biskupi milczą?”.

Jak „Rzeczpospolita” nagłaśnia odstępcę S. Obirka

Były jezuita Stanisław Obirek już na wiele lat przed odejściem z zakonu w 2005 r. wielokrotnie dawał wyraz poglądom wyraźnie sprzecznym z naukami Kościoła i utrwalonymi przez stulecia zwyczajami modlitewnymi. Szczególnie skandaliczny pod tym względem był wywiad dla „Przekroju”, udzielony w połowie lat 90. Obirek wyszydzał w nim odmawiających pacierze, mówiąc: „Paciorki naprawdę nic nie znaczą. (…) Paciorki to najlepsza droga do faryzeizmu. (…) Najgorzej, gdy człowiek przywiąże się do paciorków i odklepuje je, budując na nich swoją świętość” (por. „Przekrój” nr 14 z 7 kwietnia 1996 r.). W tymże wywiadzie można było spotkać godzące wręcz w istotę religii słowa ojca Obirka, wówczas rektora Kolegium Księży Jezuitów w Krakowie: „Kto bezgranicznie zawierzy Bogu, bezbronny jest wobec życia niczym noworodek i mocniejszy podmuch ludzkiej niechęci sprawia mu dotkliwy ból. Taki człowiek jest otwartą raną” (por. tamże). Jakże celnie polemizował z tymi poglądami Obirka profesor Zbigniew Żmigrodzki, pisząc: „Czyżby Ksiądz Doktor nie wiedział, czego uczy w tych sprawach Kościół i nawet nie znał psalmu 91 w pięknym przekładzie Kochanowskiego: 'Kto się w opiekę odda Panu swemu’? Do lektury stanowczo zachęcam” (por. Z. Żmigrodzki, „Meandry nowej wiary czyli inwazja katolewicy”, Warszawa 1998, s. 56). W wywiadzie „dziwnego” jezuity dla „Przekroju” znalazły się również słowa podważające znaczenie Mszy Świętej: „Należy zastanowić się, czy człowiek u schyłku XX wieku już mszy nie potrzebuje, czy raczej msze i kazania – w ich obecnym kształcie – są już skostniałe? (…) A w średniowieczu co ludzi tak naprawdę pchało do Kościoła? Wiara w Boga czy w magię? (…) Dużo złego stało się w polskim katolicyzmie, gdy religia zaczęła się jawić jako system zakazów i nakazów. Współczesny człowiek – zarówno w naszym kraju, jak i na Zachodzie – nie znosi grożącego mu 'palca wskazującego'” (por. wywiad S. Obirka w „Przekroju” z 7 kwietnia 1996). Znów przypomnę przy tej okazji świetną polemikę prof. Żmigrodzkiego z cytowanymi wyżej słowami S. Obirka: „Zapytałbym ks. Rektora: czy to istotnie religia zaczęła się 'jawić’, czy też zwolennicy relatywizmu moralnego tak ją zaczęli przedstawiać? A co Ksiądz proponuje? Dostosować wiarę i religię do tego, co podoba się temu współczesnemu człowiekowi? I kim właściwie ten człowiek jest, który takie wymagania stawia? Katolikiem 'postępowym’ czy ateistą? Bo katolikiem autentycznym chyba nie” (por. Z. Żmigrodzki, op.cit., s. 56).

Stanisław Obirek w swych wystąpieniach coraz wyraźniej łączył dystansowanie się od różnych wskazań nauki Kościoła ze zbliżeniem do różnych osób publicznie afirmujących swoją niewiarę. Wymowny pod tym względem był już tekst S. Obirka: „Uczciwość w dialogu”, publikowany w „Rzeczpospolitej” z 8-9 grudnia 2001 roku. W tekście tym ostro sprzeciwił się artykułowi o. Jacka Salija OP, wskazującego na ograniczone możliwości dialogu chrześcijan z niewierzącymi. Akcentował: „Przyznam się, że coraz mniej czuję się związany z 'intelektualnym zapleczem’ 'Naszego Dziennika’, a coraz więcej duchowego namysłu zawdzięczam autorom deklarującym swoją niewiarę, jak choćby prof. Michałowi Głowińskiemu, prof. Hannie Swidzie-Ziembie, prof. Janowi Woleńskiemu, Stanisławowi Lemowi i tylu innym”. Będąc ciągle jezuitą, Obirek wystąpił 27 czerwca 2003 r. na łamach „Rzeczpospolitej” z artykułem napisanym wspólnie z agnostykiem Janem Woleńskim, współpracownikiem skrajnie antykościelnego i antyreligijnego „Bez Dogmatu” (por. J. Woleński, S. Obirek, Porozmawiajmy o katolicyzmie, „Rzeczpospolita” z 27 czerwca 2003 r.). Jezuita Obirek i agnostyk Woleński wspólnie wystąpili w obronie uderzającego w wiarę tekstu Jolanty Brach-Czajny „Polska w cieniu Kościoła” („Rzeczpospolita” z 7 maja 2003 r.), atakując tekst Jarosława Gawina „Katolicy pod pręgierzem” („Rzeczpospolita” z 8 maja 2003 r.).

Obirek przeciw Janowi Pawłowi II i Benedyktowi XVI

Decydującym skandalem, który ostatecznie skompromitował Obirka w oczach duchownych i wiernych, był jego wywiad dla belgijskiego „Le Soir” z 4 kwietnia 2005 r., przeprowadzony przez Jerzego Kuczkiewicza. W wywiadzie Obirek zarzucił Papieżowi Janowi Pawłowi II, że „doprowadził do uwstecznienia Kościoła katolickiego, a w ogóle to miał być proboszczem świata, ale zachowywał się trochę jak proboszcz wiejskiej parafii (…) groził palcem swym teologom. (…) Wydaje się, że Jan Paweł II, zwłaszcza pod koniec pontyfikatu, ustawił swój Kościół w opozycji do współczesnego społeczeństwa (…) był paradoksalny (…) jego nauczanie pełne było elementów irytujących (…) myślę tu o 'społeczeństwie bez Boga’ czy o 'cywilizacji śmierci’. (…) Pozostawił wizerunek katolicyzmu egzotycznego, myśląc w kategoriach współczesnej kultury, która wywodzi się z Oświecenia (…) fantazmy – majaczenia Karola Wojtyły związane były z doświadczeniem przez niego dwóch totalitaryzmów (…)” (cyt. za A. Rozborski, czyli Z. Żmigrodzki, Jezuita faryzeusz, „Nasza Polska” z 19 kwietnia 2005 r.). Dodajmy, że według słów Obirka w cytowanym wywiadzie Karol Wojtyła lubił widok pod oknami „hałaśliwych grup bez istotnego znaczenia – było to związane z jego osobowością” (por. tamże).

Wywiad Obirka dla „Le Soir” sprawił, że miarka długotrwałego – jakże zaskakującego – tolerowania człowieka z takimi poglądami w zakonie jezuitów się przebrała. Zwierzchnicy Obirka udzielili mu bardzo surowego upomnienia. W tej sytuacji Obirek, który miał romans na boku, zerwał z zakonem. Jeszcze w 2005 r. ukazała się książka Obirka „Przed Bogiem” – dłuższy wywiad-rzeka przeprowadzony przez Andrzeja Brzezieckiego i Jarosława Makowskiego z posłowiem napisanym przez ks. Adama Bonieckiego i agnostyka Jana Woleńskiego. Warto przypomnieć w kontekście tej książki jej miażdżącą krytykę dokonaną w tekście ks. Stanisława Małkowskiego „Bez Boga” („Nasza Polska” z 28 lutego 2006 r.). Pisząc o książce Obirka, ks. Małkowski stwierdził m.in.: „Obirek zaciera różnice między wiarą i niewiarą, przy tym jego sympatie osobiste oraz intelektualne są po stronie niewiary i niewierzących. (…) Obirek polemizuje z nauczaniem Jana Pawła II. (…) Autor wywiadu-rzeki potwierdza określenie 'złoty cielec’ wobec osoby Jana Pawła II i dodaje: 'papież o wielu twarzach, celebrujący własną osobę, promujący mierne i lękliwe umysły, chowające się za parawanem ortodoksji. (…) Dogmat o nieomylności papieża sformułowano w sposób urągający rozumowi'”. Według ks. S. Małkowskiego, odpowiadając na pytanie, czy Opus Dei to rzeczywiście katolicka masoneria, Obirek dał do zrozumienia, że porównanie takie jest „trochę obraźliwe dla masonów. Bo jednak masoneria to szlachetna organizacja powstała w okresie Oświecenia i kultywująca tradycje wolnościowe. (…) Natomiast Opus Dei chce podporządkować sobie człowieka” (cyt. za ks. S. Małkowski, Bez Boga, „Nasza Polska” z 28 lutego 2006 r.).

Z bardzo ostrą krytyką książki Obirka wystąpił redaktor naczelny „Christianitas” Paweł Milcarek, pisząc m.in.: „Krótko mówiąc, nonszalancja Obirka uderza nie tylko w 'naszego Papieża’, ale w uwielbianą przezeń Tradycję. Jan Paweł II obrywa u Obirka ni mniej ni więcej tylko za to, że 'w swym myśleniu teologicznym pozostał człowiekiem przedsoborowym’ (s. 64 książki Obirka)” (por. P. Milcarek, Religia demokracji, „Głos” z 10 grudnia 2005 r.). Jak pisał Milcarek, „Obirek twierdził, że Papież powinien powiedzieć Żydom, że w ich nieprzyjęciu Chrystusa 'nie ma nic błędnego'” (s. 93 książki Obirka). Według P. Milcarka, „Św. Ignacy toczył polemikę z Lutrem – ale sympatia Obirka 'zawsze była po stronie Lutra’. W tym puncie Obirek jest klinicznym przykładem takiego jezuity, który nie rozumie i nie lubi kanonizowanego założyciela swego zakonu – czyli swego ojca” (por. P. Milcarek, op.cit.). Na tym tle jeszcze mocniej trzeba wyrazić zdumienie – dlaczego ojcowie jezuici tak długo tolerowali obirkowy „kąkol” w zakonnym zbożu?!

Równie mocno zdumiewa, że w „Rzeczpospolitej”, nawet po wystąpieniu Obirka z zakonu jezuitów, wciąż bardzo swapliwie nagłaśniano i nagłaśnia się jego poglądy, nawet najbardziej absurdalne. Były wśród nich kolejne ostre ataki na Papieży: Jana Pawła II i Benedykta XVI. W wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej” 15 listopada 2005 r. pt. „Twarze Jana Pawła II”, Obirek ostro skrytykował pontyfikat Jana Pawła II, zarzucając mu, że jakoby nie słuchał innych, że wszystko dla niego było zbyt oczywiste, że pomijał milczeniem sprawy dyskusyjne. Obirek sprzeciwił się również szczególnej czci, oddawanej Matce Bożej w Polsce. Tekst Obirka sprowokował wiele listów do „Rzeczpospolitej”, w większości krytycznych wobec tez Obirka.

Niestety, krytyka zachowania „Rzeczpospolitej” niewiele pomogła. Gazeta dalej nagłaśniała i nagłaśnia odstępcę Obirka. A robi to zaskakująco często, co raczej nie świadczy o jej dobrej woli wobec prawdziwego Kościoła katolickiego. I tak np. 19 maja 2006 r. w „Rzeczpospolitej” ukazał się otwarty atak S. Obirka na postawę i nauczanie Papieża Benedykta XVI pt. „Otwartość pod kontrolą”. Obirek pisał tam m.in. o obecnym Ojcu Świętym: „Prawdą jest też, że po rewolcie studenckiej w 1968 roku był postrzegany jako teolog, który zdradził ideały młodości i cały swój intelekt i erudycję oddał w służbie kurii, którą z taką żarliwością wcześniej krytykował”. Następnie Obirek zabrał się za szczegółową krytykę roli Benedykta XVI, zanim został jeszcze Papieżem, a więc w czasie, gdy przewodził Kongregacji Nauki Wiary. Obirek miał wyraźnie za złe kardynałowi Ratzingerowi, że „strzegł tradycji, ostrzegał przed zbyt śmiałym kwestionowaniem tradycyjnej teologii, ganił niesubordynowanych hierarchów, a tuż przed konklawe nawet straszył perspektywą anarchii i radykalizmu” (por. S. Obirek, Otwartość pod kontrolą, „Rzeczpospolita” z 19 maja 2006 r.). Obirek szczególnie ostro zaatakował deklarację „Dominus Jesus” autorstwa kardynała Ratzingera z 2000 roku. Według niego, szkód, jakich dokonała deklaracja, nie da się oszacować: „Jedno jest pewne: dialog zarówno ekumeniczny, jak i międzyreligijny został skutecznie zamrożony” (por. tamże).

15 czerwca 2007 r. „Rzeczpospolita” opublikowała kolejny tekst S. Obirka, będący faktycznie paszkwilem zarówno na obecne rządy, jak i na Kościół. W artykule zatytułowanym „Polska 2007 – zaprzeczeniem demokracji”, faktycznie godnym wrogów obecnego rządu piszących z pozycji postkomunistycznych lub skrajnie liberalno-lewackich, Obirek napisał m.in.: „Zagrożeniem dla demokracji nie jest ani polityka, ani religia, ale polityka z pokusami totalitarnymi (a taka jest polityka PiS) i religia o fundamentalistycznych skłonnościach (a taki jest polski Kościół po 1989 r.). Szczególnie groźne jest połączenie takiej polityki z taką religią”. W swym artykule Obirek zaatakował również poglądy ks. bp. Adama Lepy i otaczanie osoby Jana Pawła II „bezkrytycznym kultem”. Dość szczególna była dokonana przez Obirka ocena sytuacji po 1989 roku, „kiedy to – jak pisał Obirek – kler, a zwłaszcza część hierarchów, opowiedział się za Polską ksenofobiczną, zamkniętą i spoglądającą na świat z poczuciem wyższości”. Nasuwa się pytanie: po co te wszystkie banialuki nagłaśnia „Rzeczpospolita”?

Nowe ataki „Rzeczpospolitej” na Radio Maryja

W ciągu ostatnich kilku lat w „Rzeczpospolitej” opublikowano dosłownie dziesiątki skrajnie tendencyjnych ataków na Radio Maryja, unikając rzetelnej obiektywnej dyskusji o fenomenie tego Radia. Wśród haniebnych wręcz tekstów, całkowicie kompromitujących „Rzeczpospolitą” jako gazetę, trzeba szczególnie wyróżnić teksty Stefana Bratkowskiego, zatracające jakikolwiek poziom. Bratkowski, który już w „Rzeczpospolitej” z 14-15 grudnia 2002 r. oszczerczo oskarżył o. Rydzyka o rzekomą „zdradę narodową”, wyskoczył po raz któryś z nikczemnymi pomówieniami w tekście publikowanym na łamach „Rzeczpospolitej” z 6-7 maja 2006 r. pt. „Jeżeli to potrwa…”. We wspomnianym tekście-paszkwilu Bratkowski pisał m.in.: „Rydzyk to (…) potężna partia polityczna, z lokalnymi organizacjami 'rodzin Radia Maryja’, zgoła niedwuznacznie pracująca dla Kremla (…)”. Cóż powiedzieć na te podłe pomówienia Bratkowskiego? Po prostu: „no comments!”. Jedno tylko trzeba zaakcentować – w „Rzeczpospolitej” stopniowo rozstano się z Bratkowskim za nowego redaktora naczelnego tej gazety Pawła Lisickiego. Za Lisickiego rozstano się również z innym prymitywnym autorem pomówień – „chorym z nienawiści” Tomaszem Jastrunem, niejednokrotnie w swych felietonach po chamsku atakującym Radio Maryja, Kościół, patriotyzm i rządy PiS (na temat „łże-pisarstwa” T. Jastruna zob. szerzej J.R. Nowak „Czerwone dynastie”, t. II, Warszawa 2007, s. 155-162).

Nie warto wdawać się w szersze wyliczenia kolejnych ataków „Rzeczpospolitej” na Radio Maryja, choćby licznych napaści w ostatniej nagonce w lipcu 2007 roku Przypomnę tylko dwa kuriozalne głosy z ostatnich paru miesięcy. Pierwszy to tekst osławionego odstępcy z zakonu jezuitów S. Obirka „Radio, które psuje państwo” („Rzeczpospolita” z 23 lipca 2007 r.). Obirek pisał tam m.in.: „Przypadek Rydzyka zaś jest zjawiskiem patologicznym”. Zapytajmy tu, jak określić zachowanie Obirka, który całkowicie podeptał swe powołanie jako duchownego i jak określić zachowanie kierownictwa „Rzeczpospolitej”, która nagłaśnia grubiańskie teksty Obirka w sprawach kościelnych. Pogratulować P. Lisickiemu takiego „eksperta” od Kościoła! Zdziwienie budzi również publicystyka innego „eksperta” od spraw Kościoła w „Rzeczpospolitej”, chyba najpłodniejszej autorki tej gazety w tym względzie – Ewy K. Czaczkowskiej. Ileż to razy zdążyła ona nakłamać na temat spraw Kościoła w „Rzeczpospolitej” – od całkowitych deformacji spraw Radia Maryja po deformowanie spraw lustracji w Kościele!

Typowym przykładem zafałszowań w sprawie Radia Maryja made in E.K. Czaczkowska był publikowany w „Rzeczpospolitej” z 17 sierpnia 2007 r. jej wywiad z sekretarzem Episkopatu Polski ks. bp. Stanisławem Budzikiem. W pytaniu do ks. Budzika E.K. Czaczkowska twierdziła, że „antysemityzm w nagranej wypowiedzi o. Rydzyka” wyklucza „miłość do drugiego człowieka”. Przypomnijmy, że wbrew oszczerczyni z „Rzeczpospolitej” w wypowiedziach przypisywanych o. Rydzykowi we „Wprost” nie było żadnego antysemityzmu. Była jakże uzasadniona krytyka skrajnych roszczeń żydowskich fanatyków typu I. Singera do Polski, piętnowana skądinąd przez tak znakomitego uczonego żydowskiego jak profesor Norman Finkelstein.

Ewa K. Czaczkowska „zapomniała” zauważyć, że roszczeniowiec najbardziej hałaśliwie występujący wobec Polski – I. Singer, został w międzyczasie zdemaskowany jako podły złodziej i defraudant i wyrzucony na zbity łeb ze Światowego Kongresu Żydów! Rzekomym dowodem „antysemityzmu” o. T. Rydzyka było również krytykowanie przez niego przerwania ekshumacji w Jedwabnem. A przecież była to jakże uzasadniona krytyka czegoś, co zrobiono w sposób niewłaściwy, wbrew podstawowym polskim interesom narodowym, które wymagały podjęcia wszelkich działań dla wyświetlenia pełnej prawdy o Jedwabnem. Żeby było zabawniej, nawet J.T. Gross występował (prawdopodobnie obłudnie) za pełną ekshumacją w Jedwabnem.

Prof. Jerzy Robert Nowak

drukuj