Zielona fala protekcjonizmu
Unia Europejska zamierza wprowadzić obowiązkowe informacje o ochronie
środowiska, które miałyby znaleźć się na etykietach produktów żywnościowych.
Jest to kolejny przejaw tzw. zielonego protekcjonizmu, zmierzający do
faworyzowania producentów ze Starego Kontynentu.
Od dłuższego czasu normy ekologiczne stają się głównym elementem regulacji
rynków, a w zasadzie państwowego interwencjonizmu i wprowadzanego tylnymi
drzwiami protekcjonizmu. Po globalnym ociepleniu bardzo istotnym elementem są
oznakowania produktów przymusowymi certyfikatami ekologicznymi.
W założeniu takie oznakowania miałyby służyć informowaniu konsumentów o
pochodzeniu produktów, spełnianiu norm ekologicznych czy emisji dwutlenku węgla
powstałego przy jego produkcji (w domyśle im mniej, tym lepiej).
Obecnie funkcjonuje wiele przymusowych i dobrowolnych rodzajów oznakowań.
Europejska Naklejka Energetyczna, którą znamy z produktów RTV AGD, informuje o
efektywności energetycznej (przynależności do danej klasy zużycia energii przez
produkt). Unijna ekonaklejka z kwiatem jest z kolei dobrowolnym znakiem
umieszczanym na produktach mających niski wpływ na zanieczyszczenie środowiska.
Tego typu oznakowanie zdobywa dopiero popularność wśród ogarniętych ekologiczną
manią zachodnioeuropejskich konsumentów.
Na produktach istnieje też wiele innych, dowolnych oznakowań typu "bio", "organic"
czy "eco" mających raczej charakter marketingowy i mających odwoływać się do
odpowiedzialności konsumenckiej klienta. Nie mają one oczywiście wiele wspólnego
z troską o środowisko naturalne, są raczej faworyzowaniem określonych kanałów
produkcji i dystrybucji.
Ekologiczne metkowanie, które zamierza wprowadzić Unia Europejska, idzie jednak
o wiele dalej. Przede wszystkim ma mieć charakter przymusowy i oprócz
tradycyjnych informacji na produktach żywnościowych, takich jak skład, czy ilość
poszczególnych składników, ma zawierać także informacje o pochodzeniu produktów
i ich oddziaływaniu na środowisko.
W oficjalnej wersji ma to promować produkty naturalne pochodzące z krajów o
wysokiej "świadomości ekologicznej". W rzeczywistości ma forować dużych
wytwórców żywności z krajów europejskich, którym coraz trudniej konkurować ze
znacznie tańszymi (bo niedotowanymi) produktami z innych krajów.
Takim klasycznym przykładem jest akcja producentów olejów przeciwko importowi
oleju palmowego z Malezji. Kraj ten jest oskarżany przez organizacje ekologiczne
broniące… małp – o wycinanie lasów tropikalnych. Lobbing ekologów z takich
organizacji jak Fundacja Orangutana okazał się na tyle silny, że lewackie i
zielone frakcje europarlamentarzystów zaczęły na serio rozważać wprowadzanie
odpowiednich regulacji protekcjonistycznych.
Wprowadzenie ekologicznego znakowania będzie miało dużo większe konsekwencje,
niż przewidują ekolodzy. Przede wszystkim otworzy furtkę do kontrolowania całych
łańcuchów dostaw przez skrajnych ideologów ochrony środowiska. Poprzez rozmaite
certyfikaty i oznaczenia typu "bio", "eco" czy "fair trade" możliwe jest ręczne
sterowanie każdym etapem produkcji, dystrybucji i sprzedaży. Jest to
marksistowskie centralne planowanie w czystej postaci, bez mechanizmu
konkurencji oraz należytej informacji cenowej. Tworzy się kolejną biurokrację
typu ISO, zmuszając firmy do poddania się określonym standardom. Ponadto
niewykluczone, że o przyznawaniu ekologicznych certyfikatów będą kiedyś
decydowały tak zideologizowane organizacje, jak Greenpeace czy WWF.
Oczywiście naiwnością byłoby sądzenie, że tego typu organizacja produkcji i
sprzedaży przyczyni się do rozwiązania problemów społecznych typu głód w krajach
Trzeciego Świata czy zwiększy bezpieczeństwo produktów sprzedawanych w Europie.
Jak można się spodziewać, ekologiczna certyfikacja spowoduje, że duże korporacje
będą narzucały swoim dostawcom jeszcze gorsze warunki współpracy niż dotychczas.
Przymusowe oznakowanie spowoduje ponadto wzrost cen produktów żywnościowych, a
europejskim konsumentom ograniczy dostęp do tańszej żywności importowanej.
Efektem może być dalszy wzrost cen żywności na rynkach międzynarodowych i
większy głód na świecie wskutek kolejnej fali protekcjonizmu, tym razem
motywowanego argumentami ochrony środowiska.
Trzeba mocno i wyraźnie zaznaczyć, że wprowadzanie obowiązkowych informacji
środowiskowych na produktach ma charakter wybitnie ideologiczny i ekonomiczny, a
nie humanitarny czy praktyczny. Oddanie władzy nad rynkiem w ręce organizacji
reprezentujących skrajne poglądy ekoterrorystyczne i lewackie jest nadzwyczaj
ryzykowne.
Głównymi promotorami wprowadzenia obowiązkowych naklejek są takie firmy, jak
Unilever czy Procter&Gamble. Używanie wyłącznie certyfikowanych produktów, np.
oleju palmowego, od określonych dostawców zapowiedziały od 2015 r. McDonalds,
Walmart i Nestle. Jeśli ktokolwiek wyjdzie z tej wojny zwycięsko, to na pewno
nie Bogu ducha winni biedacy z Czarnej Afryki, bo o nich biurokraci troszczą się
najmniej, ale największe korporacje mające środki na dostosowanie się do
każdych, nawet najbardziej absurdalnych standardów.
Dr Tomasz Teluk
Autor jest prezesem Instytutu Globalizacji (www.globalizacja.org).
