Zawsze można było na niego liczyć

Przemysław Gosiewski pozostanie w mojej pamięci jako człowiek pełen
energii, świetny organizator o silnej woli. Ale przede wszystkim jako dobry
człowiek o wielkim sercu, wrażliwym na ludzkie troski.

Był wymagający wobec współpracowników, jednak najwięcej wymagał od siebie.
Kiedyś się śmialiśmy, że to on zawsze gasi światło – bo zawsze wychodził
ostatni, po swoich pracownikach. Poznałem Przemka w 1991 roku, gdy był szefem
zespołu organizacyjnego Porozumienia Centrum, a ja studentem zainteresowanym
polityką. Współpracowaliśmy później przez lata. W życiu nie spotkałem nikogo
bardziej pracowitego i lepiej zorganizowanego. Mimo wielu zajęć zawsze miał czas
na rozmowę, na spotkanie. Działał w podziemnym NZS, w „Solidarności”. Wówczas to
spotkał Lecha Kaczyńskiego. Skuteczność w działaniu Przemka stała się
legendarna. Po wyborach prezydenckich w 1990 roku o stanowisko przewodniczącego
NSZZ „Solidarność” ubiegało się dwóch kandydatów: Lech Kaczyński i Marian
Krzaklewski. Powszechnie mówiło się wtedy, że gdyby nie zabroniono Przemkowi
rozmów z delegatami, Krzaklewski by nie wygrał. W 1995 roku w kampanii
prezydenckiej Porozumienie Centrum wysunęło kandydaturę prezesa NIK Lecha
Kaczyńskiego. Bez trudu, w krótkim czasie, dzięki Przemkowi zebraliśmy 100 tys.
podpisów poparcia. Jego olbrzymim sukcesem było także zbudowanie praktycznie od
fundamentów dużej i sprawnej organizacji Prawa i Sprawiedliwości w województwie
świętokrzyskim, gdzie wcześniej dominował SLD. Już w 2005 r., a potem w 2007 r.
to Prawo i Sprawiedliwość uzyskało największe poparcie w tym województwie. Nikt
nie ma wątpliwości, że to zasługa Przemysława Gosiewskiego.
W słowniku
Przemka nie istniały bowiem słowa: „niemożliwe”, „nie można”. Dla niego wszystko
było możliwe. Nie istniały drzwi, których nie można było otworzyć. W naszym
środowisku znana jest taka anegdota: prezes Jarosław Kaczyński wzywa do siebie
Przemysława Gosiewskiego i mówi mu, że z ramienia partii zajmie się województwem
świętokrzyskim. Przemek zapytał wtedy prezesa, ilu ma tam naszych ludzi. Prezes
miał mu odpowiedzieć, że on jest pierwszy. Niedługo po tej rozmowie województwo
świętokrzyskie stało się bastionem Prawa i Sprawiedliwości. Często z dumą
podkreślał, że komitety naszej partii istnieją w 98 procentach gmin w tym
województwie. Przeciwnicy polityczni i niektóre media bardzo niesprawiedliwie
wypominały mu sprawę stacji kolejowej we Włoszczowie. On zawsze powtarzał:
„Niech się śmieją, niech kpią, a ode mnie pomocy w tej sprawie chcieli moi
wyborcy. Ich zdanie jest dla mnie wiążące”. Potrafił rozmawiać z ludźmi,
przekonywać ich do swoich poglądów, zachęcać do wspólnej pracy. Prywatnie był
człowiekiem z poczuciem humoru, barwnie opowiadał anegdoty. Doskonale znał
historię Polski – często swoim współpracownikom przypominał ważne daty,
nazwiska. Mówił, że choć ostatecznie wybrał prawo, długo zastanawiał się nad
studiami historycznymi.
Prawo jednak pokochał, pasjonowało go. Wśród jego
najbliższych współpracowników było wielu młodych i zdolnych prawników. To on
zainicjował działania na rzecz otwarcia zawodów prawniczych i przygotowania
prawa antykorupcyjnego. Zawsze powtarzał: „Ignorantia iuris nocet” –
nieznajomość prawa szkodzi. A on chciał pomagać, szerzyć wiedzę prawniczą,
ułatwić dostęp do niej. Pasjonowała go turystyka. Na studiach był przewodnikiem
turystycznym, często opowiadał o historii i zabytkach różnych rejonów naszego
kraju. Szczególnie pasjonowała go architektura sakralna. Wypoczywał, zwiedzając.
Ostatnie wakacje spędził w Szwajcarii. Z wielkim przejęciem o tym opowiadał, był
urzeczony szwajcarskimi krajobrazami. Dbał o swoich współpracowników i pamiętał
o nich. Gdy któryś z nich miał imieniny bądź urodziny, zawsze troszczył się, by
były należycie obchodzone. Zazwyczaj wyglądało to tak, że zwoływał pracowników
klubu parlamentarnego do sali obok swojego gabinetu, a tam czekały ciastka,
prezent i kwiaty dla solenizanta czy jubilata. To była bardzo miła tradycja.
Zbliżała ludzi, pomagała w codziennych kontaktach. Przemek był bardzo
wymagający, ale nie surowy. Dla najbliższych współpracowników był jak ojciec –
często zresztą zwracał się do nich: „dziecko”, „dziecinko”. Jego współpracownicy
to w ogromnej większości młodzi ludzie, Przemek w codziennej pracy starał się
ich również wychowywać, uczyć. Potrafił docenić rzetelną pracę i poświęcenie.
Cenił ludzi mądrych, potrafił ich słuchać. Miał mnóstwo znajomych. Był otwarty i
serdeczny, bardzo wrażliwy na drugiego człowieka, na jego krzywdę. Zawsze można
było na niego liczyć. Wbrew wielu opiniom był człowiekiem konsensusu,
porozumienia. Swoich oponentów szanował i starał się rozumieć ich rację.
Nie
lubił latać. Zawsze unikał samolotów. Ostatnim razem także niespecjalnie się
cieszył, że będzie musiał do niego wsiąść. Ale chciał być z panem prezydentem w
Katyniu w tym szczególnym dniu…

 
Mariusz Błaszczak, rzecznik Klubu
Parlamentarnego PiS

drukuj