Zatrute owoce rządów Platformy

Reakcja głównych mediów na mord w biurze Prawa i Sprawiedliwości w Łodzi
bliźniaczo przypomina ich reakcję na katastrofę w Smoleńsku. Jak wtedy, tak i
teraz najpierw padają krótkie słowa ubolewania, a zaraz potem – zamiast
rzeczywistego wyjaśnienia przyczyn zdarzenia – sprzeczne informacje
zaciemniające realia sprawy oraz wezwania do zaniechania wzajemnej agresji
przeplatające się ze wskazywaniem winnych wśród ofiar – w obozie PiS.
Nieposłusznym lub zbyt dociekliwym próbuje się kneblować usta oskarżeniem o
"mowę nienawiści".

Jak Smoleńsk w propagandzie PO miał być wyłącznie okazją do polsko-rosyjskiego
pojednania, tak Łódź ma ilustrować, do czego prowadzi niezgoda w polityce.
Wiadomo, że cokolwiek by powiedzieli ludzie PO o "dorzynaniu watahy" – niezgodę
sieje tylko Jarosław Kaczyński. W narracji PO to on odpowiada za atak na biuro
PiS w Łodzi, podobnie jak Lech Kaczyński za katastrofę w Smoleńsku.
Nieprzekonanym co do przyczyn mordu w Łodzi serwuje się cytaty z wypowiedzi
polityków opozycji. Mówi się o tym, co oni powiedzieli. O tym, że w Łodzi zginął
człowiek, się nie mówi. Dlaczego?
Dlatego że mord łódzki – podobnie jak Smoleńsk – jest lustrem, w którym PO może
zobaczyć prawdziwe oblicze swoich rządów. Pod rządami Platformy spadają samoloty
z dowódcami Wojska Polskiego i znienawidzonym przez ludzi PO prezydentem Polski.
Działacze demokratycznej opozycji mordowani są w swoich biurach. Tymczasem w
prorządowych mediach nie mówi się o tych faktach, tylko o tym, co który z
polityków powiedział. Lepiej nie patrzeć na rzeczywistość, jaka jest – bo
strach! Za to można do woli oburzać się na słowa, bo to doskonały temat
zastępczy. Lepiej obwiniać ofiary – że prowokowały sprawcę – niż spojrzeć sobie
samemu w oczy. Tego typu mechanizmy znane są psychologii jako mechanizmy
obronne: racjonalizacja, wyparcie winy. Głosiliśmy przez lata, że PiS to
nienawistnicy, a tu działacz PiS ginie z ręki zabójcy, który chciał "zamordować
Kaczyńskiego". Nie, to nie myśmy popchnęli do działania tego zabójcę swoją
propagandą – to samo PiS go sprowokowało…
Dlatego im więcej wezwań do zaniechania nienawiści wygłoszą ludzie PO, tym
więcej złości będzie się lęgło w ukryciu. Żeby zakrzyczeć w sobie dysonans
między faktami, a ich interpretacją, zaprzeczyć temu, co wszyscy widzą,
udowodnić sobie i innym, że w gruncie rzeczy to samo PiS jest winne zamachu na
swój lokal. Trzeba bowiem założyć, że Prawo i Sprawiedliwość jest jeszcze
gorsze, niż się dotąd wydawało. W ten sposób nienawiść do politycznych
przeciwników podnosi się tylko o stopień wyżej. Stąd zalewająca nas dziś fala
twierdzeń o antykonstytucyjnym i antysystemowym charakterze opozycji, wezwań do
jej delegalizacji, izolacji itp.
Tymczasem już dotychczasowa propagandowa gra PO i jej satelitów na
zdemonizowanie obrazu opozycji wydała zatrute owoce. Mord w Łodzi jest jednym z
nich. Drugim, a pierwszym chronologicznie, jest wyłonienie się w obozie rządowym
skrzydła radykalnego w postaci ruchu Palikota. Pozbawione hamulców szczucie na
przeciwnika już wcześniej spowodowało więc skutki uboczne w organizmie samej PO.
Dalsze napędzane psychologicznie obciążanie PiS odpowiedzialnością za całe zło,
w tym także pośrednią odpowiedzialnością za atak na łódzkie biuro, mimowolnie
(?) wspiera skrajne oceny głoszone wcześniej przez Palikota i wzmacnia jego
pozycję na przyszłość. Raz rozkręconej spirali agresji nie da się już zatrzymać.

Powrót "układu"
Można jednak zapytać – i to jest pytanie zasadnicze – dlaczego w ogóle ją
rozkręcono. Specjaliści od tego, co kto powiedział, będą się przerzucać cytatami
i spierać o to, kto zaczął wojnę na słowa. Do niczego to jednak nie prowadzi,
prócz kolejnych pyskówek, a zaciemnia sedno rzeczy, które tkwi nie w słowach,
tylko w interesach.
Przypomnijmy, że do wyborów w 2005 roku PO i PiS szły dość zgodnie, zapowiadając
stworzenie koalicji PO – PiS. Był to jednak czas, kiedy PO na podstawie sondaży
sądziła, że w koalicji z PiS będzie miała większość. Kiedy okazało się, że
zwycięzcami wyborów są Lech Kaczyński i PiS, nastąpiły telewizyjne
pseudonegocjacje koalicyjne zakończone zerwaniem rozmów przez PO. Wcześniej PiS
było warunkowo akceptowane jako potencjalny koalicjant mniejszościowy. Kiedy
jednak okazało się, że może wygrać wybory i sprawować władzę, nie można go już
było tolerować. Słabe, piastujące niektóre urzędy, ale pozbawione inicjatywy
rządowej Prawo i Sprawiedliwość mogłoby wegetować w roli przystawki PO, tym
bardziej że Platforma mogłaby je rozgrywać we współpracy z mediami. Ale PiS
likwidujące WSI, zakładające CBA, wracające do lustracji okazało się
przeciwnikiem tego samego rodzaju co rząd Jana Olszewskiego z lat 1991-1992.
Toteż w latach 2005-2007 zastosowano wobec niego te same środki – tylko w
większych dawkach: obstrukcję, wojnę psychologiczną i pomówienia. To trwa do
dzisiaj, ponieważ PiS potencjalnie ma nadal możliwość wyborczego zwycięstwa. A
więc agresja propagandowa i słowna nie wynika ze względów ambicjonalnych, tylko
jest wyrazem realnego konfliktu interesów i obawy przed powrotem tej partii do
władzy.
Aktualny konflikt interesów swoimi korzeniami sięga Okrągłego Stołu i wczesnych
lat transformacji. To wtedy ukształtował się system określający te poglądy,
które trzeba głosić, żeby móc w Polsce piastować urzędy, otrzymywać kredyty
bankowe na działalność gospodarczą, pracować w mediach publicznych i na
uczelniach, cieszyć się prestiżem społecznym i awansować. Są to, jak wiadomo,
poglądy oparte na liberalno-lewicowej poprawności politycznej, obejmujące
amnezję historyczną dotyczącą lat komunizmu, postawę antylustracyjną, krytyczny
i selektywny stosunek do tradycji narodowej itp. Głosili je wspólnie przez
ostatnie 20 lat partnerzy okrągłostołowych porozumień oraz ich młodsi
protegowani. Tylko między nimi miała się toczyć gra polityczna, tylko oni uznali
się za uprawnionych do reprezentowania Polski, bogacenia się na prywatyzacji i
zmieniania się przy władzy w ramach procedur demokratycznych. Antykomunistów i
zwolenników całkowitego zerwania z systemem władzy PRL objęto zasadą
marginalizacji i wykluczenia, w imię bezpieczeństwa komunistycznej nomenklatury
oraz nienaruszalności uprzywilejowanej pozycji jej sojuszników z dawnego obozu
"Solidarności".
Układ ten przechodził w III RP różne metamorfozy, ale nie zmienił się w swej
istocie. Od kilkunastu tygodni, pod rządami prezydenta Komorowskiego, przeżywa
on swój prawdziwy renesans. W jego obrębie zamykają się wszystkie prezydenckie
nominacje, poczynając od tych, których Bronisław Komorowski dokonał jeszcze jako
pełniący obowiązki głowy państwa marszałek Sejmu. Na jego życzenie dokonuje się
usuwanie z mediów publicznych nieprawomyślnych dziennikarzy i programów. Media
publiczne niemal w całości przyjęły już charakter jednolitofrontowy w
eliminowaniu i zwalczaniu PiS. Chodzi o to, żeby maksymalnie osłabić tę partię
przed zbliżającymi się wyborami parlamentarnymi. Zauważono bowiem, że na ogół
PiS zyskuje poparcie w czasie kampanii, a jego notowania sondażowe spadają w
okresach międzykampanijnych. Po nerwowych dla PO do ostatniej chwili wyborach
prezydenckich postanowiono więc tym razem nie czekać na kolejną kampanię, tylko
sprawę załatwić od razu: tak zdyskredytować i osłabić przywództwo PiS, żeby
spowodować wielki odpływ jego elektoratu jeszcze przed wyborami. W tym celu
rozpoczęto grę na podziały wewnętrzne, zainwestowano w kreowanie pozytywnego
wizerunku osób skonfliktowanych z partią, potencjalnych odstępców, przede
wszystkim zaś bez przerwy szczuto, judzono i podgrzewano atmosferę histerii
wokół osoby jej prezesa.

Cena rządów PO
Taka jest polityczna geneza zbrodni łódzkiej. Fakt ten budzi konsternację w
elektoracie PO, który ma o sobie samym inne wyobrażenie i nie spodziewał się
zapewne, że ktoś taki jak Ryszard C. pojawi się po jego stronie barykady. Toteż
elektorat PO z jednej strony przekonuje się głosami publicystów i autorytetów
naukowych, że za akcję mordercy odpowiada agresywny język polityki
zapoczątkowany rzekomo przez PiS, z drugiej strony uspokaja się go porannym
zapalaniem zniczy przez prezydenta i premiera w Łodzi oraz hurtowym otaczaniem
ochroną polityków różnych opcji pod wpływem nagłego wysypu wiedzy o ich
zagrożeniu, o którym jeszcze tydzień temu nikt się nawet nie zająknął. Chodzi o
to, żeby kolejny skandal pod rządami PO – jak zwykle – utonął w szumie
informacyjnym. Żeby – jak w sprawie Smoleńska – nikt nie poniósł żadnej
odpowiedzialności i żeby skołowana opinia publiczna nadal ekscytowała się
rzekomymi wadami PiS, które co prawda na nic już nie ma wpływu, ale które wraz
ze swoim elektoratem ma jeszcze i tak zbyt duży potencjał polityczny.
Ludziom, którzy po Smoleńsku i po Łodzi nadal uważają, że największym
nieszczęściem Polski jest działalność Jarosława Kaczyńskiego oraz istnienie jego
partii, należy ukazywać cenę, jaką Polska płaci po 2007 roku za ich decyzje
wyborcze. Przecież to nie Kaczyński zadłuża dziś państwo i zapowiada ustawy
rujnujące służbę zdrowia i uniwersytety – ustawy, przeciwko którym protestują
dziś te same korporacje, które jeszcze nie tak dawno wynosiły do władzy ekipę
Donalda Tuska. To nie za rządów PiS doszło do serii niewyjaśnionych katastrof w
lotnictwie wojskowym i nie PiS zlikwidowało polskie stocznie, negocjując ze
słynnym inwestorem katarskim. To Platforma ma na swoim koncie aferę hazardową
oraz dymisję i postawienie przed sądem szefa CBA za to, że ją wykrył. To
Platforma zamiast liberalizmu i "przyjaznego państwa" funduje kolejne dziesiątki
tysięcy etatów w administracji państwowej, a zamiast rurociągu Odessa – Brody –
Płock rosyjsko-niemiecki Nord Stream przecinający nasz tor wodny do Świnoujścia.
Rzeczywistość, wbrew pozorom, jest sprawiedliwa aż do bólu, to znaczy każdy
wcześniej czy później dostaje to, na czym mu bardziej zależy. Kto uważał, że "w
naszym zaściankowym społeczeństwie najważniejsza jest edukacja", i w 2007 roku
postawił na ekipę światłych Europejczyków, temu Platforma zabierze teraz z domu
sześcioletnie dziecko do brudnej i niedogrzanej w zimie szkoły. Kto się lękał
"katolicyzmu zamkniętego" Radia Maryja i przyłączał się w jego krytyce do
"otwartych" dziennikarzy "Gazety Wyborczej", ten ma krzyż z puszek po piwie na
Krakowskim Przedmieściu i wiece Palikota. Kto w 2007 roku jako lekarz czy
pracownik naukowy wolał rozkład państwa niż dalsze trwanie rządów PiS, ten
dostaje to, co wolał, z rozkładem własnego środowiska zawodowego na okrasę.

Potrzebna komisja śledcza
W taki krajobraz postępującej zapaści wpisuje się zbrodnia łódzka. W mediach od
razu przyjęto, że jest ona indywidualnym aktem szaleńca, i nikt nie rozważa
nawet możliwości, iż mogła za tym stać jakaś zorganizowana akcja. Podobnie 10
kwietnia od razu założono, że katastrofę smoleńską spowodowali piloci, a
dyskutowanie innych hipotez ochrzczono mianem teorii spiskowej. Skoro morderca
wykrzykiwał do kamery, że chciał zabić Jarosława Kaczyńskiego, to powstaje
pytanie, co robił w Łodzi i dlaczego w ogóle nie zaatakował swego największego
wroga. Przecież w ostatnich tygodniach prezes PiS wielokrotnie pojawiał się
publicznie, choćby w czasie ulicznych manifestacji. Może więc zbrodnia łódzka
miała być dla niego ostrzeżeniem? Żeby przestał się pokazywać publicznie? Albo
żeby pomyślał, że ewentualność zamachu też jest przez kogoś brana pod uwagę?
Data ataku łódzkiego, związana z rocznicą mordu na ks. Jerzym Popiełuszce,
wyglądałaby w takim wypadku na zamierzoną, czytelną aluzję. To oczywiście tylko
teoretyczne przypuszczenia. Ale liczba nieukaranych zabójstw politycznych w
Polsce lat 80., którymi zajmowała się tzw. komisja Rokity, teorią już nie jest.
W tej sytuacji pierwszym krokiem do jakiegokolwiek pojednania między zwaśnionymi
stronami powinno być powołanie wspólnej parlamentarnej komisji do zbadania
sprawy łódzkiej pod przewodnictwem przedstawiciela PiS, na dowód, że nikt nie ma
w tej sprawie nic do ukrycia. Takie wiarygodne dla opozycji śledztwo
parlamentarne mogłoby stanowić dziś przyczółek do odbudowy choćby minimalnego
zaufania między obozem rządzącym a PiS. Jeśli sprawy nie potoczą się w tym
kierunku, obecny podział sceny politycznej jeszcze bardziej zaostrzy się i
utrwali.
 

Prof. Andrzej Waśko
 

Autor jest historykiem literatury, publicystą, pracownikiem naukowym
Uniwersytetu Jagiellońskiego i Wyższej Szkoły Filozoficzno-Pedagogicznej "Ignatianum"
w Krakowie.

drukuj