Zasługi nienagrodzone przez ludzi
Wielu ludzi wspomina dziś ks. prałata Henryka Jankowskiego. Niektórzy
podkreślają przy tym, że kapelan "Solidarności" miał "dwa oblicza". Ci mówią
chyba raczej o sobie lub o swoich przewinieniach wobec kapelana
"Solidarności"…
Ksiądz Jankowski był zawsze sobą. Także wtedy – a może szczególnie wtedy – gdy
nie spełniał oczekiwań nowych elit co do "poprawności" wypowiadanych opinii i
sądów.
Ze Starogardu do Gdańska
Wychował się w Starogardzie Gdańskim, gdzie przyszedł na świat 18 grudnia 1936
r. w rodzinie Jadwigi i Antoniego. To była wielodzietna rodzina o tradycjach
kupieckich. Miał siostrę bliźniaczkę Irenę, zwaną w rodzinie Iką, która do dziś
mieszka w Starogardzie. Kochał swoje miasto, chętnie do niego wracał, w lipcu
1981 r. przywiózł tu na spotkanie z mieszkańcami Lecha Wałęsę. Prowadził to
spotkanie na miejskim stadionie wypełnionym ludźmi, był bardzo szczęśliwy. W
Starogardzie kończył szkołę średnią, a przedtem służył do Mszy św. jako
ministrant w kościołach św. Mateusza i św. Wojciecha. W tym pierwszym był
ochrzczony przez ks. Antoniego Henryka Szumana, postać przewodnią trwającego
obecnie procesu beatyfikacyjnego 122 męczenników czasu II wojny światowej. Już
wtedy Sługa Boży ks. Henryk (używał drugiego imienia) żył w pamięci
starogardzian jako człowiek święty, męczennik zamordowany przez wrogów pod
drzwiami kościoła. To mogło mieć decydujące znaczenie dla wyboru przez młodego
Henryka Jankowskiego drogi życia, choć nastąpiło to po długim namyśle. Wstąpił
do Seminarium Duchownego w Gdańsku w roku 1958. Święcenia kapłańskie otrzymał 21
czerwca 1964 r. z rąk ks. bp. Edmunda Nowickiego. Bardzo szybko dał się poznać
jako kapłan obowiązkowy, dobrze organizujący swój czas i pracowity, mający duży
wpływ na wiernych. Okres wikariuszowski trwał tylko sześć lat, w gdańskich
parafiach Ducha Świętego i św. Barbary. W wieku 34 lat ks. Henryk Jankowski
został proboszczem parafii św. Brygidy w Gdańsku, na terenie której znajdowała
się Stocznia Gdańska im. Lenina.
Sanktuarium narodowe
W roku 1970 kościół św. Brygidy mógłby służyć za muzeum II wojny światowej. Tak
jak wszystkie świątynie w centrum Gdańska był spalony i zdewastowany – zarówno w
trakcie działań wojennych, w marcu 1945 r., jak i po "wyzwoleniu", gdy żołnierze
sowieccy wrzucali do wszystkich gdańskich kościołów wiązki granatów lub
podpalali je, czasem razem z ludźmi, np. w kościele św. Józefa.
W ciągu kilku lat ks. Jankowski, dzięki swojej niespożytej energii, podniósł
świątynię z ruin i uczynił ją jednym z najpiękniejszych kościołów w mieście. To
kościół, w którym ludzie się modlą, ale do którego przybywają też, by
kontemplować historię swojego Narodu. To prawdziwe sanktuarium, z licznymi
inskrypcjami odnoszącymi się do najnowszej historii Polski. Przechodząc od
tablicy do tablicy, rodzice mogą przedstawić swojemu dziecku pełny wykład z
najnowszej historii kraju. W tym kościele "Solidarność", za sprawą ks. Henryka,
nigdy nie umarła, nawet w stanie wojennym. Szczególnie wtedy…
Kapelan "Solidarności"
Gdy w sierpniu 1980 r. wybuchł w stoczni wielki strajk, ks. Jankowski gotów był
do posługi kapłańskiej dla strajkujących. Duchowo był z nimi już od lat. Na
terenie jego parafii ciągle wspominano bowiem Grudzień 1970 roku. Już w roku
1977 – jeszcze przed pamiętnymi manifestacjami Wolnych Związków Zawodowych pod
bramą stoczni (1978 i 1979) – ks. Jankowski odprawił w swoim kościele Mszę św. w
intencji ofiar Grudnia. Będzie o nich zawsze pamiętał. Ale nie tylko o nich.
Grudzień 1970 r. widział jako jeden z kamieni milowych na drodze Polaków do
wolności. W kościele św. Brygidy znajdą schronienie i pomoc także inni wędrowcy
na tej drodze. Zawsze w sierpniu spotykają się tu żołnierze wileńskich brygad
Armii Krajowej.
W niedzielę, 17 sierpnia 1980 r., ks. Henryk Jankowski odprawił na terenie
stoczni Mszę św., która miała decydujące znaczenie dla utrzymania strajkujących
w przekonaniu, że nie należy opuszczać stoczni bez spełnienia przez
komunistyczne władze wszystkich postulatów. Nie tylko tych socjalnych.
W stanie wojennym – gdy wielu z nas traciło nadzieję i wiarę w lepszą przyszłość
– ks. Jankowski uczynił z kościoła św. Brygidy prawdziwy bastion wolności.
Nikomu z późniejszych krytyków poczynań księdza jakoś nie przeszkadzało, że
"Kościół miesza się do polityki"… Sami z tego obficie korzystali. Później
szybko zapomnieli i niewielu było takich, którzy bronili kapłana, gdy takiej
obrony bardzo potrzebował.
Lista ludzi, którym ks. Jankowski pomógł przetrwać duchowo i materialnie w
latach 80. i którzy dali temu publiczne świadectwo, jest bardzo długa. Teraz, po
śmierci kapłana, powinna powstać jak najszybciej taka księga pamięci, bo ks.
prałat Henryk Jankowski nie zasłużył sobie na to, by pozostawać w pamięci
rodaków takim, jakim go przedstawiono na fałszywym obrazie stworzonym przez
ludzi zawistnych, pozbawionych umiaru i poczucia sprawiedliwości.
Świadectwa
Potrzebne są sprawiedliwe świadectwa, takie jak to wygłoszone w dniu śmierci
księdza przez działacza związkowego Jerzego Borowczaka: "Ksiądz Henryk Jankowski
był moim prawdziwym przyjacielem, takim z krwi i kości. Otrzymałem od niego
wiele pomocy i podczas stanu wojennego, kiedy straciłem pracę, i wtedy gdy
ożeniłem się. Dawał mi ślub, chrzcił moje dzieci i był ojcem chrzestnym mojego
najmłodszego syna, Marcina. I ja go też nigdy nie opuściłem, do ostatnich dni z
nim byłem".
Ilu z nas może to powiedzieć? I czy prawdą jest to, co słyszymy w ostatnich
dniach, że ks. Jankowski "zmienił się", że "miał dwa oblicza"? A może to myśmy
się zmienili i dlatego już go nie rozumieliśmy?
Piotr Szubarczyk
