Zamach na dziedzictwo „Solidarności”
Z dr. Danielem Wicentym, socjologiem z Uniwersytetu Gdańskiego, rozmawia
Bogusław Rąpała
Dlaczego przedstawiciele partii rządzącej, którzy przy każdej okazji
podkreślają, że wywodzą się z "Solidarności", zostali wygwizdani podczas
obchodów 30-lecia tego związku?
– Istnieją problemy, w których związkowcy mają swoje racje odmienne od
rządowych, przykładowo różnią się w ocenie czynników, które sprawiły, że
przemysł stoczniowy w Polsce praktycznie nie istnieje, a ich postulaty nie są
uwzględniane. Chciałbym również zwrócić uwagę na fakt, że obecna ekipa rządząca
podejmowała w przeszłości próby narzucenia pewnych definicji dotyczących postaci
i wydarzeń historycznych. Jest to szersze zjawisko podkopywania autonomii badań
naukowych, przede wszystkim historycznych. Było to szczególnie widoczne w
momencie ukazania się książki "SB a Lech Wałęsa" autorstwa Sławomira
Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka. A na dobrą sprawę jeszcze przed jej ukazaniem
się, kiedy to politycy publicznie recenzowali to opracowanie historyczne, czasem
przyznając się, że książki nawet nie czytali, ewentualnie, że ją tylko
przeglądali. Towarzyszył temu wyraźny przekaz – pewne osoby wyłączamy spod
krytycznego osądu naukowego. Przypomnę tylko, że wolność badań naukowych wpisana
jest do naszej Konstytucji.
Może jeszcze słowo o wystąpieniu Henryki Krzywonos. Niewątpliwie odegrała ważną
rolę w sierpniowym strajku. Jest to jednak kwestia, która wchodzi w pole badań
historycznych. Jeśli zaś idzie o współczesne wydarzenia polityczne, to korzenie
solidarnościowe bądź krzywdy doznane w komunistycznym reżimie nie powinny być
żadnym argumentem za tym, żeby traktować kogoś mniej lub bardziej poważnie. Ten
polityczny rodowód powinien podlegać głównie ocenie historycznej. Przerzucanie
się argumentami, kto ile dni spędził w Stoczni Gdańskiej podczas Sierpnia jest
niepoważne. Wystąpienie pani Krzywonos było, jak utrzymuje, spontaniczne. To
jednak symptomatyczne, że w ciągu 24 godzin staje się gwiazdą internetu. Nie
wiem, w jakim stopniu ma ona świadomość, że stała się także instrumentem
politycznym.
Czy nie mamy dziś do czynienia z próbą zawłaszczenia idei solidarnościowych i
historii "Solidarności" nie tylko przez partię rządzącą?
– Ze zdumieniem obserwuję, że niektórzy prominentni działacze PZPR, którzy w
latach 80. stali po zupełnie innej stronie, dziś również poczuwają się do
dziedzictwa "Solidarności". Były pierwszy sekretarz Komitetu Wojewódzkiego w
Gdańsku Tadeusz Fiszbach pisze wręcz, że czuje się "dziedzicem" "Solidarności".
To brzmi dość śmiesznie, ale jest groźne dla kształtowania pamięci historycznej
o tamtym czasie. Bo gdyby tego typu wypowiedzi pozostawić bez żadnego
komentarza, to za 50 lat może się okazać, że okres od 1945 do 1989 r. będzie
nazywany okresem rządów partii socjaldemokratycznej. Nie będzie mowy o żadnym
komunizmie, o PZPR ani o innych złowrogich instytucjach. To, co dzisiaj wydaje
się kuriozalne, czyli wypowiedzi takich ludzi jak Fiszbach czy ostatnio
Stanisław Ciosek w jednej z komercyjnych telewizji, za jakiś czas może stanowić
ważny element zupełnie "wykoślawionej" pamięci historycznej, niezgodnej z
faktami i odczuciami uczestników tamtych wydarzeń.
Czy, Pana zdaniem, w poniedziałek wydarzyło się coś bardzo gorszącego?
– Można się zastanawiać, czy doszło do naruszenia powagi urzędującego premiera,
prezydenta oraz innych znaczących postaci życia politycznego. Nie
dramatyzowałbym jednak z powodu gwizdów czy buczenia. Zjazd związku zawodowego
nie musi wyglądać jak partyjne konwentykle, gdzie wiele elementów – łącznie z
oklaskami i "kulturą zebrania" – jest wyreżyserowanych. Natomiast sam fakt, że
dochodzi do starcia poglądów, nie jest niczym nadzwyczajnym. Tak jak to już
wielu komentatorów podkreślało, "Solidarność" była i, zdaje się, nadal jest
strukturą otwartą i stwarzającą możliwości do wyrażania różnych poglądów. Z tego
punktu widzenia nie stało się nic gorszącego. Zdaje się, że premier doskonale
wiedział, dokąd jedzie i że nie będzie witany owacją na stojąco. Świadczy o tym
poniekąd jego przemówienie, wcale nie ugrzecznione i obliczone na łatwy poklask
sali. Nawiasem mówiąc, przytyk dany "Solidarności" w związku z jej liczebnością
(z 10 milionów został milion) jest delikatnie mówiąc nietrafiony, biorąc pod
uwagę, że cała PO liczy ok. 40-50 tys. członków. Poza tym związkowcy mogą mieć
do premiera żal, chociażby odnośnie do kondycji przemysłu stoczniowego. Nie jest
to więc rzecz, w związku z którą należałoby bić na alarm z powodu łamania
jakichś standardów debaty publicznej. Nie był to przykład, jak chcą niektórzy,
jakiegoś "seansu nienawiści".
Jedna z gazet skomentowała, że zjazd był "skrojony na potrzeby Śniadka i
Kaczyńskiego". Politycy partii rządzącej zarzucają "Solidarności" działania
według dyktatu PiS. W ten sposób dyskredytują związek jako ewentualnego partnera
do rozmów.
– Nie wydaje mi się, żeby poniedziałkowy zjazd został "skrojony" akurat na
potrzeby aktualnego szefa "Solidarności" czy tym bardziej Jarosława
Kaczyńskiego. To nie był teatr jednego aktora. Zostali na niego zaproszeni
przedstawiciele najwyższych władz państwowych oraz wielu innych działaczy
politycznych. Zarzuty o "chodzenie na smyczy PiS-u" są zazwyczaj bezpodstawne i
często stanowią element demonizacji partii Jarosława Kaczyńskiego. Podobnie
sytuacja ma się z Instytutem Pamięci Narodowej, który też miałby być rzekomo
przybudówką PiS. Takie twierdzenia są niesprawiedliwe, gdyż często są
gołosłowne. Sytuacja, w której związek zawodowy ma swoje sympatie polityczne,
jest naturalna. W innych krajach europejskich swoista symbioza związków z
partiami politycznymi jest czymś normalnym. "Solidarność" wychodziła poza rolę
związku zawodowego, przypomnijmy początek transformacji, w której stała się
swego rodzaju żyrantem szokowej terapii Leszka Balcerowicza, czy krótką i
burzliwą historię Akcji Wyborczej "Solidarność" (bez happy endu). Nie jest to
jednak w żadnym razie rola porównywalna z obecną sytuacją.
A może to "Solidarność", zapraszając prezydenta i premiera, chciała zwrócić w
ten sposób uwagę na to, że nie godzi się z niektórymi działaniami rządu?
– Nie wiem, jakie były intencje kierownictwa związku. Niewątpliwie jednak
"Solidarność" jako instytucja musi zabierać głos w obronie praw pracowniczych i
w innych sprawach bliskich niemałej części społeczeństwa.
To nie pierwszy raz, kiedy podczas różnych uroczystości część zebranych w ten
sposób manifestuje swoje niezadowolenie. Czy świadczy to o rosnącym
niezadowoleniu społecznym?
– Być może, ale szukanie łatwych analogii z Sierpniem �80 jest błędne. Różne
strukturalne uwarunkowania (niskie zaufanie społeczne, style życia Polaków itd.)
praktycznie uniemożliwiają powstanie takiego masowego dziesięciomilionowego
ruchu, który byłby w opozycji do władzy. Społeczeństwo polskie jest dosyć mocno
zatomizowane. Społeczeństwo obywatelskie jest słabe. Natomiast problemem rządu
Donalda Tuska i większości ekip rządzących Polską po 1989 r. jest to, że są
oderwane od problemów zwykłych ludzi w tym sensie, że szeregowi obywatele nie
mają możliwości wywarcia realnej presji na swoich wybrańców, a więc pośrednio
także na działanie rządu. Nie ma potrzebnych do tego mechanizmów ani instytucji.
Jeśli społeczeństwo nie ma możliwości wyrażenia i egzekwowania swoich interesów,
bo taką formą z pewnością nie jest oddanie lub nieoddanie głosu raz na cztery
lata, to nie ma mowy o żadnym dialogu między władzą a społeczeństwem. Tym
bardziej ważne jest istnienie takich instytucji jak związki zawodowe, a więc
także "Solidarności". Dzięki nim przynajmniej część społeczeństwa może wyrazić
swoje zdanie lub niezadowolenie wobec takich czy innych działań rządzących.
Sądzi Pan, że reakcja zebranych na sali związkowców była właśnie taką
reakcją?
– Nie chciałbym temu przypisywać jakiegoś przesadnego znaczenia, bo trzeba
pamiętać, że kontekst tego wydarzenia był wyjątkowy – 30. rocznica powstania
"Solidarności". Ta sytuacja jest trochę sztuczna ze względu na dosyć spore,
przynajmniej chwilowe, zainteresowanie mediów samym zjazdem i sprawami
historycznymi "Solidarności". Nie jest to raczej jakiś wyraźny punkt zwrotny, w
którym społeczeństwo powiedziało dosyć mocno "nie". Zwróćmy uwagę na sondaże.
Platforma Obywatelska wciąż cieszy się sporym poparciem. Więc nawet z tego
punktu widzenia nie można mówić o jakimś większym zniechęceniu ekipą rządową w
skali ogólnokrajowej.
Czy taka niepokorna "Solidarność" jest Polsce potrzebna?
– Jak najbardziej. I nie ograniczałbym tego stwierdzenia tylko do
"Solidarności", ale do wszystkich instytucji szeroko rozumianego społeczeństwa
obywatelskiego. Chodzi o to, żeby mogły być one partnerem dla władzy, żeby
potrafiły formułować postulaty zgodne z własnymi interesami. I oczywiście
egzekwowały je. Niewątpliwie w tym kontekście "Solidarność" jest jak najbardziej
potrzebna.
Dziękuję za rozmowę.
