Zakładam, że piloci zrobili wszystko, co mogli

Z płk. rez. Mirosławem Tomaszewskim, byłym dowódcą 40. Eskadry Lotnictwa
Taktycznego w Świdwinie i byłym szefem Oddziału Użytkowania i Prób w Locie
Statków Powietrznych w Dowództwie Sił Powietrznych, rozmawia Piotr
Czartoryski-Sziler
 




Od jak dawna znał Pan
gen. Andrzeja Błasika?

– Od dość dawna, jeszcze ze szkoły w Dęblinie. Andrzej dwa lata wcześniej ode
mnie zaczął naukę w Wyższej Oficerskiej Szkole Lotniczej, która nosi obecnie
nazwę Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych. Kiedy on przechodził z
drugiego na trzeci rok, ja dopiero zaczynałem tam naukę. Później spotkaliśmy się
w Świdwinie, gdzie razem służyliśmy w 40. Pułku Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego.
Trafiłem tam z Bydgoszczy, Andrzej z Mirosławca. Po zdobyciu odpowiednich
kwalifikacji krótko pracowaliśmy razem, prowadząc grupy szkoleniowe młodych
pilotów. Z Andrzejem zetknąłem się później, podczas studiów w Akademii Obrony
Narodowej w Warszawie, gdy do niej przystępowałem, on ją kończył. Oprócz spotkań
na uczelni odwiedzaliśmy się wtedy również w tzw. domu słuchacza, gdzie mieszkał
z Ewą. Po skończeniu AON wróciłem do Świdwina, natomiast Andrzej trafił do
Dowództwa Sił Powietrznych. Tak się złożyło, że po kilku latach sam też tam
trafiłem.

Co Pan tam robił?
– Pracowałem w Szefostwie Wojsk Lotniczych. Jeśli się nie mylę, Andrzej był
wówczas szefem Oddziału Zastosowania Bojowego, ja byłem szefem Oddziału
Użytkowania i Prób w Locie Statków Powietrznych. Praca z Andrzejem w Dowództwie
Sił Powietrznych to był jednak krótki epizodzik, ponieważ już po kilku
miesiącach wyjechał on na studia do Stanów Zjednoczonych. Gdy wrócił – jeśli
dobrze pamiętam chronologię jego kariery – najpierw trafił do Poznania na
dowódcę 2. Brygady Lotnictwa Taktycznego, potem do Dęblina na komendanta Wyższej
Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych, a wkrótce do Warszawy na stanowisko dowódcy
Sił Powietrznych.

Jak się z nim pracowało?
– Kontakty służbowe były z Andrzejem zawsze doskonałe. Był konkretny, rzeczowy,
ponadto dobry pilot, dobry kolega, nie było z nim nigdy najmniejszych zgrzytów.
Z takimi ludźmi jak on dobrze się pracuje, bo zajmują się zawsze istotą sprawy.
Gdy rozmawiało się z Andrzejem w pracy o jakichś ważnych rzeczach, dotykał
najistotniejszych elementów, nigdy nie mówił o plewach, czymś nieistotnym,
dlatego robota szła sprawnie, szybko, metodycznie, a tak powinno być.

Jak Pan ocenia próbę implementowania przekazu o negatywnej roli generała
Błasika na pokładzie rządowego tupolewa?

– W swojej karierze lotniczej pilotów wojskowych przeżyliśmy niejedną
katastrofę. Bardzo szybko wypracowuje się u nas takie przekonanie i stosowanie
się do zasady, że nie odnosimy się do żadnych zdarzeń, dopóki komisja nie
przestaje pracować nad określeniem przyczyn danego zdarzenia lotniczego. Do tego
czasu dalecy jesteśmy od tego, żeby kogokolwiek za cokolwiek czynić
odpowiedzialnym. To, co się w tej chwili dzieje – w moim przekonaniu –
spowodowane jest tym, że ludziom trudno jest zachować powściągliwość. Starają
się zabierać głos niezależnie od wyników prac komisji, a ta zwykle w takich
przypadkach pracuje długo albo bardzo długo. Natomiast niezależnie od tego, co w
odniesieniu do osoby generała Błasika komisja orzecze, co by według niej nie
było przyczyną katastrofy, trzeba jasno powiedzieć, że Andrzej na pokładzie tego
samolotu był jedynie pasażerem, dowódcą rodzaju Sił Zbrojnych, to wszystko. Jako
dowódca Sił Powietrznych nie partycypuje bezpośrednio w organizacji tego lotu.

"Nasz Dziennik" ustalił, że Tu-154M o numerze bocznym 102 bez włączonego
systemu ILS na lotnisku w Powidzu i po włączeniu przycisku "uchod" poderwał się.
Fakt ten potwierdza tylko, że wina nie leży po stronie pilotów.

– Trudno mi się do tego odnieść, bo nie znam tego typu statku powietrznego, nie
dość, że wielozałogowego, to jeszcze tak dużego i ciężkiego. Nie znam także
procedur i check-listy, obowiązujących na tym samolocie. Nigdy bowiem nie miałem
większego doświadczenia w lotnictwie wielozałogowym, jedynie drobny epizod. Sam
latałem na samolotach odrzutowych, a więc poczynając od Iskry, na limach, potem
Su-7, Su-22. Dlatego nie wiem, jak się powinno na tupolewie realizować procedurę
podejścia do lądowania, jak ona była zrealizowana, jak się powinien zachować
sprzęt, bo nie znam ani tych procedur, ani tego sprzętu. Jeśli ktoś, nie będąc w
istocie specjalistą w tej dziedzinie, mieni się ekspertem w zakresie pilotowania
tego statku powietrznego, jego standardowych procedur operacyjnych
obowiązujących na pokładzie, to chylę czoła. Podkreślam – sam nie wiem, co oni
powinni zrobić, jakie czynności przedsięwziąć, żeby podejść na lotnisku z takim
wyposażeniem, jakie lotnisko w Smoleńsku posiadało. Zakładam jednak, że zrobili
wszystko, co mogli, żeby ten lot zakończył się bezpiecznie.

Wróćmy do gen. Błasika. Naczelna Prokuratura Wojskowa oświadczyła oficjalnie,
że nie ma dowodów potwierdzających hipotezę naciskową. Przez rok byliśmy jednak
bombardowani rewelacjami, jak to gen. Błasik miał wpaść do kabiny i wyrzucić z
niej pilota. Spotkał się Pan z tego typu zachowaniami gen. Błasika?

– Nie, nigdy się z takimi reakcjami nie spotkałem u Andrzeja. Ludzie się
zmieniają, ale gdyby tak miało być w jego przypadku, musiałby się bardzo
zmienić, żeby tak postępować, w taki sposób dawać upust emocjom. Nigdy takich
jego zachowań nie widziałem.

Kiedy ostatnio Pan z nim
rozmawiał?

– To był 2008 lub 2009 rok, Andrzej był już wówczas dowódcą Sił Powietrznych.
Spotkaliśmy się kilkakrotnie w jego gabinecie. To były godzinne spotkania,
raczej nie przy okazji jakichś oficjalnych spotkań. Wspominaliśmy dawne czasy,
omawialiśmy sprawy bieżące.

Jak Pan go ocenia jako
dowódcę?

– Nigdy nie pracowałem pod komendą Andrzeja Błasika, bo kiedy odszedłem z armii,
to Andrzej krótko po tym stał się dowódcą Sił Powietrznych. Nigdy wcześniej nie
było między nami zależności służbowej, że Andrzej był przełożonym, ja
podwładnym, nie mówię nawet odwrotnie. Natomiast nigdy nie słyszałem od
kogokolwiek, żeby w relacjach służbowych ze swoimi podwładnymi Andrzej wykraczał
poza dopuszczalne normy, już nie mówię żołnierza w stosunku do innego żołnierza,
lecz człowieka w stosunku do innego człowieka, nawet gdy różnią ich relacje
służbowe.

Znał Pan załogę Tu-154M, który rozbił się pod Smoleńskiem?
– Tak, co prawda moje spotkania czy to z panem Grzywną, czy panem Protasiukiem
były raczej przypadkowe, parę słów zamieniliśmy w jakimś większym towarzystwie,
ale oczywiście znałem ich z widzenia i z krótkich rozmów. Więcej wiedziałem o
panu Protasiuku niż o panu Grzywnie, jednego i drugiego jednak oceniam jako
pilotów jak najbardziej pozytywnie, szczególnie pana Protasiuka. Słyszałem o
nim, że to bardzo pryncypialny w swojej działalności człowiek, dbający o swoje
przygotowanie, kondycję, bardzo odpowiedzialny, jeśli chodzi o kwestie
przestrzegania procedur. Wiem, że o takim właśnie mjr. Protasiuku mówią też jego
koledzy. Słyszałem, że był bardzo dobrym pilotem, spokojnym, wyważonym.

Przez dłuższy czas wmawiano nam, że jest jakieś nagranie z Okęcia, na którym
widać, że gen. Błasik kłóci się z mjr. Protasiukiem. Dziś już wiemy, że to
nieprawda.

– Gdyby się to potwierdziło albo gdybym kiedykolwiek był świadkiem takiej
dyskusji między tymi ludźmi, to byłbym szczerze zdziwiony, zaskoczony i
skonsternowany tą sytuacją, bo nigdy bym ani jednego, ani drugiego nie
podejrzewał o takie zachowania. Sądzę, że nikt nie zostaje dowódcą Sił
Powietrznych z przypadku. Nikt też z przypadku nie zostaje dowódcą statku
powietrznego klasy Tu-154. Nikt nie buduje swojej kariery, nie awansuje, bo tak
to jakoś wychodzi. Kiedy miałem styczność z Andrzejem jako kolegą, gdy razem
pracowaliśmy, nie słyszałem o nim nigdy, jako o przełożonym, negatywnych opinii.

Uważa Pan, że to normalne, że ani zwierzchnik Sił Zbrojnych – prezydent, ani
dowódca Sił Powietrznych czy minister obrony narodowej nie stają w obronie
generała i pilotów?

– Naprawdę trudno jest mi zająć stanowisko w tej sprawie. Staram się – tak jak
panu powiedziałem na początku – dystansować od oceniania. Być może są tego
jakieś nieznane mi, określone powody, być może ktoś dysponuje szerszą wiedzą niż
ja, bo stoję z boku. Do momentu – daj Boże, w pełnej wersji – opublikowania
raportu komisji pana Millera, być może będę miał jakieś swoje zdanie,
niezależnie od tego, czego się tam doczytam. Ale w tej chwili – proszę mi
wierzyć – nawet w prywatnych rozmowach z kolegami zachowuję daleko idącą
powściągliwość w wyrażaniu sądów o tym, co się stało, i jak obecnie te sprawy są
komentowane. Dlaczego? Bo przy okazji tej katastrofy, jak zresztą wszystkich
katastrof, "mądrych" albo "wiedzących lepiej" jest cała masa. Na domniemanie
absolutnej niewinności zasługuje jednak każdy, bo przecież ten, kto zginął, nie
ma szansy w żaden sposób się bronić.

Jak Pan ocenia raport MAK?
– Oczekiwałbym większej obiektywności. A więc jeśli oceniamy wszystkie elementy
sprawy, które mają czy mogły mieć wpływ na tę katastrofę, to oceniamy
obiektywnie wszystkie elementy. Nie może być tak, że jesteśmy stronniczy. Raport
MAK odnosi się jednak tylko do jednej – polskiej strony, a nie odnosi się w
ogóle do strony drugiej – rosyjskiej. Mam na myśli sprawy przygotowania tego
lotniska, jego zabezpieczenia, wyposażenia, kompetencji osób funkcyjnych na tym
lotnisku. Jakiś czas temu oglądałem w telewizji program o zobrazowaniu sytuacji
w przestrzeni powietrznej na tym sprzęcie, który oni tam mieli. Trwała dyskusja,
czy osoby pracujące na wieży na Siewiernym miały możliwość precyzyjnej oceny
odległości, wysokości, a w związku z tym określenia poprawności budowania
ścieżki podejścia do lądowania przez ten samolot. Zakończyło się to tym, że
jeden mówił co innego, drugi co innego – że na takich odległościach mógłby, a na
takich już nie, że to kwestia zakłóceń etc. Zbieram takie informacje, ale też
staram się czekać, aż wypowiedzą się w tych kwestiach faktyczni eksperci. Do tej
pory zawsze uważałem za wykładnię określenia tego, co się stało, dlaczego się
stało, niekoniecznie kto zawinił – bo tym, z tego, co mi wiadomo, komisje
badania wypadków lotniczych się nie zajmują – Państwową Komisję Badania Wypadków
Lotniczych, która zajmowała się badaniem polskich statków powietrznych. Nie wiem
niestety, czy ktokolwiek bez określonych procedur na okoliczność powoływania
takiego rodzaju komisji zechce ad hoc ją powołać. Szczerze mówiąc, wątpię, żeby
taka komisja powstała.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj