Zakaz demonizowany


W najbliższy czwartek, w uroczystość Wszystkich Świętych, zamknięta będzie większość sklepów spożywczych i przemysłowych. Będzie można jednak bez przeszkód tankować paliwo, kupować leki czy też kwiaty i znicze na przycmentarnych stoiskach.

1 listopada to pierwszy dzień, gdy zostanie zastosowany ustawowy zakaz handlu w 12 najważniejszych świąt kościelnych i państwowych. Oprócz uroczystości Wszystkich Świętych sklepy będą musiały być zamykane także 11 listopada (Święto Niepodległości), w Święta Bożego Narodzenia, Nowy Rok, Wielkanoc, 1 i 3 maja, w uroczystość Zesłania Ducha Świętego (Zielone Świątki), Boże Ciało i 15 sierpnia (Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny).

Takie rozwiązanie wprowadziła ustawa o handlu przegłosowana przez Sejm V kadencji. Za była wtedy koalicja rządowa, przeciw – głównie PO i SLD. Za złamanie zakazu handlu grozi grzywna do 30 tysięcy złotych.

Ustawa, co trzeba pamiętać, jest pewnym kompromisem między przeciwnikami jakichkolwiek zakazów i ograniczeń w handlu a zwolennikami wprowadzenia całkowitego zakazu we wszystkie niedziele i święta.


Są wyjątki


W ostatnich dniach dyskusja o ustawie odżyła na nowo. Polaków straszono gigantycznymi kłopotami, jakie spowoduje nowe prawo. Chodziło przede wszystkim o to, że mają zostać zamknięte prawie wszystkie stacje benzynowe. Czynne miały być tylko samoobsługowe i te, które będzie obsługiwał jedynie właściciel lub ajent. Jeśliby rzeczywiście tak było, wówczas rzadko gdzie można by zatankować paliwo. Nic więc dziwnego, że gdy dziennikarze pytali kierowców o zdanie na ten temat, ci nie szczędzili posłom ostrych słów krytyki, zarzucając im brak zdrowego rozsądku. Padały też o wiele ostrzejsze epitety. Tymczasem cała awantura była niepotrzebna. Przecież już w momencie uchwalania ustawy tłumaczono, że nie obejmuje ona wszystkich placówek handlowych. Wystarczy przejrzeć ówczesne tytuły artykułów prasowych, nawet w gazetach niechętnych ustawie, gdzie mówiono o wyjątkach w zakazie handlu. Rzecznik głównego inspektora pracy Danuta Rutkowska-Samitowska poinformowała, że zakaz handlu nie dotyczy choćby stacji benzynowych i aptek. Są one bowiem uznawane za placówki użyteczności publicznej. Dlatego też inspektorzy pracy nie będą w tych placówkach prowadzić żadnych działań kontrolnych. W niedziele i święta wszystkie stacje benzynowe będzie można spokojnie otwierać i sprzedawać paliwo.

Mniejszy problem dotyczy aptek, bo zarówno 1 listopada, jak i w inne świąteczne dni i niedziele jest czynna tylko część z nich, w tym placówki całodobowe. Ustawa nic tu nie zmieni.

Inny ważny problem to handel zniczami, wieńcami i kwiatami, które tysiącami kupujemy właśnie 1 listopada na stoiskach przed cmentarzami. Tylko że w zdecydowanej większości są to punkty prowadzone przez jednoosobowe lub rodzinne firmy. One nie zatrudniają najemnych pracowników, więc mogą bez przeszkód handlować w każdy świąteczny dzień – ustawa im na to pozwala. Można więc zapytać: po co był cały ambaras? Czy nie po to, aby skłonić nowy parlament do unieważnienia „złej ustawy”? Trzeba mieć świadomość, że podobne działania będą na pewno podejmowane w przyszłości, bo przeciwko ustawie są zwłaszcza wielkie sieci handlowe i wielu Polaków, głównie mieszkańców dużych miast. Zapewne zwłaszcza wśród Platformy Obywatelskiej jest też spora grupa posłów, która poparłaby zniesienie ustawy o zakazie handlu.


Europa zakazuje


Po uchwaleniu sejmowej ustawy przycichła praktycznie sprawa wprowadzenia szerszego zakazu handlu, także w niedziele. Obrońcy niedzielnego handlu najwidoczniej uznali, że ta ustawa jest „mniejszym złem” i można ją zaakceptować w zamian za nierozszerzanie zakazu na inne dni. W obecnym Sejmie trudno raczej spodziewać się, aby ta sprawa wróciła, bo jesteśmy zewsząd atakowani argumentami, że zakaz handlu uderza w wolną przedsiębiorczość i jest „nieeuropejski”. Tymczasem prawda jest zupełnie inna.

Tak się złożyło, że w wielu krajach obowiązują od lat całkowite lub częściowe zakazy otwierania sklepów w niedziele i dni świąteczne. Największa swoboda jest przede wszystkim w byłych krajach komunistycznych, choć na Słowenii niedziele są wolne od handlu, a na Łotwie i Litwie sklepy są otwarte przez osiem godzin.

W starej UE sytuacja jest zróżnicowana. W Szwecji sklepy są czynne w niedziele przez kilka godzin, podobnie jest w Wielkiej Brytanii, choć akurat brytyjski rząd stopniowo luzuje zakazy. W innych państwach, jak Holandia, Włochy czy Francja, handel jest prowadzony w miejscowościach turystycznych. W innych są już ograniczenia: Włosi pozwalają na handel w 12 niedziel w roku, podobnie jest w Holandii. W Belgii można otwierać sklepy tylko przez kilka niedziel w roku, w Danii zakaz handlu nie dotyczy tylko ośmiu niedziel przed Bożym Narodzeniem, a w Luksemburgu jest w roku sześć niedziel handlowych. Z kolei w Finlandii niedziele handlowe są w okresie czerwiec – sierpień i listopad – grudzień.

Natomiast w Austrii i Niemczech otwarte są sklepy jedynie na stacjach benzynowych, lotniskach, dworcach kolejowych. Austriacy nawet w soboty zamykają sklepy już po południu. Z kolei w Niemczech władze lokalne mogą wydać zgodę na handel, ale nie więcej niż cztery niedziele w roku. Warto pamiętać, że w Niemczech zakaz handlu został zaskarżony przez lobby wielkich sieci do Trybunału Konstytucyjnego. Trybunał uznał jednak, że zakaz jest zgodny z konstytucją niemiecką, bo chroni ona niedziele i inne dni świąteczne jako czas odpoczynku i „duchowej odnowy”. Jak widać, nasze rozwiązania nie są czymś wyjątkowym w Europie, należymy nawet do krajów najbardziej liberalnych. Niepokojące jest jednak to, że niektórzy posłowie PO już mówią o tym, iż ustawa jest bublem i należałoby ją znieść.

Krzysztof Losz

drukuj