Zadymiarski „happening”

Wyborczy sukces Ruchu Palikota jest bardzo na rękę Donaldowi Tuskowi, ale
nie tylko. Także całemu szemranemu polskiemu lewactwu, sierotom po Róży
Luksemburg z ulicy Czerskiej, małym lobbies homoseksualnym, środowisku "Krytyki
Politycznej" itp. "Tarasowa" barbaria spod krzyża na Krakowskim Przedmieściu
zyskała reprezentację parlamentarną, więcej – ta reprezentacja mogła zaistnieć
głównie dzięki wyczynom "Tarasowców", jest ich najczystszą emanacją. Nie ma
najmniejszych wątpliwości, że będą się nawzajem wspierać. I nie ma najmniejszych
wątpliwości, że ich największym wrogiem będzie obudzony po 10 kwietnia 2010 r.
patriotyzm i katolicyzm polski. I że zrobią wszystko, aby go poniżyć, ośmieszyć,
i gdyby się udało – unicestwić.

To, co się rozegrało w Warszawie w dniu Święta Niepodległości, jest
doskonałą, acz bolesną ilustracją metod tego towarzystwa. Sam szatan nie
wymyśliłby lepszego scenariusza. A że ktoś go wymyślił, może nie do końca – tego
można być pewnym. I niejedna głowa nad tym pracowała.
Na kilkanaście dni przed świętem rozpoczął się zmasowany "ostrzał" medialny: w
"Gazecie Wyborczej", na internetowych forach Porozumienia 11 Listopada, nawet na
portalu kanału telewizyjnego TVP Kultura. "GW" przekonywała z właściwą sobie
troską, że Obóz Narodowo-Radykalny to Dmowski!, Dmowski to antysemita, ergo –
Marsz Niepodległości, którego współorganizatorem był ONR – to będzie
manifestacja "faszyzmu". Porozumienie 11 Listopada drukowało na swoich stronach
po niemiecku (!) zaproszenia do niemieckich lewaków, na swoim portalu kanał
telewizyjny Kultura drukował stosowne plakaciki, po protestach zdjęte. 10
listopada, w przywróconym, a nowym programie Jana Pospieszalskiego – profesor
Jan Hartman z UJ (błysnął skądinąd niebywałą ignorancją historyczną, wyłapaną
przez profesora Jana Żaryna) ukuł rewolucyjną zgoła definicję faszyzmu. Otóż
faszyzm to wedle jagiellońskiego mędrca – ustrój policyjny, autorytarny,
narodowo-katolicki! Definicja tyleż nikczemna i kłamliwa, co idealnie skrojona
na potrzeby lewactwa, szykującego się do blokady Marszu Niepodległości.
Taka była ekspozycja. W akcie pierwszym nieoceniona prezydent Warszawy wydaje
zgodę na kontrmarsz, doskonale wiedząc, co się święci. Nawet jeśli internetu nie
używa. Zdobyła doświadczenie, wydając zgodę na "happening" "Tarasowców" pod
krzyżem, którą to chamską prowokację sam wielki Donald Tusk ochrzcił właśnie
mianem "happeningu". W akcie drugim na scenę wkraczają – Marsz Niepodległości,
blokujący go "Tęczowi" i policja. Policja, która stara się nie dopuścić do
Warszawy zmierzających na marsz autokarów z Polski, zatrzymując je i przewlekle
kontrolując, beztrosko wpuszcza młodych Niemców, uzbrojonych, jak się okazało, w
pałki czy baseballowe kije. Ci mili "goście" już o godz. 12.00 spuszczają łomot
przechodniowi na Nowym Świecie, jako że "faszysta" niósł biało-czerwoną flagę,
opluwają mundur z czasów napoleońskich jednemu z członków grupy
rekonstrukcyjnej. Interwencja policji dziwnie słaba, agresorzy chronią się w
bezpiecznym azylu – kawiarni Nowy Wspaniały Świat, klubie lewackiej "Krytyki
Politycznej". Przypadek? Zapewne też przypadkiem na 200 zatrzymanych po
zajściach aż 92 to pogrobowcy Ulriki Meinhoff i Andreasa Baadera. Widownią
następnych scen jest plac Konstytucji, gdzie o godz. 15.00 miał się rozpocząć
Marsz Niepodległości. Blokujący zajmują całą szerokość Marszałkowskiej, nie
pozostawiając miejsca uczestnikom legalnej manifestacji. Policja blokuje nie
płotkami wzdłuż ulicy, ale ustawia się w poprzek, oddzielając od siebie strony.
Na placu pozostają garstki zakapturzonych postaci. Może kibice, może pospolita
chuliganeria. Rozpoczyna się walka z policją przy użyciu kamieni, koszy na
śmieci. W ruch idą armatki wodne i gazy łzawiące. Tymczasem zablokowany główny
nurt marszu alternatywną drogą zmierza na plac Na Rozdrożu, pod pomnik Romana
Dmowskiego. Bez żadnej eskorty i ubezpieczenia policji – wedle różnych szacunków
od 10 do 20 tysięcy ludzi z całej Polski maszeruje okrężną drogą na miejsce.
Starzy i młodzi, rodziny z dziećmi, nawet niepełnosprawni. Jedzie kilku
motocyklistów z Międzynarodowego Rajdu Katyńskiego, z komandorem Wiktorem
Węgrzynem. Pochód ze sztandarami narodowymi, z hasłami typu: "Panie Michnik –
patriotyzm to nie faszyzm", widać nawet obraz Chrystusa Miłosiernego. Widać? Na
pewno nie na ekranach telewizji. Bo ta jako kolejny aktor, a właściwie spóźniony
reżyser dramatu, wkracza na scenę ze swoją "narracją". To, co tu opisałam, wiem
dzięki relacjom, także zdjęciowym uczestników. Wyjątkowo haniebną rolę
telewizyjnego narratora, jak za najlepszych komunistycznych czasów i np.
pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski, odgrywa telewizja publiczna na
kanale TVP Info. Pani Rudnik, przy współpracy różnych "ekspertów", wedle jej
własnych słów – "z uporem maniaka" serwuje widzom wciąż ten sam obraz – bójki na
pl. Konstytucji, przez cały czas też usilnie zabiega u policji o
zdelegalizowanie Marszu Niepodległości. Ani jednej kamery nie ma na właściwej
trasie marszu! Tak się kreuje rzeczywistość dla odbiorców przed telewizorami.
W pewnym momencie na tzw. pasku pojawia się policyjny (?) czy telewizyjny (?)
komunikat o delegalizacji marszu, szybko zdementowany. Ale komunikat idzie w
eter. Widz przecież musi odnieść wrażenie, że co najmniej pół Warszawy płonie.
Główna "narracja" skończona – w niektórych głowach rodzi się myśl, że jednak
racja była po stronie "Gazety Wyborczej", a patriotyzm godzien jest pogardy.
Seweryn Blumsztajn, współautor tej bandyckiej dintojry na polskości, świętującej
swoją niepodległość – skomentuje z satysfakcją: udało się, obroniliśmy (sic!)
Marszałkowską. No cóż, macie Polskę spreparowaną ad usum Delphini – wyborcy PO i
Ruchu Palikota.
Akt ostatni odbywa się jeszcze tego samego wieczoru w gabinetach władzy.
Prezydent Komorowski myśli z troską o zakazie noszenia kominiarek maskujących na
manifestacjach. Premier Tusk w towarzystwie prezydent miasta Warszawy, szefa
policji idzie dalej – mówi o ewentualności zmiany Konstytucji w punkcie
dotyczącym manifestacji i zgromadzeń publicznych. Nie na darmo przecież dostał
od stołecznego ratusza, od policji i szczególnie od telewizji publicznej tak
cenny prezent z okazji Święta Niepodległości, ten "happening", jak lubi mówić –
dany był właśnie po to. To polisa ubezpieczeniowa na może niedaleką przyszłość,
kiedy manifestacje mogą stać się niebezpieczne dla rządów, kiedy lud, pognębiony
rosnącą biedą, będzie chciał wyjść na ulice.
I na koniec, w epilogu, wkracza na scenę poseł Palikot. Jak gończy spuszczony ze
smyczy oznajmia 13 listopada, że "Jarosław Kaczyński dąży do rozlewu krwi"!
Wyborcom Palikota szczególne w tym miejscu gratulacje – i wierszyk, zmutowany,
Gałczyńskiego: "Chcieliście Palikota? No to go macie, skumbrie w tomacie,
pstrąg". A mówiąc poważnie: po generalnych próbach pod krzyżem na Krakowskim
Przedmieściu ten bezbłędnie zrealizowany scenariusz w dniu Święta Niepodległości
– to przedsmak tego, co nas może czekać w niedalekiej przyszłości, w coraz
wyraźniej przybierającej totalitarne barwy Polsce Tuska i Palikota. Polsce,
która na pewno nie jest Polską "Solidarności", ani Polską z wizji bł. Jana Pawła
II. Która nie jest też moją Polską.
I jeszcze krakowskie post scriptum: u nas marsz z Wawelu pod Grób Nieznanego
Żołnierza przebiegł uroczyście. Z jednym wyjątkiem: policjanci w cywilu
poturbowali wybitnego fotografika, autora muzyki hymnu "Solidarności",
Stanisława Markowskiego, kiedy niosąc na drzewcu portret prezydenckiej pary,
Marii i Lecha Kaczyńskich, próbował złożyć kwiaty na Grobie Nieznanego
Żołnierza. Artysta stwierdził, że ostatni raz potraktowano go tak, gdy
fotografował miejsce samospalenia się Wiesława Badylaka na Rynku w roku 1980.

 

Dr Elżbieta Morawiec publicystka
 


Autorka jest krytykiem teatralnym i literackim, członkiem Stowarzyszenia
Pisarzy Polskich.

drukuj