Zadeptywacze
"Niemiec zabije tylko nasze ciała, Rosjanin – dusze" – słowa przypisywane
Józefowi Beckowi okazały się w dużym stopniu prorocze. Cieleśnie, materialnie
udało się nam po II wojnie zmartwychwstać, ale duchowo – nie. Na dłuższą metę
skutki sowieckiego podboju okazały się bardziej zabójcze, jeśli śmierć można
stopniować.
Nie znaczy to, że niemieccy okupanci byli łagodniejsi. Byli tak samo bestialscy
jak sowieccy. Niemcy to bombardowanie Wielunia, wymordowanie jeńców – obrońców
Poczty Polskiej w Gdańsku, groby w Palmirach i krematoria w Auschwitz. Rosjanie
zaś to masakra obrońców Grodna, cztery deportacje, Katyń. I tysiące zadeptanych
polskich mogił.
Ale niemiecka okupacja trwała kilkakrotnie krócej, nie była połączona z
wieloletnią indoktrynacją. Niemcy rządzili tylko poprzez fizyczny terror,
Rosjanie od etapu terroru fizycznego zdążyli przejść do terroru psychicznego i –
w przeciwieństwie do Niemców – potrafili stworzyć potężną sieć kolaborantów,
propagandzistów i kontrolerów opartą na agenturze, jaką były Komunistyczna
Partia Polski, a później Polska Partia Robotnicza. Na tej bazie stworzono,
mówiąc z rosyjska, łże-elity: wojskowe, gospodarcze, moralne i w dużym stopniu –
kulturowe. Gdzie jest armia, tam wcześniej czy później pojawiają się
prostytutki. Ale tylko Rosjanie oddali im władzę. Wcześniej były dwie nieudane
próby: w roku 1920 – Polska Republika Rad ze stolicą w Białymstoku, w 1939 –
strefa okupacji sowieckiej, którą jeden z ideologów stalinizmu, Henryk Szyper,
nazwał nawet "Lwowskim Piemontem".
Pierwszą z tych prób zlikwidowały wojska Piłsudskiego, drugą przerwali Niemcy.
Ale po pokonaniu Niemców Rosjanie powrócili do swych planów i rozszerzyli strefę
okupacyjną na całą Polskę. "Pokolenie 17 września" – jeśli można wprowadzić taką
nazwę – oddało w niewoleniu własnego kraju nieocenione wprost usługi.
Funkcjonowało przez kilkadziesiąt lat. Jego potomkowie i wychowankowie działają
nadal. Dlatego zbrodnie sowieckie nie są w naszych sumieniach osądzane tak jak
niemieckie, zdrada na rzecz Sowietów nie jest uważana za zdradę, za nazwanie
starych agentów agentami grożą w III RP kary.
Obrazy krwią malowane
17 września. Miasteczko Dzisna nad Dźwiną. O świcie, korzystając z osłony mgły,
Sowieci przeprawiają się przez rzekę. Przewodnikiem jest niejaki Szulman, syn
właściciela sklepu bławatnego, komunista. Rosjanie atakują strażnicę Korpusu
Ochrony Pogranicza, zaskoczenie jednak się nie udaje. Kilkakrotnie mniej liczni
Polacy podejmują walkę. Bronią się wiele godzin, zaczyna brakować amunicji.
Połowa obrońców poniosła śmierć, części udało się wycofać. Dowodzący obroną por.
Adam Domaniewski został ranny i wzięty do niewoli. Zabitych Polaków Rosjanie o
dziwo pochowali – i zadeptali miejsce pochówku. Tak samo kiedyś zadeptywano
partyzantów z Powstania Styczniowego. Potem trwał kilkugodzinny bój o
miasteczko. Do żołnierzy KOP dołączyli policjanci, także uczniowie gimnazjum.
Orlęta z Dzisny, o których historia zapomniała. Dowodził podporucznik rezerwy,
miejscowy nauczyciel Zygmunt Girgowicz. Ranny, również dostał się do niewoli. I
Domaniewski, i Girgowicz zostaną zamordowani w Katyniu.
Strażnica Kopciowo, również nad Dźwiną. Kilku Polaków broni się przed kompanią
NKWD kpt. Zorina liczącą 90 ludzi. Gdy amunicja zaczęła się kończyć –
postanowili odskoczyć. Odwrót osłaniał erkaemista sierż. Marek Pietrzak. Podobno
zabił aż 26 żołnierzy wroga. Po wystrzelaniu amunicji rzucił się z szablą na
Sowietów – otoczyli go w kilkunastu i zakłuli bagnetami. Z wściekłością dźgali
nawet martwego. Z wściekłością i strachem.
I jeszcze ten dziwny przypadek: Biała Strażnica (otynkowana na biało) w
Szapowałach koło Rakowa. Przewaga atakujących Rosjan znów kilkakrotna. Ich
dowódca czołga się w kierunku okna strażnicy, by wrzucić granat. W tym momencie
atakuje go pies. Zaczyna się szamotanina, granat eksploduje, człowiek i pies
giną. Sowieci się cofają. Zdobędą Białą Strażnicę dopiero, gdy nadjadą czołgi.
Obroną placówki dowodził kpr. Niedzielski – zginął. Tu także zabitych Polaków
zadeptano.
Ludobójstwo na polach bitew
Trupy najłatwiej ukryć wśród innych poległych. Sowieci popełniali ludobójstwo
wprost na polach bitew. To ich wkład w sztukę wojenną.
Szosa pod Kostopolem, 21 lub 22 września. Sowieci prowadzą polskich jeńców.
Około 200 oficerów, za nimi Policja Państwowa i około 2 tys. żołnierzy. W pewnym
momencie pada rozkaz, by siadać na poboczu i "otdychat’" (odpoczywać). Siadają
śmiertelnie znużeni. Tymczasem szosą nadjeżdżają samochody. W kolumnie ustawiają
się naprzeciw jeńców. Pierwszy naprzeciw końca kolumny, ostatni naprzeciwko
czoła. Pada rozkaz, by wstać. Podnoszą się i nagle słyszą salwy. Kilkadziesiąt
niewidocznych w pierwszej chwili pulomiotów umieszczonych na samochodach strzela
z bliska w ich twarze, piersi, brzuchy… Ocalało tylko kilkunastu – rzucili się
w stronę strzelających, przeczołgali się pod samochodami na drugą stronę szosy i
dobiegli do pobliskiego lasu. Przez ponad pół wieku milczeli – jak milczał autor
tej relacji Edmund Zaremba. Po prostu się bał.
I jedna z ostatnich scen: Niemirówek na Lubelszczyźnie. Nocą z 26 na 27 września
wkraczają Sowieci. Zaskakują nocujący tu oddział podchorążych. Chłopaków
powiązano drutem kolczastym, ustawiono niby stogi zboża i obrzucono granatami.
Przypomniane tu wydarzenia łączy jedno: polska literatura nie poświęciła im ani
linijki. Obrońcy Westerplatte doczekali się wiersza Konstantego Ildefonsa
Gałczyńskiego, Antoni Słonimski napisał "Alarm dla miasta Warszawy", Wojciech
Żukrowski – "Śpiew kanonierów". Rok 1939 ma całą antologię. Ale tylko zachodni
front. A przecież we Lwowie i Wilnie przebywało wówczas kilkudziesięciu
literatów – uchodźców z Warszawy. Jedni uciekali od Niemców, drudzy – do Rosjan.
Ci drudzy to przeważnie lewicowcy omamieni sowiecką propagandą.
Twórczość lwowska
We Lwowie także powstawały wiersze. Niemal od pierwszego dnia okupacji. Poeci
drukowali je w… organie najeźdźców. (Od października 1939 r. nazywał się on
"Czerwony Sztandar", ale pierwotny tytuł brzmiał "Słowo Żołnierza. Organ Zarządu
Politycznego Frontu Ukraińskiego"). Tutaj już 5 listopada Adam Ważyk zamieścił
wiersz "Do inteligenta uchodźcy", w którym tak opisywał polski Wrzesień:
To stało się tak nagle, rozbite pociągi,
zdarte druty, na torach wydrążone leje,
zamiast wodzów – półgłówki, zamiast armii – włóczęgi,
widma nocą ciągnące, by skryć się, gdy zadnieje.
Stanisław Jerzy Lec, skądinąd autor pierwszego polskojęzycznego wiersza ku czci
Stalina, pisał o wojsku inaczej – ale mówił o armii zaborców:
Czerwona Armia – kraj pod bronią
szósta część globu – cały świat,
siła płynąca z serc ku skroniom
płonąca krwią ku chwale Rad.
Swoistym reko rdzistą okazał się Leopold Lewin, który w pierwszą rocznicę
najazdu pochwalił i rewolucję październikową, i najazd sowiecki na Polskę
dokonany 22 lata później! Chyba nikogo nie zdziwią dwie dodatkowe informacje:
pierwsza, że Lewin był także twórcą hymnu UB, napisanego w 1954 roku, i druga,
że współpracował z SB, kryjąc się pod kryptonimem "L". Był wzorcowym
reprezentantem "pokolenia 17 września".
A kończąc wątek najazdu. W jego pierwszą rocznicę, we wrześniu 1940 r. polscy
pisarze w "Czerwonym Sztandarze" opublikowali "Poemat kolektywny ku czci
wyzwolenia". Napisany był rzeczywiście zespołowo przez Srula Aszenberga, Piotra
Kożucha, Lucjana Szenwalda, Jurija Szkrumelaka, Adama Ważyka i Hersza Webera.
Również we wrześniu, dla uczczenia tego samego święta, do Związku Sowieckich
Pisarzy Ukrainy uroczyście wstąpili: Jerzy Borejsza, Tadeusz Boy-Żeleński, Jan
Brzoza, Leon Chwistek, Aleksander Dan, Zuzanna Ginczanka, Halina Górska,
Mieczysław Jastrun, Juliusz Kleiner, Stanisław Jerzy Lec, Leon Pasternak, Julian
Przyboś, Jerzy Putrament, Adolf Rudnicki, Włodzimierz Słobodnik, Elżbieta
Szemplińska, Lucjan Szenwald, Wanda Wasilewska, Stanisław Wasylewski, Adam
Ważyk, Bruno Winawer.
Wstąpili i… nic. Nawet nie wypada wypominać. A gdyby Aszenberg z Ważykiem
napisali poemat z okazji utworzenia Generalnej Guberni? Lewin – ku czci armii
Hitlera? Lec – na cześć samego Hitlera? Nie obrażajmy naszych literatów takimi
podejrzeniami! Nikt u nas wierszy ku czci o k u p a n t ó w nie pisał, Rosjanie
byli w y z w o l i c i e l a m i…
Ta asymetria ocen bierze się stąd, że rząd dusz objęli w Polsce ludzie z
"pokolenia 17 września". Ci, którzy przeszli na stronę zadeptywaczy grobów. Oni
stali się propagandzistami, wytwórcami tej brudnej mgły, w której oparach żyjemy
do dzisiaj. Skąd jednak ta asymetria zachowań?
Gatki zamiast pancerza
Zauważyć trzeba, że służalczy pisarze nie stanowili elity II RP. To władza
sowiecka uczyniła z nich elitę. Owszem – byli krzykliwi, brak talentów
nadrabiali lewicowym radykalizmem. Byli niedowartościowani i próżni. Większość z
nich nie wierzyła w żadne wartości – ani religijne, ani patriotyczne, ani nawet
w wartość samej literatury. Nie mieli poczucia jakiejkolwiek misji, nie mieli
czemu być wierni. I to nowi zaborcy wykorzystali. Pisarze, tacy jak: Zofia
Kossak-Szczucka, Juliusz Kaden-Bandrowski czy Antoni Gołubiew, także młodsi –
pokolenie "Sztuki i Narodu", byli chronieni niejako pancerzem podwójnym:
wartości patriotycznych i religijnych. Wiedzieli, co to jest godność pisarza,
nie wstydzili się słowa "misja". Poeci "lewicowi" tak naprawdę nie byli nawet
lewicowi – może z wyjątkiem Lecha Piwowara czy Władysława Broniewskiego, ci
jednak wylądowali w więzieniach. Tak zwani lewicowcy po prostu pozbyli się
wartości uznawanych za prawicowe, w przypadku Żydów – za syjonistyczne. A innych
sobie nie przyswoili. Nie mieli żadnego pancerza, woleli modne ciuchy, a czasem
biegali w samych gatkach – ale oczywiście postępowych. Wierząc tylko w dobra
materialne, musieli uznać, że wszystko jest na sprzedaż – razem z nimi.
Sprzedawali się więc za mieszkania, za przydziały żywności, za druk, za puste
tytuły i za to, że nie zostali zesłani.
Przypomnijmy, że sowiecka okupacja to także czas deportacji. Około półtora
miliona Polaków znalazło się w łagrach. Większość z nich nie wróciła. To nie
miejsce, by opisywać szczegółowo horror tych wywózek. Warto jednakże odnotować,
że między III a IV deportacją, w sierpniu 1940 r. polscy postępowi pisarze
rozegrali mecz z równie postępowymi aktorami. Mecz zaszczycił oberkat Ukrainy
Nikita Chruszczow. Na bramce stał Wasylewski (ten był jednak wtyczką podziemia),
do ataku poszedł Putrament, sędziował Boy. Podobno w naszej drużynie był Ważyk,
zapamiętany przez Szemplińską z powodu ogromnych gatek. Właściwie były to same
gatki i jakiś łepek nad nimi – wspominała po latach poetka. Najmłodszym zaś z
grających pisarzy był Szenwald, który zwrócił uwagę nie grą, lecz okrzykami ku
czci. Też był w czerwonych gatkach. W jakich gatkach i czy w ogóle wystąpił Jan
Śpiewak – trudno powiedzieć.
Bandycki "Piemont"
Ci, którzy stawali okoniem: Broniewski, Teodor Parnicki, Herminia Naglerowa,
Beata Obertyńska, Wacław Grubiński – zostali aresztowani. Metoda była więc we
wszystkich dziedzinach podobna: usuwanie autentycznej elity i zastępowanie
własną. Gorszą – ale to nawet lepiej dla zaborców.
Dla przykładu spójrzmy na politykę. Aresztowani zostali trzej dawni premierzy:
Leon Kozłowski, Leopold Skulski i Aleksander Prystor. Pierwszy, którego od
wykonania wyroku ocalił układ Sikorski – Majski, trafi po przygodach do Berlina,
zginie podczas bombardowania. Skulski zostanie zakatowany w twierdzy brzeskiej
lub łagrze, Prystor – na Butyrkach. Uwięziono obu braci Piłsudskiego – Jana i
Kazimierza; wywieziono prezydenta Wilna Wiktora Maleszewskiego, wiceprezydenta
Kazimierza Grodzickiego i wielu członków władz miejskich. Aresztowani zostali
także profesorowie Uniwersytetu Stefana Batorego: Stanisław Cywiński, Czesław
Czarnowski, Stanisław Kościałkowski i inni.
Podobne aresztowania – na mniejszą skalę z braku tak wielkich nazwisk –
przeprowadzono we wszystkich większych miastach. Oczywiście wykańczano także
kadrę wojskową i urzędników państwowych, nauczycieli i księży. Do łagrów – wbrew
umowie – pognano obrońców Lwowa, potem aresztowani zostali kolejni dowódcy
Polskiej Organizacji Walki o Wolność: Marian Januszajtis, Mieczysław
Boruta-Spiechowicz, Zygmunt Dobrowolski; aresztowana została dyrektor szkoły
Sióstr Benedyktynek Maria Wierzyńska i jej uczennice…
Na miejsce niszczonej elity "produkowano" własną. Proces produkcji był podobny
jak w przypadku nowej elity literackiej. Na ogół wystarczała groźba kija i
obietnica marchewki. Dokonano – jak to określił sam Stalin – "pieriekowki dusz"
i w ten sposób stworzono "nowych", czyli sowieckich ludzi. Nastawionych na
dobra, ale nie na wartości, zdolnych do konsumpcji i wydalania, lecz nigdy do
poświęceń. Pies ze strażnicy w Szapowałach był lepszym Polakiem od Borejszy i
Putramenta.
To nowe pokolenie miało objąć władzę. Przypomnijmy więc najważniejsze nazwiska.
We Lwowie robił karierę Władysław Gomułka – przyszły sekretarz PPR; także
Aleksander Kowalski – późniejszy sekretarz Komitetu Warszawskiego PPR,
przewodniczący ZWM; również Janusz Zarzycki – jeden z peerelowskich szefów
Związku Młodzieży Polskiej, Głównego Zarządu Politycznego WP i wiceminister
obrony; Wiktor Grosz (Izaak Medres) – szef Informacji Wojskowej; także nadzorca
kultury – Jerzy Borejsza. Z pomniejszych zaś urzędników z lwowskiego chowu i
chlewu wywodzili się późniejsi ministrowie: oświaty – Stanisław Skrzeszewski
(przejściowo sprawy zagraniczne); kultury – Wincenty Rzymowski, propagandy –
Stefan Matuszewski; również dwaj wiceministrowie: spraw zagranicznych – Marian
Naszkowski, łączności – Henryk Baczko. We Lwowie zaczynali karierę dyrektor
szkoły partyjnej Roma Granas; szef wydawnictw wojskowych i szkolnych Adam
Bromberg; szefowa V Departamentu MBP (partie, organizacje wyznaniowe i
kulturalne) Julia Brystigerowa; ba, sam naczelny ideolog PRL Adam Schaff
rozpoczynał jako starszy agitator marksizmu-stalinizmu we Lwowie. Aleksander
Ford kierował filmem – wyrósł na szefa Czołówki Filmowej; Ida Kamińska, aktorka,
która kandydowała do sowieckich władz z ramienia Armii Czerwonej, stała się
zawodowym dyrektorem. A skoro mowa o ludziach kultury, dorzućmy jeszcze parę
"lwowskich" nazwisk: Erwin Axer, Aleksander Bardini, Roman Szydłowski, Paweł
Hoffman, Henryk Holland itd., itp. Pełna lista kolaborantów musiałaby być ta
długa jak rosnąca pod niemiecką okupacją folkslista.
Sowiecki "Piemont" był poletkiem doświadczalnym. Ci, którzy zdali egzamin z
kolaboracji, zostali zarządcami w Priwislańskim Kraju. Literaturą zaczęli
dyrygować Borejsza z Ważykiem i Putramentem, filmem – Ford z Toeplitzem, teatrem
– Szydłowski z Bardinim i Kamińską. Nadzorcą filozofii został starszy agitator
Adam Schaff. Co gorsza, z tej samej ekipy, z jej odrzutów, rekrutowała się
późniejsza opozycja. Jacek Kuroń, Karol Modzelewski czy Adam Michnik nie chcieli
odrzucenia materialistycznego państwa, chcieli tylko jego usprawnienia. Nie
sprowadzili do kraju żołnierzy Września i Powstania Warszawskiego – promowali
powrót partyjniaków odtrąconych z aparatu władzy i propagandy w roku 1968,
dogadywali się z cynicznymi liderami PZPR, których mianowali ludźmi honoru.
Proces, który rozpoczął się 17 września, był czymś więcej niż klęską i zmianą
ekipy władzy. Był czymś więcej niż zmianą władzy mądrej na sprytną, która, by
się utrzymać, musi dobierać sobie jeszcze podlejszych od siebie
współpracowników. Idealizm II Rzeczypospolitej został zastąpiony materializmem,
a więc wiarą w siłę, w to, że nie warto się za cokolwiek poświęcać, z
jakiejkolwiek korzyści zrezygnować. Po 17 września w Polsce nastąpiła wymiana
elity na jakościowo inną. Z duszami, które nastawione tylko na świat materialny
właściwie przestawały być duszami. Były puste. Martwe.
Dr Bohdan Urbankowski
