Zachwiano duchem Narodu

Z Janem Besztą-Borowskim, legendarnym przywódcą NSZZ „Solidarność” Rolników Indywidualnych Ziemi Białostockiej, rozmawia Mariusz Bober



Na początku grudnia 1981 r. coś „wisiało w powietrzu”. Docierały do Pana sygnały, że władze przygotowują jakąś operację?

– Kilka tygodni przed wprowadzeniem stanu wojennego przyszedł do mnie człowiek, który przedstawił się jako emerytowany kapitan lotnictwa. Byłem wówczas szefem Zarządu Wojewódzkiego NSZZ „Solidarność” Rolników Indywidualnych w Białymstoku. Ów człowiek powiedział też, że został wezwany do jednostki wojskowej celem odebrania broni. Wyciągnął z tego wniosek, że władze coś przygotowują. Zacząłem wtedy na wszelki wypadek pakować różne materiały. Jednak nie zdążyłem wszystkiego zabrać przed 13 grudnia…

…ponieważ został Pan aresztowany?

– Tak. Po północy usłyszałem walenie w drzwi, choć były otwarte, bo często o różnej porze przychodzili do mnie rolnicy z wieloma sprawami. Nie spałem, ponieważ przygotowywałem się akurat na zebranie, które miało się odbyć w niedzielę, 13 grudnia. Gdy otworzyłem drzwi, zobaczyłem trzech czy czterech mężczyzn, w tym jednego w cywilnym ubraniu. Wylegitymowali mnie, kazali szybko spakować się i odwieźli mnie do więzienia w Białymstoku. Znałem je, bo więziono mnie w nim jeszcze w 1953 r. za „przygotowywanie do zmiany ustroju siłą” [za uczestnictwo w organizacji „Białe Orły” – przyp. red.]. Wcześniej już trafili tam nasi działacze z robotniczej „Solidarności”. Nakłaniano mnie do podpisania lojalki. Konsekwentnie jednak powtarzałem, że żadnych dokumentów SB nie będę podpisywał. Gdy w pewnym momencie wyszedł przesłuchujący mnie funkcjonariusz – Paweł Opaliński, zobaczyłem na jego biurku listę osób przeznaczonych do internowania w rejonie Białegostoku w ramach akcji o kryptonimie „Jodła”.

Długo był Pan przetrzymywany w „internacie”?

– Do Wigilii 24 grudnia 1981 roku. Zwolniono mnie, gdyż miałem chorobę wrzodową żołądka. Ale wkrótce znów zostałem aresztowany, po zakończeniu ogólnopolskich dożynek na Jasnej Górze 4 września 1982 roku. Przyjechaliśmy tam jako jedyni z wieńcem dożynkowym i transparentem z napisem: „Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród. Solidarność Ziemi Białostockiej”. Ludzie mieli łzy w oczach, gdy patrzyli na ten transparent. Dwa dni później aresztowano mnie w domu i zawieziono najpierw do więzienia w Białymstoku, a potem we Włocławku. Spotkałem tam innych działaczy rolniczej „Solidarności”, m.in. Romana i Piotra Bartoszcze.

To było ostatnie aresztowanie Pana w stanie wojennym?

– Nie, później jeszcze zostałem zatrzymany w Czernej, gdzie brałem udział w ogólnopolskim spotkaniu konspiracyjnym. Nasze rozmowy przerwał nagły huk i silny snop światła z reflektorów. Wiele lat później pułkownik SB przyznał, że służby PRL dokonały wtedy „nalotu” na to miejsce z użyciem śmigłowca. Klasztor, w którym się spotkaliśmy, został otoczony przez milicję. Rano, gdy wychodziliśmy z klasztoru, zostaliśmy aresztowani, na szczęście tylko na kilka godzin. Dla mnie stan wojenny w praktyce trwał znacznie dłużej. Już po jego formalnym zniesieniu aresztowano mnie wielokrotnie na 48 godzin, przeprowadzano rewizje. Zatrzymano mnie nawet jeszcze w 1985 r. za posiadanie nielegalnych materiałów (ulotki, publikacje „Solidarności” itd.). Wtedy przesłuchiwano mnie najpierw w Białymstoku, a potem zawieziono do warszawskiego więzienia na ul. Rakowieckiej, gdzie przetrzymywano mnie przez kilka miesięcy bez wyroku. Zarzucono mi – jako członkowi Ogólnopolskiego Komitetu Oporu Rolników – współpracę z CIA.

Jakie skutki dla opozycji, zwłaszcza „Solidarności” rolniczej, miało wprowadzenie stanu wojennego?

– Wielu działaczy opozycji udało się komunistom zastraszyć. Wielu też kupiono. Staraliśmy się jednak nadal działać i podtrzymywać opór i ducha Narodu. Wielu, niestety, uwierzyło w propagandę lejącą się z radia, telewizji, prasy.

Niektórzy uważają, że wprowadzenie stanu wojennego miało duży wpływ na przyszłość „Solidarności” i późniejsze tzw. porozumienie Okrągłego Stołu. Podziela Pan tę opinię?

– Niestety, podczas stanu wojennego komunistom udało się wprowadzić wielu agentów do „Solidarności”. Widać to było dopiero później. Dlatego gdy zostałem wybrany do Sejmu w 1989 r., domagałem się ujawnienia agentów, odebrania majątku PZPR, uznania stanu wojennego za sprzeczny z prawem a UB, SB oraz Informacji Wojskowej – za formacje zbrodnicze. Dopiero wówczas zacząłem naprawdę poznawać byłych kolegów z Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego, zwłaszcza podczas głosowania, w którym aż 25 posłów i senatorów OKP przyczyniło się do wyboru Wojciecha Jaruzelskiego na prezydenta. Myślę, że kluczem do odpowiedzi na pana pytanie są tezy zawarte w książce Władysława Gauzy pt. „Czerwone skunksy”, wydanej w Oslo w 1991 roku. Okazuje się, że Norwegowie po zakończeniu II wojny światowej skazali na śmierć 29 funkcjonariuszy, którzy poszli na współpracę z Niemcami. Niemniej ważne było to, że zdecydowano się także na wprowadzenie dożywotniego zakazu sprawowania ważnych funkcji publicznych dla dzieci skazanych kolaborantów hitlerowskich. Sam doświadczyłem, jak bardzo na III Rzeczypospolitej zemściło się pozostawienie komunistom wpływu na sprawy państwa. Już po 1989 r. bowiem sam byłem sądzony przez potomków funkcjonariuszy PRL i prawie zawsze wyroki w moich sprawach były niesprawiedliwe. Boli to tym bardziej, że dzieje się w – wydawałoby się – wolnej Polsce. W trwającym obecnie procesie nazwano mnie publicznie w sądzie w trzyosobowym składzie „bandziorem” dwukrotnie internowanym, a sędziowie nie zadbali nawet o zaprotokołowanie tych słów.

Dziękuję za rozmowę.



Jan Beszta-Borowski (1936 r.) – w 1953 r. skazany jako uczeń na 2,5 roku więzienia w procesie politycznym, prowadził działalność opozycyjną w PRL, w 1981 r. jeden z liderów NSZZ „Solidarność” Rolników Indywidualnych, internowany i aresztowany w stanie wojennym, w 1989 r. wybrany na posła na Sejm z ramienia Komitetu Obywatelskiego.

drukuj