Za kryzys zapłacą najbiedniejsi

Okazuje się, że państwo choć drenuje kieszenie najuboższych obywateli, nie
próbuje zmniejszyć deficytu budżetowego, sięgając do zasobów przedsiębiorstw.
Według statystyk, wpływy państwa z tytułu podatku dochodowego od przedsiębiorstw
nieustannie spadają. W 2010 r. były niższe niż w 2008 roku!

Pani Alinie, chorej niepracującej matce samotnie wychowującej dwoje dzieci, przy
szalejącej drożyźnie przestało wystarczać na życie. Aby regulować bieżące
wydatki, posługuje się kilkoma kartami kredytowymi, w razie konieczności
przelewając pieniądze z jednej na drugą i stale powiększając dług. Państwo
Marzena i Wacław, rodzice dziesięciorga dzieci, z niepewnością patrzą w
przyszłość, gdyż nie mogąc się pomieścić w jednym mieszkaniu, wzięli kredyt na
drugie i nie wiedzą, czy podołają spłacaniu rat, bo przy wzroście kosztów
utrzymania ledwie wiążą koniec z końcem.
– W warunkach wzrostu inflacji cierpią głównie ludzie biedni, a nie bogaci,
którzy potrafią sobie zrekompensować wzrost cen w taki sposób, aby nie stracić –
uważa prof. Andrzej Kaźmierczak, ekonomista ze Szkoły Głównej Handlowej, członek
Rady Polityki Pieniężnej. – Niestety, przy ograniczaniu deficytu budżetowego
rząd prowadzi politykę skrajnie liberalistyczną, antyrodzinną i aspołeczną –
dodaje.

W spirali zadłużenia
Pani Alinie nie ułożyło się w życiu. Została sama z dwojgiem dzieci, na dodatek
zdiagnozowano u niej nieuleczalną, postępującą chorobę stawów uniemożliwiającą
pracę. Od 6 lat jest bezrobotna, żyje z alimentów i zasiłku rodzinnego. Nie
przysługuje jej zapomoga z pomocy społecznej, gdyż dochody rodziny nieznacznie
przekraczają ustawowy próg wynoszący nieco ponad 300 zł na osobę. Jedyną pomocą
państwa, z jakiej korzysta jej rodzina, to darmowe obiady dla dzieci w szkole
finansowane przez miejski ośrodek pomocy rodzinie i dopłata 200 zł miesięcznie
do czynszu. To jednak za mało, aby rodzina utrzymała płynność finansową w
obliczu szalejącej drożyzny.
– W zasadzie wszystko podrożało. Najbardziej odczuwam chyba podwyżkę ceny
pieczywa. Cukru nie używamy zbyt dużo, ale mąka też teraz więcej kosztuje.
Energia elektryczna to znaczący wydatek w budżecie – wylicza. – Nie prowadzę
dokładnej buchalterii, ale pracowałam trochę za granicą i miałam odłożoną pewną
sumę podzieloną na miesięczne kwoty, które w domowym budżecie pozwalały
zaspokoić podstawowe potrzeby. Teraz po tych podwyżkach okazało się, że to już
nie wystarcza – dodaje.
Aby regulować bieżące wydatki, kobieta posługuje się kilkoma kartami
kredytowymi.
– Mam kartę kredytową, z której mogę wybrać 1300 złotych. Jest jeszcze debet.
Później przelewam środki z jednej karty na drugą. Z reguły rachunki płacę z
maksymalnym opóźnieniem. Ale nasze zadłużenie niestety rośnie – mówi,
zaznaczając, że czynsz opłaca na bieżąco, gdyż jest to warunek korzystania z
dodatku mieszkaniowego.
Rodzina żyje bardzo oszczędnie. Dzieci nie chodzą do kina, do teatru, nie jeżdżą
na szkolne wycieczki. Nie uczęszczają też na żadne lekcje dodatkowe jak
angielski czy muzyka. Ale chodzą na pływalnię. Trenują codziennie.
– To koszt 60 zł na dziecko, ale trener, widząc zaangażowanie dzieci i naszą
sytuację materialną, znacznie zmniejszył opłaty – mówi z wdzięcznością kobieta.

W szkole nie płaci żadnych składek. Spotyka się z tego powodu z drobnymi
szykanami czy kąśliwymi uwagami, i to bardziej ze strony nauczycieli niż innych
rodziców, ale przyzwyczaiła się do tego.
– Uważam, że są sprawy ważne i ważniejsze w życiu. W naszej sytuacji muszę
ograniczyć się do tego, co absolutnie niezbędne, a ważne jest zdrowie dzieci,
ich rozwój duchowy i nauka – podkreśla.
Pani Alina z uznaniem mówi o znajomych wspomagających ją w miarę możliwości.
– Teraz pora roku jest niesprzyjająca, ale latem przynoszą mi warzywa, owoce,
czasami dostaję woreczek mąki – wylicza. – Przed świętami mogę też liczyć na
paczkę.
Otrzymuje również pomoc z Caritas, ale niestety z wielu produktów, zwłaszcza
konserw, nie może skorzystać.
– To się prawdopodobnie nadaje dla zupełnie zdrowego człowieka, a ja mam
problemy z trawieniem, dzieci są alergikami i to jedzenie nam nie służy – mówi
kobieta.
Pani Alina nie ma obecnie żadnych możliwości zwiększenia dochodów i wyhamowania
spirali zadłużenia. Nie może otrzymywać renty, gdyż zbyt krótko pracowała i za
długo pozostaje bez zatrudnienia. Jest osobą chorą na nieuleczalną chorobę, ale
od 3 lat poddaje się intensywnej rehabilitacji, a od niedawna, gdy jej choroba
została w końcu prawidłowo zdiagnozowana, zastosowano wobec niej leczenie
biologiczne, które powoduje stopniową poprawę stanu zdrowia. Na szczęście
kuracja prowadzona przez szpital jest bezpłatna. W przeciwnym wypadku kobieta
nie mogłaby sobie na nią pozwolić.
– Niedawno została zmieniona ustawa na niekorzyść tych, którzy mają, tak jak ja,
orzeczoną niepełnosprawność umiarkowaną – wskazuje kobieta. – Wcześniej
pracodawcy zatrudniający takie osoby mieli rekompensowane 80 proc. wypłacanego
wynagrodzenia, teraz znacznie mniej i już nie tak chętnie przyjmują osoby
niepełnosprawne do pracy.

Stabilizacja finansowa? Co to takiego?
Państwo Marzena i Wacław mają naprawdę dużo dzieci. Dość powiedzieć, że ich
wysłużona furgonetka musi obrócić dwa razy, żeby zgodnie z przepisami o ruchu
drogowym dowieźć całą rodzinę do celu.
– To nie było tak, że zaraz po ślubie postanowiliśmy mieć tak liczną rodzinę –
wyjaśniają. – Bardziej to wszystko rozwijało się w trakcie naszego małżeństwa. W
świetle Słowa Bożego, które nam stale towarzyszy, poczuliśmy w pewnym momencie
zachętę do otwartości na życie, chęć podjęcia pewnego ryzyka – dodają. I nie
żałują. Są wspaniałą, kochającą się rodziną, zmuszoną niestety do stawiania
czoła niesprzyjającym okolicznościom, w jakich przyszło im żyć. W porównaniu z
państwami zachodnimi wsparcie rodzin wielodzietnych przez polskie państwo
praktycznie nie istnieje.
Od ponad 20 lat całe życie pani Marzeny i pana Wacława koncentruje się wokół
zapewnienia bytu swoim dzieciom. Obydwoje po studiach początkowo pracowali na
państwowych "etatach". Jednak na świat przychodziły kolejne dzieci i w pewnym
momencie nie dało się pogodzić pracy zawodowej pani Marzeny z prowadzeniem domu
i wychowywaniem dzieci.
– Cały ciężar prowadzenia domu spoczywa na żonie – przyznaje z uznaniem pan
Wacław, którego zadaniem jest zdobywanie środków na życie.
Aby utrzymać rodzinę, musiał też zrezygnować z pracy etatowej, gdyż większe
możliwości dawały mu prace zlecone. Gdy jest zlecenie, trzeba pracować nieomal
dniem i nocą, a później oczekiwać na kolejne.
– Zamówienia nie są regularne, co powoduje, że nie mamy stałego dopływu
pieniędzy – wyjaśnia pan Wacław. – Zdarzają się też nawet kilkumiesięczne
opóźnienia wypłaty wynagrodzenia i wtedy trzeba "łatać" luki w rodzinnym
budżecie. Boję się kredytów konsumpcyjnych, bo trudno się z nich potem wyplątać.
Wolę już jechać do pracy rowerem, bardziej korzystać z pomocy choćby naszego
parafialnego Caritas, niż się zapożyczać. Jeśli już musimy, to pożyczamy
pieniądze od znajomych, a później, by ich spłacić, drastycznie ograniczamy
wydatki. W takich trudnych momentach pomaga zasiłek rodzinny, który spływa
zazwyczaj między 18. a 20. dniem każdego miesiąca. Przy tej liczbie dzieci to
ponad tysiąc złotych miesięcznie.
– A już zwrot podatku jest dla nas jak żniwa, na które co roku czekamy z
utęsknieniem – mówi pan Wacław. – Z niepokojem śledzę pomysły zlikwidowania tej
ulgi – dodaje.
Państwo Z. przyznają, że nigdy ich rodzina nie zaznała stabilizacji finansowej w
dłuższej perspektywie, ale na rzeczy podstawowe, takie jak jedzenie, ubranie czy
mieszkanie, raczej im dotąd starczało.
– Znajomi pytają mnie z ciekawości, jak daję radę gotować posiłki dla tak
licznej rodziny – mówi z uśmiechem pani Marzena. – Odpowiadam, że gotuje się tak
samo, tylko że w dużych garnkach. Nie uważam, abyśmy byli biedną rodziną, bo
tyle, ile my wydajemy na jedzenie każdego dnia… Wiadomo, że jak na obiad
trzeba kupić 1,5-2 kg mięsa, to staram się wybierać to z promocji, tańsze.
Samego chleba "idą" dziennie trzy bochenki i 10, a czasami nawet 20 bułeczek. Do
tego obowiązkowo nie mniej niż kostka masła. To są poważne ilości i dla nas te
wszystkie ostatnie podwyżki są naprawdę potężnym ciosem finansowym.
W budżecie rodzinnym państwa Marzeny i Wacława wyżywienie zawsze stanowiło
główną i wymagającą największych środków pozycję. Przyznają, że z wieloma
potrzebami, jak ubranka czy meble, można sobie poradzić, bo dostają używane
rzeczy od znajomych i rodzin dobrze sytuowanych. – Ale jedzenie trzeba
codziennie kupić i są to jednak duże wydatki – podkreślają.

Bogaci sobie poradzą
Dane Głównego Urzędu Statystycznego nie pozostawiają wątpliwości. W Polsce na
przełomie lat 2010/2011, a zwłaszcza na początku 2011 r. rozszalała się
drożyzna. Wprawdzie statystyki mówią o wzroście cen żywności od początku br. w
granicach 2,5 proc., a w lutym 5 proc., ale każdy, kto robi zakupy, widzi, że
jest znacznie gorzej: pieczywo zdrożało ok. 30 proc., masło ok. 50 proc., a
cukier – 100 procent. Do tego drakońsko wzrosła cena benzyny. W zasadzie trudno
znaleźć w sklepach towar, którego cena pozostałaby na niezmienionym poziomie.
Eksperci wskazują, że koszty społeczne inflacji nie rozkładają się równomiernie.

– Jeżeli przyjrzeć się strukturze wzrostu cen, to dotyka on przede wszystkim
sfery budżetowej, gdzie płace zostały w ogóle zamrożone, a także emerytów i
rencistów, gdzie wzrosty rent i emerytur są praktycznie symboliczne i w żadnym
stopniu nie rekompensują wzrostu cen artykułów podstawowych – uważa prof.
Andrzej Kaźmierczak. – To są ludzie mniej zamożni, w strukturze ich koszyka
wydatków dominują koszty żywności i energii, które najbardziej rosną – dodaje.

Na wzrost cen towarów rzutuje wyższa cena paliw wpływająca głównie na koszty
transportu oraz zwiększenie podatku VAT, co przełożyło się zwłaszcza na wzrost
cen żywności i artykułów pierwszej potrzeby, i to w stopniu znacznie
przekraczającym nominalną, jednoprocentową podwyżkę tego podatku.
Ekonomiści wskazują, że obecny wzrost inflacji następuje w sytuacji wyraźnego
pogorszenia się kondycji finansowej gospodarstw domowych. Przejawia się to w
drastycznym spadku wartości udzielanych kredytów, zwłaszcza konsumpcyjnych,
wycofywaniu wkładów bankowych, poszerzaniu się grupy ludności niedysponującej
żadnymi oszczędnościami, coraz większym zadłużeniu przeciętnego obywatela nie
tylko w stosunku do banków, ale i z tytułu regulowania różnego rodzaju opłat,
jak np. czynsze.
Trudności potęguje fakt, że wzrost inflacji w Polsce negatywnie wpływa na
zaufanie do kursu złotego, który ulega bardzo istotnemu osłabieniu, zwłaszcza w
stosunku do franka szwajcarskiego. A znaczna część polskich obywateli wzięła
kredyt na mieszkania właśnie w tej walucie, co teraz powiększa spłacane przez
nich raty.
– Jeśli chodzi o politykę rządu zmniejszenia deficytu fiskalnego, trudno nie
zauważyć, że jest ona szczególnie niekorzystna dla niezamożnych obywateli –
uważa prof. Kaźmierczak, wskazując jako przykład zamrożenie progów dochodowych
uprawniających do zasiłków socjalnych i rodzinnych. To właśnie z tego powodu
niepełnosprawna pani Alina samotnie wychowująca dwoje dzieci nie może otrzymać
zapomogi socjalnej, bo jej dochody minimalnie przekroczyły ten próg.
– Te progi nie były podnoszone od 2004 r., czyli w istocie o przyznaniu zasiłku
decyduje poziom dochodów z 2004 r., a przecież o ile spadła od tego czasu siła
nabywcza pieniądza, o ile wzrosły ceny. Maleją też wpłaty państwa do Funduszu
Pracy na cele przekwalifikowania bezrobotnych, co skutkuje tym, że urzędy pracy
nie mają środków na podnoszenie kwalifikacji bezrobotnych umożliwiających im
zdobywanie nowych zawodów i poszukiwanie miejsc pracy, co oznacza, że rząd
próbuje ratować budżet kosztem ludzi biedniejszych – podkreśla prof.
Kaźmierczak. – Na tym polega antyrodzinna i aspołeczna polityka obecnego rządu –
podsumowuje.
– Jest rzeczą niepojętą, że w sytuacji dodatniego wzrostu gospodarczego spadają
wpływy z tytułu podatku dochodowego od przedsiębiorstw – wskazuje prof.
Kaźmierczak. – Jeżeli jest wzrost gospodarczy, to te dochody powinny rosnąć, a
nie maleć. Zupełnym kuriozum jest to, że wpływy z podatków od pracujących
obywateli są wyższe niż wpływy podatkowe od przedsiębiorstw (pierwsze wynoszą
ok. 36 mld zł, a drugie – 25 mld zł). Te proporcje powinny być dokładnie
odwrotne – zaznacza. Okazuje się, że przedsiębiorstwa coraz skuteczniej ukrywają
swoje dochody, a państwo nic z tym nie robi.

 

Adam Kruczek

drukuj