Wzrost dobrego samopoczucia brutto

2010 ma być rokiem wychodzenia światowej gospodarki z kryzysu. Także
Polska ma utrzymać wzrost gospodarczy, a szacunki mówią również o zwiększeniu
produktu krajowego brutto. Jednak nie po raz pierwszy jesteśmy świadkami
dziwnych gier rządu wokół prognoz dotyczących wzrostu PKB.

Wydaje się, że kolejny raz rząd nie jest z Polakami szczery. Oczywiście,
przedstawianie prognoz gospodarczych jest zwykle ryzykowne, często bowiem
zupełnie się one nie sprawdzają. W ostatnich dwóch, trzech latach zachodnie
banki wróżyły Polsce głęboki kryzys, znaczący spadek PKB i o wiele wyższe
bezrobocie niż mamy obecnie. Te najczarniejsze scenariusze na szczęście się nie
sprawdziły, ale o ile banki inwestycyjne miały swoje określone cele, stawiając
pesymistyczne prognozy (mogło im zależeć np. na osłabieniu złotówki, spadku
wartości indeksów giełdowych), bo dzięki nim mogły zarobić setki milionów
dolarów, euro czy funtów, o tyle od własnego rządu Polacy mają prawo oczekiwać
prognoz rzetelnych i uczciwych. Takich jednak na razie nie widać.
W ubiegłym
roku, gdy Sejm otrzymał projekt budżetu na 2010 rok, minister finansów Jacek
Rostowski twierdził na przykład, że wzrost gospodarczy wyniesie 1,2 procent.
Niedawno zaś, gdy prezentowano projekt polskiego planu konwergencji do euro
(dochodzenia do wprowadzenia w Polsce tej waluty) już mówiono o wzroście PKB na
poziomie 3,4 procent. Tymczasem Bank Światowy oszacował, że nasz PKB wzrośnie w
tym roku o 2,2 proc., a rządowe 3,4 proc. mamy osiągnąć dopiero w 2011 roku.
Większość ekonomistów przychyla się do tej ostatniej prognozy, uważając ją za
najbardziej realną. Bank Światowy zresztą bardzo chwali Polskę, zauważając, że
na tle innych krajów (Litwy, Ukrainy) radzimy sobie znakomicie. Dlaczego więc
dane BŚ tak mocno odbiegają od prognoz rządowych?

Co innego mówimy Polakom…
Można by powiedzieć, że spór
o 1 czy 2 procent wzrostu to jałowy dyskurs. Biorąc jednak pod uwagę, że produkt
krajowy brutto wynosi w Polsce około 1,35 bln złotych, to jeden procent oznacza
13,5 mld złotych. Jeśli więc rząd raz twierdzi, że PKB wzrośnie tylko o 1,2
proc., co oznacza przyrost o ponad 15 mld zł, a za drugim razem zapowiada
3-procentowy przyrost PKB, co przełożyłoby się na ponad 40 mld złotych – różnica
jest znaczna.
Ekonomiści wskazują, że w budżecie zapisano celowo niższy
wskaźnik wzrostu PKB, bo zyskują na tym i budżet, i rząd. Minister finansów
przygotował sobie po prostu odpowiednią rezerwę. W oparciu o wskaźnik wzrostu
PKB konstruowano przecież plan dochodów i wydatków państwa oraz określono
wysokość deficytu na rekordowym poziomie ponad 52 mld złotych. Wystarczy więc,
że rzeczywisty wzrost gospodarczy byłby wyższy od zapisanego w ustawie
budżetowej, a wtedy dochody państwa okazałyby się niższe. Biorąc pod uwagę fakt,
że rząd mógł nieco zawyżyć wysokość niedoborów w kasie państwowej, to może się
okazać, że na koniec roku deficyt będzie znacznie niższy. Już teraz, choć mamy
dopiero luty, część analityków prognozuje, że przewaga wydatków nad wpływami
budżetowymi sięgnie ok. 40-45 mld złotych.
Oprócz takiej „kotwicy
bezpieczeństwa”, która zresztą jest stosowana przez rządy wielu krajów (wszak
lepiej zapisać mniejsze wpływy do budżetu i wyższy deficyt, aby nie było potem
potrzeby zwiększania deficytu w ciągu roku), nie mniej istotne są kwestie
propagandowe, do których akurat rząd Donalda Tuska i sam premier przywiązują
ogromną wagę. Pamiętamy jeszcze, jak w zeszłym roku rząd zaciekle bronił się
przed nowelizacją budżetu państwa, przez wiele miesięcy wmawiając Polakom, że
kryzys nas nie dotknie, że nie trzeba ciąć wydatków ani powiększać deficytu.
Nowelizacja została przeprowadzona dopiero po wyborach do Parlamentu
Europejskiego, aby nie zaważyło to na wynikach Platformy Obywatelskiej. Co zaś
zyskałby rząd, gdyby okazało się, że wzrost gospodarczy będzie wyższy niż 1,2
procent? Premier Donald Tuk i minister Jacek Rostowski mogliby wtedy mówić, że
dzięki ich polityce sytuacja gospodarcza naszego państwa wygląda o wiele lepiej,
niż prognozowano to przed rokiem.

…a co innego Brukseli
Można też zadać pytanie: cóż
takiego się stało, że niedługo po uchwaleniu budżetu państwa przez Sejm i Senat
premier ogłasza dumnie w planie konwergencji, iż wzrost gospodarczy w Polsce
wyniesie w tym roku 3,4 proc. (potem resort finansów obniżył tę prognozę do 3
proc.), a w przyszłym aż 4,5 proc. PKB, zaś w 2012 r. 4,2 procent? Odpowiedź
jest bardziej niż prosta. Otóż plan konwergencji jest dokumentem, jaki rząd musi
przedstawić Komisji Europejskiej, która w tamtym roku wszczęła wobec Polski
procedurę związaną z nadmiernym deficytem budżetowym. W planie rząd pokazuje, w
jaki sposób i jak szybko zredukuje deficyt do poziomu 3 proc. PKB. Premier Tusk
chciałby, żeby ten wskaźnik został osiągnięty już w 2012 roku, a najpóźniej w
2013 roku, co pozwoliłoby na wprowadzenie euro w Polsce już w 2015 roku. A
ponieważ nikt rozsądny nie uwierzy, że można zredukować deficyt budżetowy przy
wzroście gospodarczym przekraczającym ledwie 1 proc. PKB, trzeba przedstawić
unijnym biurokratom i decydentom lepsze prognozy, udowodnić, że będziemy mieli
wysoki przyrost produktu narodowego.
Zatem wszystko jest podporządkowane albo
bieżącej polityce wewnętrznej, albo wymogom unijnym.
Profesor Zyta Gilowska,
była minister finansów, wyliczyła w niedawnym wywiadzie na łamach „Naszego
Dziennika”, że rzeczywisty deficyt finansów publicznych będzie zdecydowanie
wyższy od tego, który został zapisany w ustawie budżetowej dzięki odpowiednim
sztuczkom księgowym. I zamiast 52 mld zł trzeba go zwiększyć do 130 mld zł,
czyli do 10 proc. PKB, a to już jest ogromne zadłużenie. Co gorsza, bez
przeprowadzenia niezbędnych reform i dynamicznego rozwoju gospodarki nie uda się
szybko tego deficytu zmniejszyć ani też zredukować rosnącego wciąż długu
publicznego. Tymczasem odnosi się wrażenie, że rząd jedynie pozoruje reformy,
chcąc przetrwać w dobrej kondycji do tegorocznych wyborów prezydenckich i do
wyborów parlamentarnych w roku 2011.

Rząd się kłóci
Ponad dwa lata rządów premiera Donalda
Tuska nauczyło Polaków, że obecna ekipa stara się mieć ciągle inicjatywę
polityczną, zgłaszając coraz to nowe projekty reform gospodarczych i ustrojowych
państwa, z których niedużo zostało zamienione na ustawy czy rozporządzenia.
Wiele wskazuje na to, że podobnie stanie się z planem konwergencji, jak i ze
znacznie ważniejszym dla Polski Planem rozwoju i konsolidacji finansów, którego
zapisy stały się częścią dokumentu przygotowywanego dla KE. Oba te plany stały
się przedmiotem walki wewnątrz koalicji rządowej między Platformą Obywatelską a
Polskim Stronnictwem Ludowym. PO i PSL kłócą się jednak przede wszystkim o
reformę finansów publicznych, gdyż ludowcom nie podoba się to, iż projekt
reformy został przedstawiony bez ich zgody. Bez akceptacji PSL Tusk chce dokonać
zmian systemu podatkowego i ubezpieczeniowego rolników, co spowoduje nałożenie
na producentów żywności większych obciążeń finansowych na rzecz państwa. Pawlak
nie kryje, że nie podoba mu się to, iż czysto partyjny projekt PO premier
przedstawił na Politechnice Warszawskiej jako program rządowy. Ludowcy nie bez
powodu podejrzewają, że Platforma chce ich kosztem zdobyć sondażowe punkty i
uzyskać wsparcie ze strony tych środowisk ekonomicznych, politycznych,
medialnych i biznesowych, które domagają się obciążenia rolników wyższymi
składkami ubezpieczeniowymi i nałożenia na właścicieli gospodarstw podatków
dochodowych. Protesty ze strony PSL są z kolei komentowane jako „obrona
nienależnych przywilejów”, „przeszkadzanie w reformowaniu finansów publicznych”
itp. Ponadto w razie problemów z wdrożeniem niezbędnych ustaw PO zawsze będzie
mogła wskazywać na koalicjanta jako tego, który wkłada kij w szprychy rządowego
roweru.
Niestety kłótnia między koalicjantami nie najlepiej wróży na
przyszłość, a przecież trzeba mieć na uwadze ogrom wyzwań (nie tylko
gospodarczych) stojących przed Polską.

Krzysztof Losz

drukuj