Wyborcze zawieszenie broni

Alaksandr Łukaszenka i Dmitrij Miedwiediew spotkali się w Moskwie 10 grudnia
na parę godzin przed spotkaniem prezydentów państw tworzących wspólną przestrzeń
gospodarczą i unię celną – Białorusi, Kazachstanu i Rosji. Rozmowa tête à tête
dotyczyła "aktualnych spraw" i przebiegła w "spokojnej, konstruktywnej i
przyjaznej atmosferze". Po spotkaniu Miedwiediew po raz pierwszy skierował pod
adresem białoruskiego przywódcy słowa uznania, a Łukaszenka demonstrował dobry
nastrój i zadowolenie z przebiegu rozmów. Najwyraźniej strony zawarły wyborcze
zawieszenie broni i zajęły się podliczaniem strat i korzyści wyniesionych z
kilkumiesięcznych działań zaczepnych. Moskwa zrezygnowała z prób ingerowania w
przebieg białoruskich wyborów, a Mińsk, idąc na pewne ustępstwa w dziedzinie
gospodarki, zyskał tak ważny dla niego czas.

Poprzednie spotkanie obu prezydentów odbyło się w czerwcu i było na tyle
"konstruktywne", że Rosja i Białoruś przekształciły się na kilka miesięcy w
jawnych wrogów. W rosyjskiej telewizji prezentowano obraźliwe dla Łukaszenki
materiały, a Białoruś odpowiadała zmasowaną krytyką pod adresem Kremla.
Urządzano wojny celne. Strony spierały się o ceny gazu i wysokość opłat za jego
tranzyt. W czasie niedawnego Ogólnobiałoruskiego Forum Narodowego prezydent
otwarcie odgrażał się, że nie pozwoli, aby "nas kopali i bili po mordzie".
Oficjalna agencja informacyjna i gazeta "Białoruś Sowiecka" na wszelki wypadek
tych słów nie cytowały.
Łukaszence przede wszystkim potrzebna jest neutralność Rosji w czasie wyborów. W
jego skomplikowanej grze z Unią Europejską bardzo ważne jest stworzenie
wrażenia, że wybory były uczciwe. Po raz pierwszy zależy mu na zwycięstwie w
prawdziwie demokratycznej rywalizacji. Główną przeszkodę w realizacji tych
zamiarów stanowi Moskwa. Choć "miński Majdan" jest mało prawdopodobny, to jednak
Kreml jest w stanie wesprzeć lub zainspirować akcje protestacyjne po ogłoszeniu
wstępnych wyników wyborów, co może zaszkodzić Białorusi. Kompromis z Moskwą jest
więc Łukaszence potrzebny, chociaż rosyjska machina propagandowa pracuje bardzo
topornie, a jej białoruski odpowiednik osiągnął już zdolność neutralizowania jej
skutków przy pomocy haseł antymoskiewskich. Kilkumiesięczne wysiłki wrogiej
wobec Łukaszenki propagandy przyniosły wymierne rezultaty, ale tylko w Rosji.
Według niedawnego sondażu Centrum Lewady, pozytywnie do Łukaszenki odnosi się 30
proc. respondentów w Rosji, gdy w kwietniu 2007 roku pozytywnych odpowiedzi było
44 procent. Przy utrzymaniu się tej tendencji i przeniesieniu się jej na
Białoruś perspektywy polityczne Łukaszenki nie wydają się pewne. Nie dotyczy to
jednak tych wyborów. W miarę niezależne badania dają obecnemu prezydentowi
Białorusi 40-48 proc. głosów w pierwszej turze głosowania i znaczną przewagę nad
każdym następnym w kolejności kandydatem. Zwycięstwo Łukaszenki w drugiej turze
wydaje się więc wielce prawdopodobne, a biorąc pod uwagę specyfikę głosowania w
państwach postsowieckich (np. w Rosji), nie można wykluczyć zwycięstwa już w
turze pierwszej. Wiele zależy od stopnia subtelności gry toczącej się w
trójkącie Mińsk – Moskwa – Bruksela. Oprócz sytuacji politycznej przed wyborami
prezydenckimi istotny jest także ekonomiczny aspekt kompromisu. Rosja zgodziła
się bezterminowo znieść cła na sprzedawaną Białorusi ropę, w zamian za co cła na
wszystkie produkty naftowe wytwarzane na Białorusi będą wpływać do budżetu
Rosji. Z porozumienia wyłączono cła za produkty uzyskane z przerobu ropy
naftowej importowanej z Wenezueli i Azerbejdżanu. Zasady te zaczną obowiązywać
od 1 stycznia 2011 roku, pod warunkiem jednak, że Białoruś ratyfikuje wszystkie
dokumenty dotyczące wspólnej przestrzeni gospodarczej i unii celnej. Szacuje
się, że osiągnięty kompromis pozwoli Białorusi zaoszczędzić ok. 3,9 mld dolarów
rocznie. Ponadto przyjęte rozwiązania stwarzają możliwość ich zrewidowania za
trzy lata, a więc przed kolejnymi wyborami prezydenckimi.
Moskwa musiała pójść na rękę Łukaszence z kilku powodów. Po pierwsze, Mińsk
udowodnił, że jest w stanie częściowo zaspokoić swoje potrzeby przy pomocy ropy
wenezuelskiej, a potencjalnie także i azerskiej. Po drugie, zdołał
zdywersyfikować trasy dostaw tego strategicznego surowca, wykorzystując
terytoria państw bałtyckich i Ukrainy. Po trzecie, Kreml zaniepokojony sygnałami
o ociepleniu w stosunkach Białorusi z UE, USA, a także intensyfikacją współpracy
z państwami bałtyckimi, zaczął obawiać się obrania przez Białoruś prozachodniego
kursu. Po czwarte, Mińsk skutecznie ociągał się z podpisaniem dokumentów
kształtujących podstawy wspólnej przestrzeni gospodarczej Białorusi, Kazachstanu
i Rosji, wymuszając ustępstwa Moskwy w dogodnym dla Łukaszenki momencie.
Można dostrzec analogię pomiędzy stopniowym narastaniem konfliktu między Gruzją
i Rosją a obecnymi relacjami na linii Moskwa – Mińsk. Czekając na kolejny etap
sporów, warto przypomnieć, że w podobny sposób w 2004 roku Moskwa z uznaniem
przywitała zwycięstwo Micheila Saakaszwilego. Punktem zwrotnym w stosunkach
dwustronnych były rozmowy Putina z gruzińskim przywódcą latem 2006 roku,
zakończone dziwną konferencją prasową. Spotkanie przebiegało w tak
"konstruktywnej atmosferze", że gruziński prezydent nie przyjechał na
nieformalny szczyt WNP. Jesienią 2006 roku rozpoczęły się prześladowania
Gruzinów w Rosji, a ich finałem było gorące lato 2008 roku. Na razie
prezydenckie wybory na Białorusi przebiegają pod hasłem "Białoruś w
niebezpieczeństwie". Prawdopodobnie zakończą się sukcesem Łukaszenki. Oby na tym
skończyły się postsowieckie analogie.

Prof. Włodzimierz Marciniak
 

drukuj