Wszyscyśmy z Kochanowskiego

W święto Bożego Ciała, 21 czerwca 1984 roku w Zwoleniu, miała miejsce
wyjątkowa religijno-patriotyczna uroczystość – pogrzeb naszego największego
poety Jana Kochanowskiego (1530-1584). Na ten dzień czekał szczególnie jeden
człowiek, Kazimierz Bosek, pisarz i publicysta, który poświęcił 25 lat życia
(zmarł w 2006 roku) na poszukiwanie szczątków Jana Kochanowskiego, ich godne
uczczenie i wyeksponowanie na mapie kulturalnej Polski.

Jego historyczne śledztwo rozpoczęło się od zwoleńskiego nagrobka Jana
Kochanowskiego, którego inskrypcja zwodniczo głosiła, że tu właśnie spoczywa.
Zwieńczeniem zaś poszukiwań archeologicznych i antropologicznych oraz wielu
badań historycznych stał się symboliczny pogrzeb prochów poety i jego rodziny w
miejscowym kościele w Zwoleniu, przy dźwiękach dzwonów, przypadający w
czterechsetną rocznicę śmierci Jana z Czarnolasu, właśnie w Boże Ciało.
Z tej okazji list do biskupa sandomiersko-radomskiego wystosował Jan Paweł II.
Jak pisze Marzena Baumann-Bosek, żona Kazimierza Boska, w wydanej właśnie
książce "Na tropie tajemnic Jana z Czarnolasu", list ten nie dotarł na czas do
adresatów, nie został więc odczytany w dniu pogrzebu. Trzeba pamiętać, że był to
rok 1984, niedługo po oficjalnym zniesieniu stanu wojennego, który to
propagandowy zabieg niczego specjalnego nie zmieniał w ponurej atmosferze
beznadziei PRL-u tych lat.
Papieski list jest ogólnie nieznany, tak jak i zdjęcia Kroniki Filmowej, która
dokumentowała tamten zwoleński pogrzeb. Przypominając wyjątkowe znaczenie
Kochanowskiego dla dziejów polskiej kultury, Jan Paweł II podkreślił "szczególne
przejęcie się Poety ideałem twórczości artystycznej jako służby narodowi".
Twórczość Kochanowskiego stała się, jak napisał, "symbolem polskości i wielkości
języka polskiego". Wyjątkowy w swej treści list Jana Pawła II, wszak także
poety, podkreśla wręcz symboliczne u Kochanowskiego więzi "ziemi z niebem",
"poezji z religią". Chodzi tu głównie o liryki religijne Jana Kochanowskiego,
Polaków "kanon zbiorowej pobożności", czyli "Kto się w opiekę poda Panu swemu"
oraz hymn "Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary?", pieśni śpiewane po
dziś dzień w naszych świątyniach jako prawdziwy przykład wiary polskiego
Kościoła.
List Jana Pawła II nie jest jedyną niespodzianką książki wydanej po śmierci
Kazimierza Boska przez jego żonę. Oprócz pasjonujących opisów historycznego
śledztwa, które przybliża nam "ojczyzny" Kochanowskiego – Sycynę, Czarnolas,
Zwoleń, znajdujemy w niej dotąd nigdzie niepublikowany "Regestr stronników Jana
K.", którego inspiracją dla Kazimierza Boska było ostatnie staropolskie wydanie
"Dzieł wszystkich Jana Kochanowskiego" wydrukowane u Piotrkowczyka w Krakowie w
1639 roku. Regestr zawiera nazwiska znane oraz nazwiska osób nieznanych ogółowi,
dających jednak wzruszające świadectwo przywiązania do Kochanowskiego jako
symbolu polskiej tożsamości i narodowej kultury. Równocześnie wypowiedzi te są
wyrazem hołdu składanego Kazimierzowi Boskowi za jego uparte dążenie godnego
upamiętnienia "Mistrza Jana".
Regestr tych "mniej znanych" obfituje w krótkie opowieści o PRL-owskiej
rzeczywistości, i z tego względu mógłby się rozszerzyć o regestr tych, którzy
dosłownie burzyli i okradali naszą kulturę z pozostałych jeszcze pamiątek po
rodzinie Kochanowskich.
W czasie wojny krypta Kochanowskich w Zwoleniu była miejscem kryjówki żołnierzy
Armii Krajowej. Kierownik wywiadu zwoleńskiej placówki Józef Cieszkowski "Mir"
przechowywał w niej broń, zupełnie tak samo jak w Powstaniu Styczniowym,
wspomina kpt. AK Antoni Pawlak, rolnik. Marian Bernat ze Zwolenia do dziś
pamięta grabież zabytków z kaplicy w Czarnolesie. Marian Szczepaniak przypomina,
jak komisja z muzeum w Kielcach, było to w 1946 roku, zabrała odkryty w szopie
stary żyrandol z 25 ramionami, o którym słyszało się, że jest po Kochanowskim.
Choć wystawili pokwitowanie, żyrandola tego nikt nigdy nie zobaczył w muzeum. O
tym, jak oficerowie Milicji Obywatelskiej zabrali dwa obrazy z Czarnolasu,
doskonale pamięta pan Władysław Laukajtis z Garbatki. Takie to były czasy. Aż
trudno sobie wyobrazić, że cenne dzieła bibliofilskie trafiały na przemiał do
papierni w Jeziornie. To w tym zakładzie, produkującym papier toaletowy, udało
się odnaleźć egzemplarz Psałterza Dawidowego w przekładzie Jana Kochanowskiego,
wspomina Zdzisław Łabędzki z Konstancina. Mirosław Bąk, sołtys ze wsi Sycyna,
wspomina, że gdy archeolodzy odkryli w parku dwór Kochanowskich, to przyjechała
koparka i zburzyła stare fundamenty, wyjaśniając, że w tym miejscu będą budowane
magazyny, stacja paliw, śmietniki i szambo. Kiedy pan Józef Sałbut postawił
wniosek wybudowania w Sycynie szkoły imienia Jana Kochanowskiego, peerelowskie
władze zakomunikowały, że nie ma wolnego placu pod szkołę, ale wkrótce znalazł
się obszerny na chlewnię. Ale są też w regestrze i heroiczne świadectwa. Na
przykład opowieść Jana Dobrzyńskiego, prowadzącego drogerię w Zwoleniu, o swoim
dziadku stolarzu Zacharkiewiczu, który pewnej nocy roku 1956 pozamieniał
tabliczki z napisami na rynku i "przechrzcił" plac Dzierżyńskiego na plac
Kochanowskiego. Warto przy okazji wiedzieć, że to dzięki panu Zacharkiewiczowi
stoi w Zwoleniu pomnik poety, ale to już późniejsze czasy.
Bo jak pięknie się wpisał Tadeusz Nowak: "Wszyscy jesteśmy z Kochanowskiego – w
słowie i w myśleniu. W modlitwie może najbardziej. A ona, dzisiaj, jest naszą
wielką nadzieją".
 

Wojciech Reszczyński

Autor jest komentatorem w Programie 3. Polskiego Radia SA.

drukuj