Współczesny józefinizm

Jan Maria Jackowski


Kampania negatywna wywołana przez niektóre środowiska medialne i polityczne w związku z powołaniem ks. abp. Sławoja Leszka Głódzia na urząd metropolity gdańskiego jest symptomatyczna. W swej istocie ta akcja miała na celu podważenie fundamentalnej zasady konkordatu o autonomii Kościoła i państwa oraz niezawisłości Kościoła od państwa. Jest przykładem współczesnego józefinizmu, a więc dążeniem do tworzenia „kościoła państwowego obrządku liberalnego” kontrolowanego przez „oświecone elity”, które lepiej wiedzą od Papieża i biskupów, jaki ma być Kościół i co jest dobre dla ludzi wierzących.

Za józefinizmem, według wybitnego historiozofa Feliksa Konecznego, kryje się doktryna głosząca prymat władzy świeckiej nad duchowną, także w sprawach sumienia. We współczesnych realiach tendencja ta przejawia się poprzez próby podporządkowania szczególnie nominacji w Kościele kontroli mediów „postępowych”, a gdy one uznają, że ktoś jest „nieodpowiedni”, to atakują zgodnie z zasadą: uderz w pasterza, a owce same się rozproszą. Schemat działania jest prosty – po „ostrzale” mediów do akcji ruszają politycy i urzędnicy państwowi, którzy naciskają na władze kościelne, by podjęły „jedynie słuszną decyzję”.

W XVIII wieku – a więc w czasach Józefa II (od niego pochodzi pojęcie „józefinizm”), który próbował podporządkować Kościół monarchii habsburskiej – król Prus Fryderyk Wielki kpił, że cesarz austriacki „dekretował nawet ilość świeczek na ołtarzu”.

Dziś to już nie cesarz, ale przede wszystkim wszechpotężne media zastępujące władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą chcą decydować o kształcie rzeczywistości kościelnej. W dobie mediokracji (władza mediów) jej „funkcjonariusze” już nie zadowalają się ustalaniem „liczby świeczek”, ale chcą uzyskać całkowity wpływ na sprawy znacznie ważniejsze.


Obóz postępu i demokracji


Problem jest szerszy i dotyczy nie tylko Kościoła. W naszej rzeczywistości przy pomocy orwellowskiej „politycznej poprawności” dochodzi do dzielenia ludzi na tych, którzy mają „słuszne poglądy”, i tych, których z racji ich „niesłusznych” poglądów należy trwale wykluczyć z aktywnego uczestnictwa w życiu publicznym. W pewnym sensie przypomina to czasy PRL, w których przy pomocy wieców potępienia, cenzury, nagonek prasowych i seansów nienawiści, szeptanej propagandy, wyrzucania z pracy, szykan administracyjnych i innych ohydnych działań kneblowano wolność wypowiedzi i zwalczano ludzi niewygodnych dla totalitarnej władzy. Nie ma się co dziwić, bo – jak mawiał książę Salina, bohater „Lamparta” Giuseppe Tomasiego di Lampedusy – trzeba bardzo wiele zmienić, żeby wszystko pozostało po staremu. Charakterystyczne, że w procederze kontroli kadrowej biorą udział nierzadko nadal ci sami „intelektualiści” i „autorytety moralne”. No cóż, komunizm upadł, ale lewicowy i dialektyczny korzeń pozostał. Czym skorupka za młodu nasiąkła, tym trąci na starość…

Ekspresję „obozu postępu i tolerancji” w coraz mniejszym stopniu wyrażają pałki, szturmówki i pochody w obronie przed „widmem klerofaszyzmu”. Działanie koncentruje się na eliminowaniu przy pomocy mediów z życia publicznego osób niewygodnych, takich, które mają niezależne, odmienne poglądy. Jest to czynione w imię „wartości demokracji”, „szacunku”, „unikania skrajności”, „kompromisu”. Celem takiego działania jest reedukacja społeczeństwa pod hasłem „prawa do wolności wyboru”, a jego produktem końcowym ma być pełna afirmacja Kościoła „rozmytego”, eutanazji, aborcji na żądanie, wyświęcania kobiet, zniesienia celibatu, upaństwowienia wychowania dzieci, homoseksualizmu.

Kazimierz Kapera, wiceminister zdrowia w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego, w maju 1991 roku został odwołany przez premiera po tym, jak jego krytyczna wypowiedź o homoseksualizmie i AIDS wywołała gwałtowne ataki środowisk „postępowych”. Prymas Polski porównał wówczas tę decyzję do aresztowania przez komunistów ks. kard. Stefana Wyszyńskiego na polecenie Bolesława Bieruta. Była to sprawa precedensowa, stąd tak zdecydowana i dalekowzroczna reakcja ks. kard. Józefa Glempa, który zdawał sobie sprawę z tego, do czego prowadzi terror „oświeconych elit”, usiłujących – w tym wypadku skutecznie – przy pomocy medialnego linczu wpłynąć na władzę wykonawczą. Obecne polowanie z nagonką na rzecznika praw dziecka i wniosek o jej odwołanie oparty został na przesłankach ideologicznych, a nie merytorycznych. Wpisuje się w tę samą metodę działania. Rzecznikowi nie przedstawiono żadnego konkretnego zarzutu, a uzasadnienie wniosku zostało napisane publicystycznym językiem demoliberalnej nowomowy, a nie rzeczowej prawnej argumentacji. W przypadku Ewy Sowińskiej posunięto się krok dalej. Intencyjnie została naruszona zasada kadencyjności urzędów sprawowanych z powołania Sejmu. Wiceministra można zgodnie z prawem odwołać w każdej chwili na wniosek ministra arbitralną decyzją premiera. Natomiast do odwołania rzecznika praw dziecka – pod naciskiem „postępowych mediów” – została uruchomiona większość sejmowa. Ostatecznie, obawiając się jednak skutków wątpliwego prawnie wniosku o odwołanie, została wywarta taka presja, że Ewa Sowińska sama złożyła dymisję, wybawiając swych prześladowców z kłopotu.

Strażnicy demokracji nieustannie, w dzień i w nocy czuwają nad właściwym kształtem naszej rzeczywistości. Straszą społeczeństwo i mobilizują je do walki z „kołtuństwem” i „ciemnogrodem”, przestrzegają przed falą nienawiści i ksenofobii oraz „dyktaturą” ciemnych sił. Atakują przy pomocy stawiania zarzutu „kontrowersyjnych poglądów”, „nietolerancji” czy „sprzeniewierzania się duchowi pluralizmu”. Mają swój „obrzędowy kanon”: „rasizm – nazizm – antysemityzm – homofobia”. Zarzucenie choćby krztyny któregokolwiek z tych przewinień zamyka dyskusję, bo nikt „prawidłowo myślący” po usłyszeniu takiego zarzutu nie będzie się zastanawiał nad przyczyną ataku. Wiadomo – „homofob”, a z „homofobem” się nie dyskutuje. „Obóz postępu i tolerancji” posługuje się tą metodą cynicznie i instrumentalnie. Boi się rzeczowej dyskusji, zdając sobie sprawę z tego, że zazwyczaj argumenty są słabe i nie merytoryczne, ale ideologiczne. Znane jest zjawisko polegające na tym, że doktrynerzy, ideolodzy czy fanatycy nie potrafią opisywać rzeczywistości (a cynicy w ogóle nie mają takiego zamiaru). W miejsce faktów wprowadzają własne wyobrażenia, pragnienia lub uprzedzenia.

W 2004 roku „kwiat dziennikarstwa” zamknął się w klatce na znak protestu przeciwko wyrokowi sądu, który skazał redaktora lokalnej prasy na trzy miesiące więzienia za uporczywe zniesławianie urzędnika samorządowego. Została sprokurowana wielka akcja solidarnościowa przeciwko „zamachowi na wolność słowa”. Im bardziej okazywało się, że dziennikarz jest winny – a cała akcja była próbą wywierania brutalnej presji na wymiar sprawiedliwości – tym bardziej krzyczano, że w Polsce knebluje się media. Gdzie były dziennikarskie staranność, rzetelność i obiektywizm? Z jakim dziennikarstwem mamy do czynienia, skoro przez wiele dni urządzano hucpę i mydlono oczy opinii publicznej? I nie wystarczy stwierdzić – jak skomentowała sytuację prezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich Krystyna Mokrosińska – że „to był błąd”. Akcja nie tylko ośmieszyła biorących w niej udział dziennikarzy, ale także podważyła wiarygodność ludzi mediów i ich metod działania.


Dekalog jest „kontrowersyjny”


Przekaz medialny dokonuje się przy pomocy słowa. Są jednak słowa, które niby nic zobowiązującego nie oznaczają, a jednocześnie wiele sugerują i są używane jako bardzo użyteczny instrument do tworzenia czarnego PR. Takie sformułowania określają niesprecyzowany, ale w gruncie rzeczy wieloznaczny związek czy relacje między osobami bądź osobą a jakąś instytucją lub sprawą.

Cechą nowego opisywania rzeczywistości, narzucaną przez „obóz postępu i tolerancji”, jest brak jasnych definicji i kryteriów. W świetle demoliberalnej ideologii dookreślenie znaczenia słów ograniczyłoby bowiem możliwość wyboru własnej interpretacji oraz zaprzeczyłoby „prawu do wolności wyboru”. W konsekwencji słowa używane są w nowych znaczeniach i kontekstach oraz ulegają nieustannej reinterpretacji w zależności od zmieniających się wartości i nowych możliwości wyboru. Mają jednak u czytelnika wywołać przede wszystkim reakcję emocjonalną pożądaną przez nadawcę komunikatu. Są używane jako znakomity instrument na przykład do etykietowania osób zwalczanych przez media „politycznie poprawne”. Takie słowa-klucze to: „związany z” i „kontrowersyjny”.

Główny zarzut w stosunku do ks. abp. Sławoja Leszka Głódzia polegał na tym, że jest „związany z Radiem Maryja” i często „występuje w Radiu Maryja i Telewizji Trwam”. Czyli jest „wrogiem publicznym”. Zgiełk, jaki czyniono w toku kampanii przeciwko księdzu arcybiskupowi, co było widać gołym okiem, był obliczony na takie wpłynięcie na władze kościelne, by wycofały się z nominacji. W „Gazecie Wyborczej” napisano nawet: „Arcybiskup i generał Sławoj Leszek Głódź może zatrzasnąć drzwi pomorskiego Kościoła otwartego przez abp. Gocłowskiego na dialog, na Europę”. Pusty propagandowy slogan bazujący na ignorancji czytelników, którym podrzuca się na pożarcie kolejnego przeciwnika „postępu”, „Europy”, „dialogu”, „tolerancji” i cielęcego zachwytu nad „nowym wspaniałym światem”. Co prawda, gdy już było wiadomo, że nominacja nastąpi, wrzawa tak samo szybko ucichła, jak się zaczęła, ale kto wie, może „GW”, tak bardzo zatroskana o „pomorski Kościół otwarty”, podejmie akcję wbijania kołków w drzwi kościołów gdańskiej archidiecezji, by ich nowy metropolita nie mógł „zatrzasnąć”. Adam Michnik, regularnie bywający w Sopocie, mógłby osobiście zainicjować obronę „pomorskiego Kościoła otwartego” przed hierarchą-satrapą, i pierwszy osikowy kołek – przywieziony na tę okazję specjalnie z Brukseli – wbić w odrzwia kościoła garnizonowego pod wezwaniem św. Jerzego przy Monte Cassino.

Robienie zarzutu, że ksiądz arcybiskup występuje w katolickim radiu, jest śmieszne, a to, że jest przewodniczącym Zespołu Duszpasterskiej Troski o Radio Maryja, to z woli Konferencji Episkopatu Polski. Ale Radio Maryja jest w mediach liberalnych traktowane jako „znak ostrzegawczy” przed zbliżającymi się „moherami” i „zagrożeniem”. Nie tylko w „Gazecie Wyborczej” można regularnie od lat przeczytać, że „powstanie partia związana z Radiem Maryja”. Albo że jakiś X, któremu trudno coś konkretnego zarzucić, jest „związany z” Radiem Maryja. Czasami nawet pojawia się dialektyczne stopniowanie takiej relacji i jest używany zwrot „luźniej związany” lub „blisko związany z Radiem Maryja”, w zależności od efektu, jaki ma zostać osiągnięty.

Takie sformułowania mają podwójny cel. Po pierwsze, podsycać czarną kampanię przeciwko temu katolickiemu medium. Po drugie, dyskredytować osobę lub osoby, którym przypina się taką „łatkę”, bo skoro dana osoba jest „związana” z „potępianą” rozgłośnią radiową, to jest „oczywiste”, że sama w sobie jest już przynajmniej „podejrzana”. Niekiedy celem działania jest dyskredytowanie niewygodnej dla mediów liberalnych inicjatywy, bo jeśli na przykład czytamy, że „środowiska związane z Radiem Maryja stały za propozycjami zmian antyaborcyjnych w konstytucji”, to wiadomo, że chodzi o socjotechniczne „zneutralizowanie” ochrony życia ludzkiego i skanalizowanie inicjatywy polityków działających we własnym imieniu i bynajmniej niepowołujących się na Radio Maryja. Jeśli jest upowszechniana fraza „środowiska związane z Radiem Maryja prowadzą kampanię przeciw traktatowi z Lizbony”, to przy okazji dyskredytuje się wszystkich tych, którzy nie tylko nie są „związani”, lecz również dystansują się od Radia Maryja, ale mają krytyczny stosunek do eurokonstytucji.

Tego typu komunikaty służą nie tylko podsycaniu negatywnych emocji wobec osób czy środowisk, ale dzięki swej wieloznaczności łatwo mogą się stać narzędziem manipulacji. Niejednego przedstawiciela życia publicznego można przedstawić jako osobę „związaną ze środowiskiem przestępczym”, bo do klasy w podstawówce chodził z jakimś dzisiejszym bandziorem. Bo co to znaczy „związany”? Czy to określa osobę zatrudnioną na podstawie umowy o pracę, osobę współpracującą, osobę, która kogoś zna czy jest komuś znana albo ma podobne poglądy i hierarchię wartości?

O jednym z najwyższych obecnie urzędników państwowych można śmiało napisać, że jego niechęć do księdza arcybiskupa Sławoja Leszka Głódzia jest zapewne pokłosiem tego, iż jest „związany z antyklerykalnym środowiskiem liberalnym”. Zaangażowanie polityczne stacji telewizyjnej zabiegającej o „rząd dusz” w Polsce można określić przez pryzmat faktu, że jej „współtwórcy byli związani z peerelowskimi służbami specjalnymi i zajmowali się lokowaniem agentów w mediach”. O pewnej gazecie, że niechęć tego dziennika do projektu IV RP i zdecydowanego odcięcia się od patologicznych układów wytworzonych w III RP być może wynika z faktu, iż „niektórzy przedstawiciele jej kierownictwa byli związani z grą korupcyjną przy okazji nowelizacji ustawy medialnej za czasów Leszka Millera”.

Podobnie jest ze sformułowaniem „kontrowersyjny”. Dla ideologii demoliberalnej „kontrowersyjny” jest każdy, kto jest wierzący, uznaje magisterium Kościoła i jego nauczanie moralne. „Kontrowersyjny” jest Benedykt XVI, bo nie jest relatywistą. „Kontrowersyjne” są oficjalne dokumenty Kościoła dotyczące etyki seksualnej i bioetyki. „Kontrowersyjny” jest także Dekalog, bo poucza człowieka, co jest grzechem. Przy pomocy słów używanych jako wytrychy oraz przebogatego arsenału technik manipulacyjnych każdego (i wszystko) można ośmieszyć, pomówić, obrzucić błotem, poderwać jego autorytet, naruszyć dobre imię i godność. Z każdego dziś można zrobić aferzystę, oszołoma, pedofila, hochsztaplera, zagrożenie dla demokracji, kogoś, kogo trzeba na trwałe wyeliminować z życia społecznego. Przewrotność manipulacji polega na tym, że odbiorca nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest manipulowany, a współczesne społeczeństwa są bezbronne wobec potęgi mediów, które są zdolne do celowego i skrytego fałszowania obrazu rzeczywistości. Jeżeli fałsz przedstawiany jest jako prawda, to wtedy prawda traktowana jest jak fałsz. To właśnie przy pomocy takich działań odbywa się wykluczanie z życia społecznego osób i instytucji, które inżynierowie dusz ze swych „laboratoriów idei” uznają za niewygodne lub zbędne.


Pełzający totalitaryzm


Polska po 1989 roku otworzyła się na świat i u nas są stosowane działania znane na skalę globalną. Podobnie jak w innych krajach również nad Wisłą do nadania „właściwego kształtu” rzeczywistości jest wykorzystywana „polityczna poprawność”. Termin „p.p.” powstał w lewicujących środowiskach uniwersyteckich w Stanach Zjednoczonych i początkowo oznaczał zjawisko zastępowania w języku określeń uznawanych za negatywne na rzecz określeń bardziej neutralnych. Szybko jednak p.p. stała się rodzajem bezwzględnej, totalnej cenzury publicznej bądź autocenzury, która albo zakazuje zajmować się pewnymi tematami, albo też nakazuje je przedstawiać w – nazwijmy to – odpowiednim świetle, czyli zgodnie z wymogami zapotrzebowania ideologicznego.

Siła rażenia p.p. jest ogromna. Jednych wynosi na piedestał, innych publicznie pogrąża. Dzieje się tak, ponieważ język narzucony przez p.p. eliminuje wszystkie słowa wartościujące z wyjątkiem tych, które sama wartościuje. Polityczna poprawność propaguje relatywizm, a w swej praktyce staje się instrumentem fałszowania rzeczywistości i świadomości społecznej. Cechują ją koniunkturalizm i niekonsekwencja, gdyż obecnie stosowane „neutralne” słowa staną się w przyszłości pejoratywne. Piewcy politycznej poprawności, sami się tolerancji domagając, są wyjątkowo nietolerancyjni i agresywni dla myślących inaczej.

Głośnym echem odbiło się niedopuszczenie do funkcji włoskiego komisarza w Unii Europejskiej prof. Rocco Buttiglionego, znanego filozofa i polityka chrześcijańsko-demokratycznego, osobistego przyjaciela Jana Pawła II. Ten wybitny Europejczyk i autor znakomitej książki „Chrześcijanie i demokracja” – na wniosek włoskiego rządu – został w październiku 2004 roku włączony przez przewodniczącego Komisji Europejskiej José Barroso w skład Komisji i miał się zająć tematyką sprawiedliwości, wolności i bezpieczeństwa. Nominacja od samego początku wzbudziła sprzeciw lewicy, przede wszystkim dlatego, że prof. Buttiglione jest praktykującym „konserwatywnym” katolikiem, a w sprawach rodziny i homoseksualizmu ma poglądy zgodne z nauczaniem Kościoła. Socjaliści i grupy Zielonych, jak to się eufemistycznie określa w środowisku eurokratów, „wyraziły zastrzeżenia” co do zdolności prof. Buttiglionego do podjęcia działalności politycznej w sferze praw obywatelskich. Komitet ds. Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych Parlamentu Europejskiego głosował w stosunku 27:26 za odrzuceniem nominacji. José Barroso wycofał się z poparcia dla Rococo Buttiglionego. W jego obronie – bezskutecznie – stanęło wielu europejskich polityków, którzy sprzeciwili się cenzurze „politycznej poprawności” i jawnego dyskryminowania ludzi ze względu na ich przekonania moralne i dlatego, że są katolikami.

Rocco Buttiglione w jednym z wywiadów dzielił się następującym świadectwem o przesłuchaniu przed Komisją Parlamentu Europejskiego: „Chcieli, żebym powiedział, iż w moim sumieniu oceniam homoseksualizm pozytywnie. Czyli żebym zadeklarował, że zdradzam credo mojego Kościoła.

– I nie zadeklarował Pan?

– Nie, ponieważ zgłaszanie takich oczekiwań uważam za wstrętne. Powiem więcej – uważam to za nową formę (…) pełzającego totalitaryzmu. Przecież w wolnym świecie mam prawo powiedzieć, że ktoś popełnia błąd. Zwłaszcza wtedy, gdy twierdzę równocześnie, że ma prawo do tego błędu, i oświadczam, że jego prawa do błędu będę bronił”.

Jego słowa porażająco unaoczniają kierunek, w jakim zmierza Europa, która w przeszłości walcząc z totalitaryzmami, obecnie sama zmierza w stronę „pełzającego totalitaryzmu”. Zostało ujawnione prawdziwe oblicze Unii Europejskiej tworzonej na fobiach antychrześcijańskich i radykalnie laickiej ideologii demoliberalnej. „Pełzający totalitaryzm” jest coraz bardziej ofensywny. Zapewne w niedalekiej przyszłości powstanie specjalny program komputerowy blokujący dostęp „niepewnych” ludzi do wyższych stanowisk, bo na przykład ich rodzice byli wierzący, więc nie są „obiektywni”, albo w dzieciństwie uczęszczali na lekcje religii.


Dyktatura relatywizmu


Kilka miesięcy temu ukazało się w prasie omówienie ważnej książki prof. Roberto de Mattei, wiceprzewodniczącego Włoskiej Narodowej Rady Badań Naukowych, zatytułowanej „La dittatura del relativismo” („Dyktatura relatywizmu”). Autor w swojej analizie stwierdza, że „podstawowe zmagania naszego czasu nie dotyczą polityki czy ekonomii, lecz mają charakter kulturowy, moralny, a w ostatecznej analizie – religijny”. Według prof. Mattei, „chodzi o zderzenie między dwoma wizjami świata: między wizją, która przyjmuje istnienie zasad (pryncypiów) i wartości niezmiennych, wpisanych przez Boga w samą naturę człowieka, a tą wizją, która przyjmuje, że nie istnieje nic stałego i niezmiennego, lecz wszystko jest względne w stosunku do czasu, miejsca i okoliczności”. Relatywizm stanowi ogromne zagrożenie. Bo „jeśli nie istnieją wartości absolutne i nie istnieje obiektywny sąd (o dobru lub złu), wtedy wola mocy jednostek lub grup staje się jedynym prawem społecznym i w ten sposób zadanie wolności dla człowieka przeradza się w żelazną dyktaturę, gorszą niż tyranie znane z historii”.

Według prof. Mattei, do najbardziej niebezpiecznych przejawów tej „dyktatury relatywizmu” należą niektóre instytucje Unii Europejskiej i ONZ, zagrażające zarówno Europie, jak i światu. Część struktur tych instytucji „de facto przekształciła się w prawdziwe intelektualne laboratoria, w których destyluje się 'nowe prawa’, przeciwne do tych tradycyjnych”. Skutkiem filozofii relatywistycznej jest dążenie do narzucenia praw sprzecznych z ochroną i poszanowaniem życia ludzkiego od poczęcia do naturalnej śmierci oraz kwestionowanie naturalnej rodziny, a promowanie przede wszystkim związków homoseksualnych. Dyktatura relatywizmu prowadzi do sprzeczności i paradoksów: „przestępstwo jest podnoszone do rangi prawa, ten, kto broni dobra i odrzuca zło, jest karany”.

Tyle prof. Mattei. Trudno nie dodać, że lewackie hasło „zabrania się zabraniać” towarzyszyło „rewolucji kulturalnej” 1968 roku, jaka ogarnęła uniwersytety w zachodniej Europie i USA. Dziś „pokolenie maja ’68” posiada ogromne wpływy w środowiskach intelektualnych, uniwersyteckich, medialnych, kulturalnych, politycznych, biznesowych, bankowych po obu stronach Atlantyku. Przez lata, gdy stare elity Zachodu koncentrowały się na obronie „wolnego świata” przed sowieckim „imperium zła”, budowało swą pozycję i wpływy w instytucjach międzynarodowych, w mediach, na uniwersytetach, w zapleczach eksperckich, w kręgach międzynarodowej biurokracji. To pokolenie zdobywało przez lata zimnej wojny niepodważalne doświadczenie i po 1989 roku jawiło się jako jedyne posiadające program i autorytet na miarę potrzeb „nowego świata”. Dziś uzyskało niekwestionowaną władzę w ONZ, Banku Światowym, Międzynarodowym Funduszu Walutowym, instytucjach europejskich, globalnym sektorze teleinformacyjnym oraz w różnych innych strategicznych obszarach socjoekonomicznych. Ludzie z pokolenia ’68 stanowią zwartą ponadnarodową wspólnotę ideowo odwołującą się do filozofii postmodernistycznej i relatywizmu. Ich celem jest globalna zmiana kulturowa, wprowadzona przy pomocy najnowszej technologii i zdobyczy inżynierii społecznej.

Zmiana kulturowa, jaka się dokonuje, wymaga nowej etyki, nowych wartości, nowego paradygmatu. Marguerite A. Peeters w eseju „Nowa Etyka Globalna: Wyzwania dla Kościoła” zwraca uwagę, że: „Radykalne zmiany myślenia i zachowania zaszły wewnątrz instytucji, wewnątrz przedsiębiorstw, szkół, uniwersytetów, szpitali, rządów, kultur, ministerstw, rodzin – wewnątrz Kościoła. Fasada instytucjonalna pozostała taka sama, podczas gdy najeźdźcy znajdują się już wewnątrz budynku. Nieprzyjaciela należy szukać w domu: wewnątrz znajduje się nowe pole bitwy postmodernistycznej. (…) Zawartość nowej etyki nie jest jednoznaczna i oczywista. Przedstawiając się jako 'łagodnie konsensualna’, w rzeczywistości ukrywa program wrogi Chrystusowi, program utajony w zachodniej apostazji i kierowany przez wpływowe mniejszości, które znajdują się u steru władzy od 1989 roku. Wielu Chrześcijan nie jest w stanie rozróżnić pomiędzy doktryną społeczną Kościoła i wzorami nowej kultury. Istnieje niebezpieczeństwo, że Chrześcijanie podświadomie zaaprobują nową etykę, w szczególności odnosi się to do państw rozwijających się oraz tych, które się konfrontują bezpośrednio z następstwami globalizacji”.

Nie sposób też nie zauważyć, że totalitaryzmy wyrastają z pogardy dla prawdy i godności człowieka. Nasz wielki rodak Jan Paweł II znał z autopsji komunizm i hitleryzm, które przeszły walcem przez Europę XX wieku. Z tym większą zatem przenikliwością dostrzegał nowe zagrożenia. „Historia uczy – przestrzegał Jan Paweł II w encyklice „Centesimus annus” – że demokracja bez wartości łatwo przemienia się w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm”.

Dlatego współcześni chrześcijanie muszą szczególnie czuwać i roztropnie działać. Nie mogą zwątpić w opatrznościowe przewodnictwo światowych wydarzeń. Trzeba pamiętać, że każde czasy mają swoją specyfikę i wyzwania, ale ludzie wierzący są wezwani, by ewangelizować świat, rozpoznać „znaki czasu” i działanie Ducha Świętego, także w czasach globalizacji.

drukuj