Wierność Boga

Są momenty w życiu, kiedy trzeba zamilknąć, ponieważ słowa nagle stają się
niepotrzebnym balastem. Zamiast nieść informację, zaczynają zaciemniać obraz
rzeczywistości. Ich nadmiar wprowadza chaos. Zamiast wyostrzonego widzenia
pojawia się jego zmętniałe, nic nieznaczące odbicie.
Pokusa takiego spojrzenia pojawia się także przy okazji Bożego Narodzenia.

To bardzo "ryzykowny" dzień. Iluzją, podzielaną zarówno przez wierzących, jak i
niewierzących, jest przekonanie, jakoby mówienie o Bogu mogło być czymś
absolutnie łatwym. Bezwstydność, z jaką świat komercji sięga po motywy dotąd
zarezerwowane dla sfery sacrum – tylko po to, by więcej sprzedać, podkręcić
koniunkturę; aksjologiczna próżnia, w jaką wpadają słowa kolęd, nawała taniego
sentymentalizmu i życzeń, wedle których święta koniecznie muszą być "wesołe"
(?), sprawiają, że coraz więcej osób (co widać w sondażach) nie wie już, o co
chodzi. Ten, którego fakt przyjścia na świat przecież mamy świętować, staje się
niewidoczny, nierozpoznany, wzgardzony. Nie liczy się. Jest mało ważnym
ornamentem świątecznych dni.
Girlandy świerkowe, złocisto-papierowe aniołki, miliony światełek mają rozjaśnić
ludzkie serca, wnieść choć odrobinę ciepła – tylko w minimalnym stopniu to się
udaje. Dlaczego? Bo o inną jasność i radość tu chodzi. Nie o tę, którą niosą w
sobie suto zastawiony wigilijny stół, góra prezentów pod choinką, bliskość
kochanych osób obok. Chodzi raczej o pewność, którą może dać Bóg, zniżający się
do granic ludzkiej egzystencji – wierny przymierzu, jakie zawarł z ludźmi przed
wiekami, konsekwentny w wypełnieniu raz danej obietnicy. Czy potrafimy to
odkryć? Przebić się przez zasłonę zmysłów, płytkiej radości i z pokorą pochylić
się nad miłością Stwórcy?… Nie jest to łatwe.
Dojrzewanie do przyjęcia pełni prawdy o wcieleniu Syna Bożego wymaga czasu.
Szkodliwe są wszelkiego rodzaju "ułatwienia". Dramatyczne jest trywializowanie
prawdy o Bogu, który sam jest głębią rzeczywistości, a nie tylko "przedmiotem
poznania", ponieważ w ten sposób nigdy się Go nie uda spotkać. Nie ma Betlejem
bez Golgoty; matczynego, czułego kołysania Dziecięcia bez przeszywającego krzyku
z krzyża: "Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił!", i bolesnego trwania Maryi
u podstawy krzyża; ciszy stajenki i milczenia Wielkiej Soboty. Kto próbuje
oddzielać od siebie te wydarzenia, nic nie zrozumiał. Nie pojmie wydarzenia
betlejemskiego ten, kto nie pokona w sobie pokusy zatrzymania się na
słodko-sentymentalnej prawdzie o Zbawicielu. Ona jest daleko głębsza. I
pokorniejsza.
Chylimy dziś kornie czoła przed Dziecięciem. Przed młodziutką Miriam i Józefem
czcigodnym. Dołączamy się do anielskich chórów, do pasterzy zadziwionych
jasnością i obwieszczoną im nowiną. Bożego Narodzenia nie można przegapić. To
wielka szansa, aby odkryć swoje szczególne wybranie, zrozumieć życie. Dlatego
przytłacza nas tyle zawiłych spraw, tyle jest dróg zagubionych, ponieważ
wykluczamy możliwość wejścia Boga w ludzki świat. Owszem, cud betlejemski
istnieje w naszej świadomości, lecz tylko jako konwencja, element tradycji,
ornament. To błąd. Koniecznie trzeba wyjść na spotkanie z Jezusem – nawet jeśli
ma to wstrząsnąć całą egzystencją, poruszyć do granic, zmienić ogląd
wszechświata. Nieprzypadkowo wejście do bazyliki Narodzenia Chrystusa jest tak
wąskie i niskie. Nie wejdzie tam nikt, kto się nie pochyli, ukorzy. Inaczej nie
można…
Potrzebna jest nam dziś cisza, nadmiar słów niszczy Tajemnicę. Nie zakłócajmy
jej. Niech trwa jak najdłużej.
Bóg przychodzi…
 

ks. Paweł Siedlanowski

drukuj