Wielkie pranie mózgu przyniosło efekty

Poprzez protest przed prowizorycznie postawionym namiotem na Krakowskim
Przedmieściu stworzyliśmy miejsce, gdzie można rozmawiać, wymienić się
argumentami. Ale socjotechnika jedynie słusznej partii – wieloletnie straszenie
jednych i opluwanie drugich sprawiło, że dla bardzo wielu Polaków już sama
rozmowa jest czymś nie do przyjęcia.

Z okazji święta Biura Ochrony Rządu prezydent Bronisław Komorowski awansował na
stopień generała dywizji szefa biura Mariana Janickiego. Generał odpowiadał za
zabezpieczenie wizyty Lecha Kaczyńskiego w Katyniu. Intuicja mi podpowiada, że
gdyby Janicki był profesjonalistą lub choćby nieukiem, ale kierował się zdrowym
rozsądkiem i dobrą wolą, to prezydent Kaczyński i 95 przedstawicieli polskiej
elity być może dziś żyłoby wśród nas. Ale podtrzymuje, że jeśli chodzi o
zabezpieczenie wizyty Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku, nie ma sobie nic do
zarzucenia. Tymczasem Janicki – który jest odpowiedzialny za bezpieczeństwo
prezydenta, zna procedury i natowskie standardy, odpowiada za ich wdrażanie –
złamał, zdaniem przedstawicieli opozycji, wszystkie przepisy, jakie nakłada na
niego prawo. BOR ani razu nie dokonało rekonesansu lotniska Siewiernyj.
Żaden z funkcjonariuszy nie był nawet na wieży kontrolnej. Skutki amatorszczyzny
Janickiego lub jego złej woli są katastrofalne. Jestem przekonana, że w każdym
normalnym kraju poniósłby odpowiedzialność karną.
Prezydent Kaczyński zginął ponad rok temu na terenie Rosji w do dziś
niewyjaśnionych okolicznościach, gdy wypełniał swoje obowiązki służbowe.
Prezydent Komorowski, który go zastąpił, odznacza teraz tego, kto w oczach wielu
Polaków oprócz premiera Tuska współodpowiada za śmierć Lecha Kaczyńskiego i
innych osób ważnych dla Polski.
Zamiast więzienia – odznaczenie. Nieudolność (?), która wyrządziła niesłychaną
krzywdę Polakom, pozostaje bezkarna. Mało tego, zostaje nagrodzona. I co? I nic.

Ostatnio byłam świadkiem sporu na ulicy, czy rządzi nami mafia czy sekta. Gdybym
miała zabrać głos w tej dyskusji, to uważam, że Polską rządzi niebezpieczna
sekta, po której jeszcze długo Polacy będą musieli przechodzić odwyk.

W niewoli socjotechniki
Na zdrowy rozsądek nic się tu nie zgadza. Mówili, że obniżą podatki –
podwyższyli. Mówili, że wybudują autostrady – najpierw zredukowali plany, a
teraz i te ochłapy stoją pod znakiem zapytania. Zakupili na kilkadziesiąt lat
dla nas wszystkich najdroższy gaz w Europie, uzależniając energetycznie nasz
kraj całkowicie od Rosji. Zadłużają nas w tempie, którego Gierek mógłby im
pogratulować. Bezrobocie, fatalny stan służby zdrowia, afery, których
wyjaśnienie tłumione jest w zarodku. "Język miłości" jest językiem nienawiści
niespotykanym dotąd w Polsce. Do tego dochodzi bardzo poważne pytanie o zdradę
stanu w kontekście katastrofy smoleńskiej.
Nie ma co doszukiwać się w tym stylu rządzenia logiki, zasad, bo to nie one są
priorytetem rządów Platformy Obywatelskiej, ale socjotechniczne chwyty. Im nie
chodzi o argumenty, ale o emocje tak silne, żeby przesłoniły racjonalne
wątpliwości. Wspólnota strachu, pogardy i nienawiści jest niezwykle mocna.
Dobrze podsycana złość na "wroga oświeconego ludu" (w tej roli od wielu lat
oczywiście Prawo i Sprawiedliwość) silniej zwiąże niż niejedna wspólna sprawa. I
jeszcze jeden wabik – ten rodzaj społecznego awansu, niczym za PRL,
przyciągający rzesze zakompleksionych, którzy przez deklarację przynależności do
obozu "sił postępu" od razu stają się młodzi, wykształceni, z dużych miast.
Jak wiemy, w jednym są dobrzy – w kreowaniu wizerunku. Jeden z młodych ludzi
powiedział mi do kamery, że nie wyobraża sobie Donalda Tuska naprawdę bijącego
się za Ojczyznę, ale występ premiera w roli wojownika w jakimś spocie reklamowym
– to owszem, może sobie wyobrazić.

Przestrzeń wolności
Poprzez protest przed prowizorycznie postawionym namiotem na Krakowskim
Przedmieściu stworzyliśmy miejsce, gdzie można rozmawiać, właśnie wymienić się
argumentami. Ale socjotechnika jedynie słusznej partii – wieloletnie straszenie
jednych i opluwanie drugich sprawiło, że dla bardzo wielu Polaków już sama
rozmowa jest czymś nie do przyjęcia. Donald Tusk skutecznie wmówił rzeszom
Polaków, że demokratyczny konsensus polega na braku jakiegokolwiek sporu,
debaty. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie.
Wielu ludzi stuka się w czoło lub rzuca jakieś wyzwisko, przechodząc obok
naszego namiotu. Kiedy mimo tego zaproszenia podejdą – czasem z ciekawości, bo
ktoś mimo wszystko okazał im szacunek, bardzo szybko okazuje się, że poza
szyderczymi sloganami znanymi z telewizji, kiedy trzeba bronić konkretnej tezy,
argumentów brak. Z tej bezradności rodzi się albo znów agresja, albo próba
zmagania się z konkretnym problemem:
"Czy chcesz powołania międzynarodowej komisji do zbadania przyczyn katastrofy?
– Tak chcę.
– Nie uważasz, że rodziny, które wystąpiły o ekshumację ciał powinny mieć do
tego prawo?
– Tak uważam.
– Czy twoim zdaniem rząd powinien wystąpić do NATO o udostępnienie zdjęć
satelitarnych z katastrofy?
– No pewnie".
Często poruszamy także kwestię postawienia premiera Tuska przed Trybunałem Stanu
– tutaj potrzeba wiedzy, wysiłku przebijania się przez ścianę propagandy. W
rozmowie dwóch młodych ludzi przed namiotem jest to możliwe. Bywa, że kończy się
przemianą sposobu myślenia i podpisaniem naszych postulatów.
Ale to są wyjątki. Droga jest bardzo trudna. To jak wyciąganie człowieka z
odwyku. Typową reakcją na nasze argumenty jest śmiech, kpina. Tak jak w klasie
poznanego niedawno gimnazjalisty, którego nauczycielka stwierdziła ostatnio, że
największym osiągnięciem prezydenta Kaczyńskiego było to, że zginął w
katastrofie. I większość uczniów wybuchnęła śmiechem. Ale jak mają reagować ci,
którym szkoła organizuje spotkanie z Kubą Wojewódzkim i przedstawia go jako
idola? O ile pamiętam, u mnie w klasie lizusi raczej nie zostawali idolami. A w
łaszeniu się do dzisiejszej władzy Wojewódzki ma, według mnie, osiągnięcia jak
mało kto w Polsce. Tak jak kiedyś komuna właziła w życie Polaków z każdej strony
– pchała się nawet do muzyki – zakazując jazzu, a nakazując pieśni o Stalinie –
tak dzisiejsza propaganda – sprytniejsza, ale równie nachalna, wylewa się nie
tylko z wieców, przemówień, bezczelnych awansów i prób ukrócenia wszelkich form
praworządności (jak sądzę było w przypadku odsunięcia prokuratora Pasionka), ale
sączy się już nawet z programów rozrywkowych.
I wielkie pranie mózgu przynosi efekty.
 

Ewa Stankiewicz
 

 


Autorka jest reżyserem, współtwórcą filmów "Solidarni 2010" i "Krzyż".
Założycielką i prezesem fundacji "Dobrze, że jesteś", pomagającej osobom ciężko
chorym i umierającym, oraz prezesem Stowarzyszenia Solidarni 2010.

drukuj