Wielki come back Jana Krzysztofa

O powrocie do polityki Jana Krzysztofa Bieleckiego mówiono już od momentu powstania rządu Donalda Tuska. Trzeba jednak zaznaczyć, że chodzi o formalny powrót, bo Bielecki w polityce jest cały czas, z mniejszym lub większym natężeniem swojej aktywności. Były premier jest uznawany za szarą eminencję obecnego rządu, bo z nim Donald Tusk konsultuje swoje najważniejsze decyzje. Bielecki to polityczny mistrz obecnego premiera i osoba, do której Tusk ma w tej chwili chyba największe zaufanie. Otwarte pozostaje pytanie, kiedy odchodzący prezes Banku Pekao SA obejmie formalnie którąś z ważnych rządowych funkcji.

Były premier (rocznik 1951 – starszy o 6 lat od Donalda Tuska) to doświadczony polityk. Do grudnia 1990 roku był mało znany w kraju, choć zasiadał w Sejmie kontraktowym, wybrany z listy solidarnościowej. Dużym zaskoczeniem było więc ogłoszenie pod koniec grudnia 1990 roku przez prezydenta Lecha Wałęsę, że to właśnie Bielecki jest przez niego desygnowany na premiera. Jego rząd został powołany przez Sejm w styczniu 1991 roku, a zakończył misję w grudniu tegoż roku, gdy fotel premiera zajął Jan Olszewski. Jan Krzysztof Bielecki działał już wtedy w Kongresie Liberalno-Demokratycznym (po połączeniu KL-D z Unią Demokratyczną został członkiem nowej partii – Unii Wolności, którą opuścił w 2001 roku, gdy dawni liderzy Kongresu utworzyli Platformę Obywatelską), z którego listy startował do Sejmu I kadencji w październiku 1991 roku. I jakkolwiek wielu Polaków krytycznie oceniało rząd Bieleckiego, sam premier stał się na tyle rozpoznawalną i znaną postacią, że osiągnął najlepszy wynik w kraju – oddano na niego 115 tys. głosów. Do rządu wrócił latem 1992 roku, gdy KL-D wszedł do szerokiej koalicji wspierającej rząd Hanny Suchockiej. Powierzyła ona Bieleckiemu funkcję ministra ds. integracji europejskiej. W wyborach 1993 roku mimo bardzo drogiej kampanii Kongres poniósł sromotną klęskę. Bielecki posłem nie został, ale objął intratną posadę dyrektora i przedstawiciela Polski w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju (EBOR) w Londynie. I z bankowością związał się na wiele lat. W październiku 2003 roku został powołany na prezesa zarządu Banku Pekao SA, największego prywatnego banku w Polsce. Kilka dni temu podał się do dymisji – 11 stycznia 2010 r. Bielecki pożegna się z pracownikami i opuści swój gabinet.


Premier dwudziestolecia

Do Jana Krzysztofa Bieleckiego przylgnęła opinia jednego z najlepszych, jeśli nie najlepszego premiera po 1989 roku, a na pewno szefa najbardziej liberalnego i nastawionego prokapitalistycznie rządu. To jednak duże uproszczenie, bo wizerunek tego gabinetu i sytuacja Polski w 1991 roku są bardziej złożone.
Wicepremierem i ministrem finansów pozostał Leszek Balcerowicz, który kontynuował swoją politykę jeszcze z czasów zasiadania w Radzie Ministrów kierowanej przez Tadeusza Mazowieckiego. Jakie przyniosła ona efekty, widać było zwłaszcza w owym 1991 roku.
W zakładach pracy toczyła się wojna o popiwek, który nie był niczym innym, jak administracyjnym ograniczaniem wzrostu wynagrodzeń – jeśli wynagrodzenia zostałyby w danej firmie podniesione ponad urzędowy wskaźnik, wówczas zakład płaciłby ogromny podatek. Co to miało wspólnego z wolnym rynkiem, gdzie swobodnie kształtuje się wynagrodzenia i decyduje o nich zarząd, a nie państwo? Rząd bronił się, że i tak mieliśmy wciąż hiperinflację (prawie 250 proc.), więc popiwek miał nas chronić przed jeszcze większym wzrostem cen. Ale rząd Bieleckiego poniósł, ogólnie mówiąc, porażkę w sferze finansów państwa. Były one w tak kiepskim stanie, że w celu ratowania budżetu dochodziło we wspomnianym roku i kolejnych latach do drastycznych cięć w wydatkach socjalnych. Skutki tego ponieśliśmy później, np. wtedy, gdy Trybunał Konstytucyjny nakazał wypłacenie z budżetu rekompensat dla emerytów i nauczycieli za zbyt niskie podwyżki ich świadczeń i pensji (co było złamaniem praw zapisanych w ustawach) – tak wtedy wyglądała reforma gospodarcza.
Rok 1991 to także czas narastających problemów ekonomicznych na wsi. Załamała się sprzedaż praktycznie wszystkich produktów rolnych i obniżyły się ich ceny, spadł znacznie eksport na rynki wschodnie, państwo ograniczyło dopłaty do kredytów preferencyjnych dla rolników – co spowodowało, że wieś zaczęła bardzo szybko ubożeć, wiele gospodarstw zbankrutowało i zostało zajętych przez komorników, trwała też agonia Państwowych Gospodarstw Rolnych. Do tego doszły kłopoty przedsiębiorstw przemysłowych, rosnące szybko bezrobocie i prywatyzacja w wykonaniu ministra Janusza Lewandowskiego – to wszystko daje nam obraz gospodarki polskiej w 1991 roku. Rząd ogłosił co prawda, że przygotowuje pakiet antyrecesyjny, ale został on krytycznie przyjęty przez parlament. Prawdziwa awantura wybuchła jednak wówczas, gdy rząd Bieleckiego przedstawił posłom projekt budżetu na 1992 rok, co stało się pretekstem do oceny całej polityki gospodarczej rządu. Dramatyczna debata spowodowała złożenie wniosku o odwołanie rządu, a Jan Krzysztof Bielecki uniósł się honorem i sam zgłosił dymisję swojego gabinetu. Posłowie uznali, że tuż przed wyborami zmiana rządu byłaby bezsensowna, i wniosek premiera odrzucili. Bielecki, wspierany przez prezydenta Lecha Wałęsę, domagał się od Sejmu przyjęcia ustawy o specjalnych pełnomocnictwach dla rządu na czas kryzysu, ale posłowie ustawę odrzucili.
Rząd Bieleckiego wynegocjował układ stowarzyszeniowy z EWG (podpisany 16 grudnia 1991 roku, a ratyfikowany przez Sejm w lipcu 1992 roku, już po obaleniu rządu Jana Olszewskiego). Układ był dla Polski wybitnie niekorzystny, otwierał np. nasz rynek na import wielu towarów z krajów EWG, ale Polska nie uzyskała wtedy np. dostępu do rynków europejskich dla swoich towarów rolnych.
Z kolei inną wpadką dyplomatyczną premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego było podpisanie układu o dobrym sąsiedztwie i współpracy ze zjednoczonymi Niemcami. Nie zadbano choćby o zagwarantowanie Polakom mieszkającym w Niemczech takich samych praw, jakie mają Niemcy żyjący w Polsce, np. prawa do: nauki w języku ojczystym, dwujęzycznych nazw miejscowości, ochrony narodowej kultury, nie wspominając już o korzystnej ordynacji wyborczej, która z góry gwarantuje mniejszości niemieckiej jedno lub dwa miejsca w polskim Sejmie. Polacy w Niemczech takiego przywileju w wyborach do Bundestagu nie mają. Nie są nawet przez niemiecki rząd uznawani za mniejszość. Jeśli więc na chłodno stworzymy bilans rządu Jana Krzysztofa Bieleckiego, to nie wygląda on najlepiej, ale i tak, nawet w opinii części parlamentarzystów Platformy Obywatelskiej, Bielecki byłby lepszym premierem od obecnie urzędującego.
Nie można też zapominać o kolejnych istotnych aspektach postawy Bieleckiego. To on wzywał do budowania Europy regionów, gdzie wzmocnione miały być wielkie województwa kosztem władzy centralnej (proponowano, aby powstało tylko 8-12 wielkich województw), bo to miało zlikwidować nacjonalizmy i antagonizmy. – Polityczna mapa Europy czy tego chcemy, czy nie, nie jest jeszcze tworem skończonym. Przyszłe jej wydanie będzie zawierać w miejscu Hiszpanii – Baskonię, Nawarrę, Katalonię, w miejscu Polski – Mazowsze, Kujawy, Warmię, Mazury, Wielkopolskę i obydwa Śląski. Tak zjednoczony kontynent uwolni się od wszelkich konfliktów, w jakie popadały narodowe państwa zrodzone przez XIX wiek. Powróci poczucie wspólnoty i barwna różnorodność – mówił Bielecki w Brukseli w 1993 roku.
Jan Krzysztof Bielecki okazał się także bardzo „postępowy”. Gdy wiceminister zdrowia w jego rządzie Kazimierz Kapera powiedział, że nie akceptuje środków antykoncepcyjnych, a homoseksualizm nazwał zboczeniem, błyskawicznie został zdymisjonowany przez telefon, a premier nawet nie wysłuchał jego racji. Postąpił tak, jak chciały tego postępowe media i „salon”. Był tak mocnym zwolennikiem państwa neutralnego światopoglądowo, że zdarzyło mu się powiedzieć o ks. Prymasie Józefie Glempie per „pan prymas”. Czy było to tylko przejęzyczenie?


Prezes polityczny

Jan Krzysztof Bielecki trafił najpierw do EBOR, a potem do Banku Pekao SA nie z racji swoich zdolności menedżerskich, ale z uwagi na pozycję polityczną. Były premier mający szerokie kontakty z przedstawicielami wielu partii był cennym nabytkiem dla banku. Zresztą opinia o zdolnościach menedżerskich Bieleckiego jest, delikatnie mówiąc, nienajlepsza. – To nie był człowiek od prowadzenia wyrafinowanych operacji gospodarczych, jak np. przejęcia, wykupy innych banków – usłyszeliśmy od jednego z bankowców. Nie brakowało też złośliwych komentarzy, że Bielecki nie za bardzo się w banku przemęczał, ale inkasował rocznie po kilka milionów złotych pensji.
Z czasem Bielecki zaczął jednak przeszkadzać Włochom. Oficjalnie narastający konflikt z UniCredit był właśnie powodem rezygnacji prezesa. Bieleckiemu miało się nie podobać wprowadzenie tzw. dywizjonalizacji, czyli obowiązku składania raportów poszczególnych pionów banków bezpośrednio do włoskiej centrali. W ten sposób pozycja prezesa byłaby osłabiona. Ale dowiedzieliśmy się nieoficjalnie, że Włosi mieli dość spekulacji o powrocie Bieleckiego do polityki i postawili mu ultimatum: albo bank, albo polityka. Publiczną tajemnicą jest bowiem to, że z byłym premierem Tusk konsultował wiele nominacji ministerialnych oraz inne ważne decyzje, jak ostatnie dymisje po wybuchu afery hazardowej. Nic dziwnego, że Bielecki jest nazywany „starszym bratem Tuska”.
Były premier byłby znowu chętnie widziany przez wielu działaczy PO w fotelu premiera. Szef klubu PO Grzegorz Schetyna zastrzega jednak, że na dziś nie ma scenariusza, który zakładałby, że Bielecki zostaje premierem. – Nie słyszałem nigdy ani od premiera, ani od osób z jego otoczenia, aby Bielecki miał objąć tekę premiera. Nie ma mowy o tym, żeby Bielecki był aktywny politycznie, nigdy o czymś takim nie słyszałem – mówił dziennikarzom Schetyna, ale jego sceptycyzm jest zrozumiały, gdyż nie od dziś wiadomo, że obaj nie darzą się sympatią, czy wręcz się nie lubią. Ale premier Bielecki jest rozwiązaniem realnym, oczywiście po wygraniu wyborów prezydenckich przez Tuska. Pierwszym krokiem miałoby być objęcie przez niego funkcji wicepremiera. To wywoła zapewne sprzeciw PSL, bo wicepremierem od spraw gospodarczych jest przecież Waldemar Pawlak. Chyba że Bielecki objąłby resort „niegospodarczy”. Rzecznik rządu Paweł Graś otwarcie powiedział, że „PO zawsze bardzo chętnie zagospodarowuje ludzi, którzy mają w Polsce dobrą pozycję”. Tusk po prostu wie, że jeśli zostawi rząd Bieleckiemu, a partię innemu zaufanemu człowiekowi, to utrzyma wpływy.
Mało prawdopodobne wydaje się natomiast, aby Bielecki chciał zostać członkiem Rady Polityki Pieniężnej, a potem prezesem Narodowego Banku Polskiego, bo wśród bankowców nie ma on najlepszej opinii, a do RPP kieruje się – przynajmniej tak było do tej pory – znanych bankowców, finansistów, a nawet ministrów, ale zawsze byli to specjaliści. Z kolei na fotel prezesa NBP Bielecki musiałby jeszcze długo poczekać.
Jaka będzie przyszłość Jana Krzysztofa Bieleckiego, powinniśmy się dowiedzieć już za kilka miesięcy. Jeśli będzie chciał wrócić do rządu – Tusk mu nie odmówi. I choć Bielecki był słabym premierem, to paradoksalnie może okazać się lepszym szefem rządu od Donalda Tuska. W PO też zaczynają to dostrzegać, a Bielecki ma w partii i klubie parlamentarnym coraz więcej zwolenników.


Krzysztof Losz
drukuj