Wielki, a jednocześnie skromny
Z dr Barbarą Fedyszak-Radziejowską, socjologiem i publicystką,
członkiem Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej z ramienia prezydenta Lecha
Kaczyńskiego, rozmawia Mariusz Bober
Współpracowała Pani blisko z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Jakim był
człowiekiem?
– Ponieważ sama nie przykładam zbyt dużej wagi do
„celebry”, do zewnętrznych form, podobnie jak wielu ludzi „Solidarności”, źle
się czuję podczas oficjalnych spotkań. Dlatego gdy po raz pierwszy zostałam
zaproszona na lucieńskie seminaria (spotkania, na których grono naukowców
dyskutowało na temat ważnych kwestii społecznych), byłam ujęta solidarnościowym
stylem jego prezydentury, który widoczny był także podczas tych spotkań.
Przebiegały one bardzo sprawnie, koncentrowały się na kwestiach merytorycznych,
dyskusje prowadzono na bardzo wysokim poziomie. Wymagały skupienia i poważnego
potraktowania spraw, które dotyczą Polski, oraz tego, jakie elementy naszej
wiedzy historycznej, filozoficznej i socjologicznej należałoby wykorzystać do
zrozumienia obecnej sytuacji. Wtedy poznałam człowieka, który wydał mi się
wielki, a jednocześnie skromny. Choć był prezydentem Rzeczypospolitej, nie
wchodził do sali, dopóki nie weszły tam wszystkie kobiety, i nie usiadł, dopóki
wszystkie panie tego nie uczyniły. Prowadził rozmowy z gronem zaproszonych gości
w sposób bezpośredni, merytoryczny, a czasami też żartobliwy. Niesamowite
wrażenie robiły na mnie niezwykła erudycja i wiedza pana prezydenta. Znałam
biografię Lecha Kaczyńskiego i niezależnie od tego, jak przedstawiały go media,
wiedziałam, że jest to człowiek, który i w Warszawie, i w Gdańsku był związany z
opozycją i tradycjami, które później doprowadziły do powstania „Solidarności”.
Był znakomitym specjalistą w zakresie prawa pracy. Zajmował się więc ludźmi
żyjącymi z pracy najemnej, a nie wielkimi strategiami czy też kompromisami z
władzą. Na tle innych solidarnościowych biografii osób, z których część znalazła
się w obszarze „wielkiej polityki”, sprowadzającej się do transformacji PRL w
duchu dziwnego pojednania, wydawał się człowiekiem bardzo bliskim mojemu
systemowi wartości. Ceniłam to zwłaszcza dlatego, że robił wszystko w duchu
egalitarnego etosu wobec ludzi prostych, na rzecz których i wspólnie z którymi
należało wspólnie działać.
Mimo to Lech Kaczyński był politykiem…
– Był bardzo
bezpośredni (co nie znaczy, że bagatelizował problemy, o których mówił), a
jednocześnie niesłychanie poważny i niesłychanie zaangażowany w sprawy Polski.
Seminaria lucieńskie były przykładem budowania płaszczyzny spotkań władzy z
reprezentantami nauki, organizowanych nie po to, by popisywać się erudycją, ale
by zrozumieć Polskę i zdefiniować najważniejsze zadania i cele jej polityki.
Chodziło o praktyczne sprawowanie władzy w taki sposób, aby możliwie wszyscy
obywatele czuli się dobrze w naszym kraju. To głównie z tego wynika mój szacunek
do Lecha Kaczyńskiego jako polityka, ponieważ uznawał państwo polskie za wielką
wartość w przeciwieństwie do wielu innych polityków, którzy znaczenie państwa
bagatelizowali. Podkreślał rolę sprawności państwa, dbałości o jego obywateli,
służenia im, ale też zasadnicze znaczenie państwa w załatwianiu naszych spraw.
To było zderzenie z modną obecnie doktryną, że państwo współczesne nie powinno w
nic ingerować, ponieważ obywatele sami lepiej zajmą się rozwiązywaniem swoich
problemów i będą – rywalizując ze sobą – osiągać sukcesy, nie oglądając się na
państwo. Jego wizja życia państwowego odróżniała się od dominujących w mediach
poglądów. Uważam, że nieprawdą jest, jakoby wolny rynek rozwiązywał wszystkie
problemy. Takie myślenie to przykład utopijnej wiary ludzi, którzy z prostego
odwrócenia marksizmu wyciągnęli wniosek, że skoro marksizm wcześniej
przeszkadzał, to teraz trzeba go odwrócić, i jak wtedy państwo wszystko robiło
za obywateli, tak teraz wszystko należy zostawić samym obywatelom. Są to skrajne
podejścia, niemające uzasadnienia w praktyce.
Jednak w ten sposób prezydent narażał się niektórym
środowiskom.
– Byłam głęboko przekonana, że weta prezydenta, które
tak wyszydzano w mediach, były racjonalnie umotywowane, zarówno w sprawie ustawy
o mediach publicznych, która w praktyce miała je zlikwidować, jak i ustawy
prowadzącej do komercjalizacji służby zdrowia. Prezydent mówił wprost, że pomoc
medyczna nie może być traktowana jako towar rynkowy, ponieważ nowoczesne państwo
musi wziąć odpowiedzialność za wszystkich obywateli, także za tych, którzy nie
są w stanie, czerpiąc z własnych zasobów finansowych, zapewnić swojej rodzinie
opieki zdrowotnej.
Pamięta Pani jakąś szczególną sytuację podczas swoich spotkań z
prezydentem?
– Przypominam sobie moment, gdy byłam członkiem Rady
ds. Wsi przy prezydencie RP. Podczas dożynek odbywających się w Spale, które
stanowią kontynuację tradycji wprowadzonej przez prezydenta Ignacego
Mościckiego, mówił o problemach wsi. To nie był wcześniej przedmiot jego
zainteresowań. Mimo to przygotował się do tych dożynek bardzo dobrze i mówił z
takim wyczuciem problematyki, że pomyślałam sobie: „Tak, to jest mój prezydent”.
Powołując Radę ds. Wsi, dał jasny sygnał, że jej problemy również są dla niego
ważne. Jego decyzje, tak często krytykowane, dla mnie były dowodem, że bardzo
poważnie traktował swoją funkcję i państwo polskie.
Dlatego nie bał się wchodzić w konflikty z rządem…
–
Dla niego państwo ważne było również jako podmiot polityki międzynarodowej. W
polityce zagranicznej chciał realizować wielkie tradycje współodpowiedzialności
Polski za los krajów, które znajdują się pomiędzy nami a Rosją i które z
większym trudem niż my próbują budować swoją niepodległość. (Wcześniej były one
częścią Związku Sowieckiego). Ja również nie byłam zadowolona ze sposobu, w jaki
pan prezydent wypowiadał się na temat zbrodni na Polakach dokonanej przez
Ukraińców na Wołyniu, ale gdy patrzymy na to, co teraz dzieje się z Ukrainą,
lepiej rozumiemy, że to, co próbował zrobić, było ważne mimo pewnych błędów. Być
może jego polityka wobec Ukrainy przyniesie kiedyś owoce, których dziś jeszcze
nie dostrzegamy. Być może wrócimy do siebie dojrzalsi i mądrzejsi, a Ukraińcy
zrozumieją, że mają jeszcze pewne sprawy do załatwienia. Polityka Lecha
Kaczyńskiego miała znaczenie także dla Gruzji. To była wielka sprawa. Prezydent
zmobilizował polityków, by pojechali do tego kraju w sytuacji poważnego kryzysu.
W ten sposób pokazał, że zaprzyjaźnione państwa są wobec siebie solidarne, może
nawet bardziej niż Unia Europejska wobec swoich państw członkowskich.
Prezydentowi udało się też poprawić nasze relacje z Litwą, pomimo problemów
m.in. z pisownią polskich nazwisk. Chciałabym też zwrócić uwagę na relacje
prezydenta z Czechami. Mam żal do środowisk sceptycznych wobec traktatu
lizbońskiego w formie, w jakiej Lech Kaczyński ostatecznie go podpisał.
Dlaczego?
– Ja również byłam przeciwna traktatowi
lizbońskiemu, wiele treści jest w nim dla nas złych. Jednak dziś mamy do
czynienia z sytuacją, w której dla sceptyków wobec tego traktatu bohaterem jest
prezydent Czech Vaclav Klaus. A przecież on po wielu swoich sceptycznych gestach
ostatecznie podpisał ten traktat dokładnie w takim kształcie, w jakim wywalczył
jego formułę Lech Kaczyński. Klaus bowiem skorzystał z protokołu wyłączającego
także Czechy z funkcjonowania Karty Praw Podstawowych, a dzięki polskim
negocjacjom i ujęciu tzw. mechanizmu z Joaniny wprowadziliśmy możliwość
przedłużenia działania prawa weta. Ostatecznie Czechy ratyfikowały traktat w
takim kształcie, jaki wywalczył Lech Kaczyński. Dlatego niedawno Vaclav Klaus
przyznał, że Lech Kaczyński jest dla niego bohaterem. Mam nadzieję, że w
odkrywaniu roli pana prezydenta w kształtowaniu naszej polityki zagranicznej
zostanie to uwzględnione, także w ocenie kształtowania naszych stosunków z
Rosją.
Choć w tych relacjach było najwięcej napięć…
– Niedawno
dokonałam porównania trzech przemówień: Donalda Tuska i Władimira Putina z 7
kwietnia oraz niewygłoszonego przemówienia Lecha Kaczyńskiego do Rodzin
Katyńskich, które pokazuje, o czym chciał naprawdę powiedzieć w Katyniu.
Prezydent w liście do Rodzin Katyńskich mówił wprost o zbrodni ludobójstwa w
kontekście Katynia, o odpowiedzialności Stalina i o 17 września 1939 roku. W ten
sposób powiedział to, co było prawdą, a nie, że dopiero potrzebujemy prawdy, nie
mówiąc dokładnie, o co chodzi, tak jak to zrobił Donald Tusk. Lech Kaczyński
dziękował też w liście Rodzinom Katyńskim, że przechowały pamięć o zbrodni
sprzed 70 lat. Odnosząc się zaś do Rosjan, powiedział, że docenia to, co zrobili
do tej pory w wyjaśnieniu tej tragedii, ale jednocześnie domagał się, byśmy na
tej drodze prawdy poszli dalej jako partnerzy, ale opierając się na europejskich
wartościach. W ten sposób przeniósł rozwiązanie tego problemu na poziom
demokratycznych państw wymagających stosowania wobec siebie europejskich zasad.
To była ta wielka polityka prowadzona z pozycji prezydenta, który nie ma
kompleksów.
A właśnie w taki sposób próbowano go ośmieszać w
mediach…
– Wcześniej obrażano go, sugerując, że jest politykiem –
łagodnie mówiąc – nieprowadzącym wielkiej polityki. A ja chcę podkreślić, że on
właśnie nadał wielkość polityce prowadzonej przez siebie jako prezydenta i
pokazał wielkość polityka europejskiego. Jeśli w tej polityce czegoś brakowało,
to właśnie poparcia środowisk opiniotwórczych. A mimo to Lech Kaczyński był
politykiem – przepraszam za określenie – efektywnym. Przypomnę, że prasa
rosyjska jeszcze tuż przed tragicznym lotem do Katynia pisała o Lechu Kaczyńskim
jako o rusofobie. Kontynuowała też wątki podjęte wcześniej przez ambasadę
rosyjską w Polsce, pytając, czy aby nasz prezydent powinien lecieć do Katynia w
sytuacji, w której wszystko, co najważniejsze, już się odbyło między premierami
Polski i Rosji. Taka była wtedy atmosfera, a to oznacza, że dla Rosjan ustępstwo
na rzecz Donalda Tuska było w gruncie rzeczy wymuszone tym, że w polskiej
polityce działał Lech Kaczyński, który mógł wygrać tegoroczne wybory i pozostać
prezydentem na kolejne 5 lat. Więc w jakimś sensie jego obecność i polityka były
miarą wywierającą presję, wymuszającą zachowanie pewnych standardów, dzięki
czemu spotkanie Donalda Tuska z Władimirem Putinem w Katyniu było, moim zdaniem,
możliwe.
Dlaczego w takim razie prezydent był tak krytykowany w większości
mediów? Dopiero jego tragiczna śmierć nagle zmieniła to podejście.
–
Mam wrażenie, że do zmiany, która nastąpiła w mediach, przyczyniło się przede
wszystkim właśnie to wcześniejsze podejście. To nie była polemika ani nawet
krytyka polityki prezydenta. To było wyszydzanie. Dlaczego tak traktowano w
mediach Lecha Kaczyńskiego? Myślę, że środowiska, które prowadziły z nim walkę o
władzę, miały świadomość, że jeśli Polacy uzmysłowią sobie jego wielkość,
wówczas zostanie on wybrany na prezydenta na kolejne 5 lat. Takiej atmosfery
wokół prezydenta nie wytworzyły więc same media. Zrobiły to, pozostając w
sojuszu ideowym z politykami, dla których kolejna kadencja Lecha Kaczyńskiego, a
więc wzmocniona dodatkowym zaufaniem obywateli, mogłaby pokrzyżować plany
realizacji innej polityki, mniej solidarnej. To przykład małostkowego podejścia
do prezydenta. Gdyby zdecydowano się na otwartą debatę z nim, wygrałby ją, tak
jak zrobił to w 2005 roku. Te tłumy, które teraz żegnają z żalem swojego
prezydenta, świadczą o tym, że Polacy umieliby go docenić i umieliby docenić
swoje państwo nawet w takim medialnym otoczeniu. Media zostały w ten sposób
zmuszone do innego przedstawiania Lecha Kaczyńskiego, aby oglądali je ludzie,
którzy tak tłumnie przychodzili pożegnać swojego prezydenta. To właśnie te tłumy
zmusiły media do pokazania filmów i zdjęć do tej pory zalegających w archiwach,
a które pokazują urok pary prezydenckiej.
Dziękuję za rozmowę.
