Wielka gra o IPN

A miało być zupełnie inaczej. Zmiany w ustawie o IPN, przeforsowane przez
koalicję PO – PSL, przewidywały poddanie Instytutu politycznej kontroli. Wybór
dr. Łukasza Kamińskiego może przynieść oczekiwany powrót do normalnego
wykonywania statutowych zadań IPN. Oczywiście o ile Kamiński okaże się odporny
na naciski (które na pewno będą) i o ile jakaś nowa naukowa publikacja nie
wywoła kolejnej fali ataków i oskarżeń pod adresem Instytutu.

Narzędziem ubezwłasnowolnienia Instytutu miało być uzależnienie wyboru prezesa
IPN od zwykłej większości w Sejmie (obecnie wystarczają głosy PO i PSL, podczas
gdy wcześniej konieczne byłoby poparcie PiS) oraz powołanie Rady IPN (w miejsce
dotychczasowego Kolegium IPN), która nie tylko wskazuje kandydata na prezesa,
ale także może ściśle nadzorować jego poczynania. Wybór prezesa przez sejmową
większość daje rządzącej koalicji możliwość wyboru prezesa posłusznego – ta sama
większość może go przecież bez większych trudności odwołać.

Runda pierwsza: wybory Rady
W tej operacji kluczowa rola przypadła Radzie IPN. Jej wybór poddano
skomplikowanej procedurze: najpierw wydziały historyczne ważniejszych uczelni
oraz Polskiej Akademii Nauk wyłoniły elektorów, a następnie owi elektorzy
wskazali kandydatów do Rady. Dopiero wówczas – spośród osób wskazanych – pięciu
członków Rady wybrał Sejm (czyli koalicja PO – PSL), a dwóch Senat. Dwóch
członków Rady mianował prezydent spośród kandydatów przedstawionych przez
Krajową Radę Sądownictwa i Krajową Radę Prokuratury.
Kłopoty zaczęły się już na tym pierwszym etapie. Platforma liczyła, że uczelnie,
jeszcze dwa lata temu owładnięte antylustracyjną histerią, wybiorą elektorów, a
ci członków Rady, niechętnych IPN, przeciwnych lustracji, opowiadających się za
ograniczeniem zarówno badań historycznych, jak i samego dostępu do archiwów
bezpieki.
Ten plan się nie powiódł. Niedawny i powszechny na uczelniach strach przed
lustracją wywołali jej polityczni przeciwnicy, rozpowszechniając pogląd, że
każdy, z kim przy okazji np. wyjazdu zagranicznego rozmawiali funkcjonariusze
Służby Bezpieczeństwa, mógł zostać zarejestrowany jako donosiciel, czyli – w
fachowym języku SB – tajny współpracownik. To oczywiście nieprawda: żeby zostać
TW, trzeba było wyrazić na to zgodę, ustalić pseudonim i sposoby kontaktowania
się z bezpieką, przyjąć zadania wyznaczone przez oficera prowadzącego, a przede
wszystkim dostarczać informacji i przyjmować określone korzyści (niekoniecznie w
gotówce). Donosiciele dobrze wiedzieli, czym się zajmują, chociaż dziś większość
z nich udaje, że tak nie było. Gdy postanowiono, że lustracji mają podlegać
także nauczyciele akademiccy, lobby obrońców agentury wywołało popłoch, że
niemal każdy nieformalnie wzywany lub przesłuchiwany mógł trafić do rejestru TW.
Ponieważ w ostatnich dekadach PRL wielu uczonych wyjeżdżało na Zachód, a przy
okazji odbioru paszportu odbywało rozmowę "ostrzegawczą" z SB, panika okazała
się dość powszechna.
Od tego czasu minęło jednak parę lat i emocje opadły. Agenci nadal pracują i
kształcą kolejne pokolenia, wielu aparatczyków PZPR zasiada w uczelnianych
władzach, lustrację uznano za wymysł "zoologicznych" antykomunistów. Pozostał
tylko odruch niechęci i na wielu uczelniach z odrazą myślano o przyłożeniu ręki
do wyboru prezesa IPN, a cała procedura wyborów opóźniała się i ślimaczyła. Gdy
ostatecznie elektorów wybrano, a oni wybrali Radę IPN, okazało się, że
zwolennicy nałożenia politycznego kagańca na Instytut wcale nie stanowią w niej
zdyscyplinowanej większości.
Ponadto śmierć prof. Janusza Kurtyki, prezesa IPN, który zginął pod Smoleńskiem,
uspokoiła wielu polityków i uczonych, którzy wcześniej drżeli o los swoich
karier. Instytut, pozbawiony energicznego kierownictwa, wydawał się znacznie
mniej groźny.

Runda druga: kandydaci na prezesa
Kandydatów na prezesa IPN zgłosiło się czterech. Trzech było już wcześniej
związanych z Instytutem, tylko jeden pojawił się z zewnątrz. To właśnie ten z
zewnątrz, prof. Janusz Wrona z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie,
autor książek o Stronnictwie Demokratycznym (a w czasach PRL członek tej
"sojuszniczej" partii), wydawał się najpoważniejszym kandydatem rządzącej
koalicji, to jego popierał prof. Andrzej Friszke, najbardziej krytyczny wobec
dokonań śp. prezesa Janusza Kurtyki. Wcześniej Wrona kierował komisją powołaną
przez śp. ks. abp. Józefa Życińskiego, badającą inwigilację KUL i duchowieństwa
lubelskiego w okresie PRL. Jak dotąd nie poznaliśmy wyników tych badań.
Wśród pozostałych kandydatów znaleźli się dr Kazimierz Wóycicki, dziennikarz i
historyk, były dyrektor Oddziału IPN w Szczecinie, politycznie kojarzony ze
środowiskiem Tadeusza Mazowieckiego, oraz dr Marek Lasota, obecny szef Oddziału
IPN w Krakowie, do niedawna radny sejmiku małopolskiego z listy Platformy
Obywatelskiej. Czwartym kandydatem był dr Łukasz Kamiński, najmłodszy z
kandydatów, szef Biura Edukacji Publicznej IPN.
W kuluarach Sejmu mówiło się, że w sprawie poparcia kandydatów Platforma jest
podzielona. Podobno frakcja najbardziej przeciwna Instytutowi stawiała na Wronę,
środowisko związane z prezydentem Komorowskim – na Wóycickiego, skrzydło Gowina
– na Lasotę. Trwały gorączkowe konsultacje z członkami Rady IPN.
Wynik wyborów zaskoczył wszystkich: pięć głosów dostał Łukasz Kamiński i to
właśnie jego Rada IPN rekomenduje Sejmowi. Cztery głosy otrzymał prof. Wrona – i
przegrał. Na pozostałych nikt nie głosował. Co oznacza wybór Kamińskiego?
To zdolny historyk młodszego pokolenia (38 lat). Pracował we wrocławskim
oddziale IPN, później Janusz Kurtyka ściągnął go do centrali Instytutu w
Warszawie. W 2009 r. został dyrektorem najbardziej prestiżowego pionu IPN –
Biura Edukacji Publicznej.

Runda trzecia: deklaracje kandydatów
W czasie przesłuchań przez Radę Instytutu wszyscy kandydaci deklarowali
konieczność zmian. Profesor Wrona, który najbardziej krytycznie oceniał
dotychczasowy dorobek IPN, obiecywał, że Instytut nie będzie propagować
niesprawdzonych sensacji ani nie będzie ferować lustracyjnych wyroków. Mogło to
oznaczać, że nie będzie już więcej niewygodnych politycznie ujawnień
konfidentów. Zapowiadał też gruntowną ocenę dotychczasowej działalności naukowej
IPN, najwyraźniej nie dostrzegając faktu, że w badaniach nad historią najnowszą
Instytut nie ma żadnej poważnej konkurencji. Pozostali kandydaci byli bardziej
wstrzemięźliwi, chociaż Wóycicki i Lasota uznawali za konieczną "zmianę
wizerunku" Instytutu. Moim zdaniem, powinni raczej zastanawiać się nad tym, jak
po śmierci prezesa Kurtyki i odejściu kilku jego bliskich współpracowników
uratować wizerunek instytucji, która zdobyła i w Polsce, i w świecie tak wielkie
uznanie.
Podobnie wszyscy kandydaci, także Kamiński, wyrażali troskę o apolityczność IPN.
W wypowiedziach niektórych z nich brzmiała jednak fałszywa nuta: apolityczność w
ich wydaniu miała oznaczać jedynie słuszną linię "politycznego kompromisu", tym
razem jednak już nie z prominentnymi figurami komunistycznego reżimu, ale raczej
z odnotowanymi w archiwach Instytutu donosicielami bezpieki.
Najbardziej fachowe były propozycje Kamińskiego. Deklarował wyłącznie naukową, a
nie polityczną ocenę publikowanych książek, a także przyspieszenie procedur
lustracyjnych. Zapowiadał szerszą współpracę z innymi instytucjami zajmującymi
się najnowszą historią, zarówno polskimi, jak i zagranicznymi. Odniósł się także
do pracy prokuratorów IPN i wyraził opinię, że ta część działalności Instytutu
powinna być "stopniowo wygaszana", co jest następstwem m.in. decyzji Sądu
Najwyższego o przedawnieniu większości zbrodni komunistycznych.
Tym samym liczne przypadki łamania ówczesnego prawa przez funkcjonariuszy SB i
MO, szczególnie w latach 70. i 80., pozostaną bezkarne. Już wcześniej
prokuratorom brakowało determinacji w tej sprawie: w ciągu prawie 10 lat
zaledwie około 5 proc. podjętych postępowań przygotowawczych skończyło się
aktami oskarżenia skierowanymi do sądów. Dziś prokuratorzy IPN prowadzą jeszcze
śledztwa w sprawach zabójstw, ciężkiego uszkodzenia ciała, okrutnego znęcania
się, a także niszczenia lub fałszowania akt SB oraz preparowania dowodów.
Deklaracje kandydata na prezesa IPN, że nie widzi sensu ścigania zbrodni
bezpieki, źle wróżą skuteczności tych działań.

Runda czwarta: jeszcze przed nami
Co teraz zrobi Platforma? Czy zgodnie ze wstępnymi ustaleniami zaakceptuje wybór
Rady i nakaże swoim posłom głosować za Kamińskim? A może odrzuci tę kandydaturę
i poczeka, aż Rada wskaże kolejnego kandydata? W tym jednak wypadku PO musi się
liczyć z perspektywą wyboru prezesa już po wyborach parlamentarnych, a ich dobry
wynik dla rządzącej obecnie partii wydaje się coraz bardziej wątpliwy.
Instytut Pamięci Narodowej potrzebuje ustabilizowanych władz. Okres
tymczasowości źle odbijał się na funkcjonowaniu całej instytucji i nie ma w tym
winy pełniącego obowiązki prezesa dr. Franciszka Gryciuka, który za kadencji
prof. Kurtyki pełnił funkcję wiceprezesa. Stabilizacji potrzebują też pracownicy
IPN, wśród których krążą pogłoski o czystkach zapowiadanych przez jednego z
członków Rady.

 

Prof. Ryszard Terlecki
 


Autor jest historykiem, posłem PiS, byłym dyrektorem krakowskiego oddziału
Instytutu Pamięci Narodowej.

drukuj