Widziałem się z nim dobę przed śmiercią

Z kpt. w st. sp. Stanisławem Hałaczkiewiczem, prezesem Lotniczego Koła
Kombatantów Rzeczypospolitej Polskiej i Byłych Więźniów Politycznych w
Warszawie, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler

9 kwietnia 2010 roku, a więc dzień przed katastrofą rządowego Tu-154M,
spotkał się Pan z gen. Andrzejem Błasikiem.

– Było to spotkanie Zarządu Lotniczego Koła Kombatantów z dowództwem lotnictwa w
Polsce. Takie spotkania przeszły już do tradycji naszego Koła i są praktykowane
od wielu lat. Każdy nowy dowódca Sił Powietrznych jest przez nas powiadamiany o
istnieniu Koła, prosimy o spotkanie, na którym przedstawiamy kim jesteśmy, po co
i w jakim celu działamy. Pan gen. Andrzej Błasik zaraz po objęciu stanowiska
dowódcy Sił Powietrznych również został przez nas powiadomiony o istnieniu Koła.
9 kwietnia 2010 roku odbyło się niezobowiązujące spotkanie z nim, jak to my
określamy – pokoleniowe. Oprócz mnie uczestniczyło w nim dwóch byłych pilotów,
także członków Zarządu Koła. Generał Błasik wręczył mi wówczas medal 90-lecia
Lotnictwa Polskiego.

Podczas tego spotkania generał wspominał, że weźmie udział w uroczystościach
w Katyniu?

– Nie. Powiedział nam tylko: "Przyspieszyłem spotkanie, ponieważ już mnie jutro
nie będzie. Mam bardzo pozytywne i radosne zadanie do wykonania". Nie mówił o
szczegółach. Sam nie wiedziałem, że leci do Katynia. Gdy następnego dnia
dowiedziałem się o katastrofie, nie mogłem w to uwierzyć. Zaniepokoiłem się,
jeszcze przed podaniem oficjalnej listy pasażerów, czy przypadkiem nie leciał
tym samolotem dowódca Sił Powietrznych. Dla mnie, byłego żołnierza, który
walczył podczas II wojny światowej, jego śmierć i śmierć pozostałych 95 osób z
prezydentem RP i jego małżonką to była dosłownie klęska. Z radością zawsze
spotykaliśmy się z generałem Błasikiem, dowódcą Sił Powietrznych, dlatego że był
przyjacielem kombatantów II wojny światowej w ogóle, a szczególnym przyjacielem
naszego Koła. Chcieliśmy mieć w lotnictwie naśladowców, generał Błasik rozumiał
nas doskonale. Sprzyjał nam, często zapraszał na spotkania, na których zawsze
chętnie słuchał, co mieliśmy do powiedzenia. Zdjęcie z ostatniej rozmowy wisi w
moim domu. Odbitkę zdjęcia, które zostało zrobione niecałą dobę przed jego
śmiercią, posłałem pani Ewie Błasik, jak również przekazałem ją uroczyście do
Izby Pamięci 1. Bazy Lotniczej w Warszawie. W katastrofie straciłem także inne
bliskie osoby, m.in. prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego. Widziałem się z nim
jeszcze na Święcie Lotnictwa w sierpniu 2009 roku, a potem na spotkaniu
opłatkowym.

Jak zapamiętał Pan generała Błasika?
– Był człowiekiem wielkiej klasy. Nam, starym żołnierzom, niezwykle przypadł do
gustu z wielu powodów. Po pierwsze, był wielkim patriotą, po drugie, kochał
lotnictwo i profesjonalnie dowodził Siłami Powietrznymi w Polsce. Łączyły nas
silne więzi miłości do Ojczyzny i lotnictwa. Gdy spotykam na swojej drodze
prawdziwego patriotę, staje się on moim bratem. W tym sensie gen. Błasik był mi
osobą szczególnie bliską. Sprawy Polski zawsze leżały mi na sercu, kiedy
miałem16 lat, szedłem z harcerstwa do partyzantki, a później w szeregi 2. Armii
Wojska Polskiego. Z gen. Błasikiem szybko związała nas nić porozumienia. To była
wybitna osobowość spośród wielu dowódców Sił Powietrznych, tworzył atmosferę
przyjaźni w odniesieniu do swoich podwładnych. Był poważany nie tylko w Polsce,
ale również w Europie i w Stanach Zjednoczonych, przewidywano go nawet na
jednego z dowódców w NATO. Nic więc dziwnego, że były jakieś środowiska, które
mogły w sposób niezwykle silny nienawidzić generała, a które teraz rozpętały
przeciwko niemu nagonkę, próbując zniszczyć jego dobre imię. Tym bardziej
nienawidzą jego żony, która usiłuje za wszelką cenę bronić honoru męża, nie
poddając się haniebnym atakom.

Spotykał się Pan w środowisku żołnierzy z krytycznymi opiniami na jego temat?
– Nigdzie w jednostkach lotniczych nie słyszało się nic złego na jego temat.
Wręcz przeciwnie, był niezwykle ceniony. Inna sprawa, że wrogów na pewno każdy
ma, tym bardziej gdy jest wielkim patriotą, i to "na świeczniku". Poprzez
usiłowanie podważenia za wszelką cenę autorytetu wybitnego człowieka, jakim był
generał Błasik, chce się jednocześnie obniżyć wartość naszego wojska, naszej
armii, która właściwie przestała już istnieć. Bo co to za armia, która liczy
załóżmy 60 tysięcy we wszystkich rodzajach wojsk? To nie jest armia, to są jej
szczątki.

Ale komu, według Pana, na tym zależy?
– Ościennym państwom. Generał Błasik wprowadzał w Polsce standardy NATO-wskie w
lotnictwie, a tam dowodzenie, forma postępowania z pilotami, nie mówiąc już o
broni i technologii, są na najwyższym poziomie. Działania te na pewno nie
podobały się państwom ościennym, bo nowoczesne lotnictwo to w tej chwili
podstawa wszelkich działań bojowych. Działania Andrzeja zaniepokoiły na pewno
wielu ludzi, którzy chcieliby, żeby w Polsce było coraz gorzej, a nie coraz
lepiej.

Zaraz po katastrofie w świat poszła podana przez Rosjan informacja, że winni
katastrofy są piloci i gen. Błasik, który na nich naciskał.

– Proszę pana, to jest najwyższe szalbierstwo, ukartowana forma dezinformacji.
Opluwanie naszej armii i naszych dowódców – zginęło tu więcej generałów niż
podczas wojny – odbieram jako zaplanowaną akcję. Jeszcze raz podkreślę, że
wielka polityka i wielki biznes są zdolne do wszystkiego. Wprawdzie czekamy na
polski raport komisji Jerzego Millera, która ma wszystko zbadać i podać te
okoliczności. Jestem jednak absolutnie przekonany, że ten raport będzie podobny
do raportu MAK. Dla wielu wygodnie jest uczynić z generała Błasika kozła
ofiarnego. Już 10 kwietnia 2010 r. mówiłem, że trzeba powołać właściwą komisję,
a w niej powinna się znajdować Japonia, Turcja, Stany Zjednoczone, Polska, na
końcu Rosja.
Chodziło o powołanie komisji międzynarodowej, której przewodniczącym powinien
być prezes Międzynarodowego Zrzeszenia Przewoźników Powietrznych (IATA).
Niestety, stało się inaczej, nie powołano takiej komisji, co doprowadziło do
tego, że otrzymaliśmy haniebny raport MAK. Ten raport to dla mnie stek łajdactw,
pisany od początku do końca pod dyktando Moskwy. To nie tylko moje zdanie,
podzielają je wszyscy koledzy piloci, z którymi na ten temat rozmawiam. Bardzo
niepokoi mnie prowadzone śledztwo. Uważam, że bez międzynarodowego śledztwa
Polska jest podnóżkiem Rosji.

Uważa Pan, że jeszcze jest szansa, aby dotrzeć do prawdy o katastrofie?
– Oczywiście, że jest. Naród w końcu upomni się o tę prawdę, tak dalej być nie
może. Powinniśmy się jednak zwrócić jako państwo o pomoc do innych krajów. Niech
pan porówna chociażby, jak toczyło się śledztwo po śmierci prezydenta USA Johna
Fitzgeralda Kenedy´ego, a jak toczy się u nas. Przecież w katastrofie
smoleńskiej zginęło kilkadziesiąt wybitnych osób. Ich śmierć była ciosem w
polską państwowość.

Nie razi Pana, że wojsko nie stanęło w obronie gen. Błasika i załogi Tu-154M?
– Trzeba nad tym ubolewać. W okresie "szlachetnej komuny" bałem się nieraz, że
moja rodzina będzie przeze mnie cierpieć, ponieważ otwarcie mówiłem o tym, co
myślę. Wyżsi rangą wojskowi powtarzali mi jednak: "Jeżeli wokoło jest pan
otoczony wrogiem, to co można zrobić? Albo oczekiwać na to, że dostanie się
kulkę w łeb, albo podnieść ręce do góry. Wybór jest niezmiernie trudny, ale dla
rozsądku należy podnieść ręce do góry". I to jest sedno zachowania masy wysokiej
rangi oficerów.

Czy nie powinni raczej stanąć po stronie prawdy, a nie patrzeć na własne
korzyści?

– O to chodzi. Widzi pan, nasze pokolenie stać było na stworzenie armii
podziemnej, współczesne pokolenie jest "rozparzone" między euro a tym, co jest w
naszym kraju. Nasz kraj w tej chwili idzie do każdego, kto tylko zaświeci jakąś
walutą, na kolanach zdobywamy jakieś stanowiska w Brukseli. A potem, jak nasi
reprezentanci się zachowują? Gdy rodziny przyjechały do Brukseli, by nagłośnić
problemy związane ze śledztwem, premier Jerzy Buzek nie znalazł czasu, by się z
nimi spotkać. Rządzący, poczynając od pana Bronisława Komorowskiego i Donalda
Tuska, odwracają się plecami do tej sprawy.

Dziękuję za rozmowę.

drukuj