Walka z pedofilią czy z Kościołem?

Po opublikowaniu głośnego listu pasterskiego Benedykta XVI do
Kościoła w Irlandii nie milkną głosy nade wszystko niezadowolonych z dobrego
rozwoju wydarzeń. Ale nie o dobry rozwój wydarzeń chyba niektórym chodziło, lecz
o to, by Ojciec Święty publicznie „rozszarpał na strzępy” całe irlandzkie
duchowieństwo. Tymczasem Papież obciąża tamtejsze duchowieństwo
odpowiedzialnością za występki seksualne w jego szeregach.

Wzywa też do wzięcia odpowiedzialności za te czyny, do duchowej przemiany i
proponuje służące temu niezbędne środki przewidziane prawem kanonicznym i
świeckim. Zamiast o likwidacji – pewnie przez niektórych oczekiwanej –
irlandzkiej hierarchii kościelnej i zastąpienia jej jakimś trybunałem
rewolucyjnym, Benedykt XVI mówi o poczuciu „zdrady” doświadczanym przez wielu z
powodu „grzesznych i zbrodniczych czynów”, które „przyćmiły światło Ewangelii do
takiego stopnia, jakiego nie znały nawet wieki prześladowań”. Dlaczego ta
papieska reakcja na ujawnione czyny niektórym nie wystarcza i niektóre ofiary
tych „zbrodniczych czynów” mówią o „rozczarowaniu listem”, twierdząc, że są to
tylko „słowa”, a „liczą się czyny”, chociaż Papież pisze o odpowiedzialności
winnych nie tylko przed Bogiem wszechmogącym, ale także przed sądami
ustanowionymi specjalnie do wymierzania sprawiedliwości. A może chodzi o
gratyfikację finansową? Czyżby o nią nade wszystko się rozchodziło? Czy dla
osiągnięcia dobra konieczne było też zdymisjonowanie niektórych hierarchów, tak
jakby wspólnota chrześcijańska niczym nie różniła się od spółki akcyjnej, gdzie
dymisja zarządu jest koniecznym warunkiem przezwyciężenia kryzysu
finansowego?
Wygląda na to, że niektórych aż ręce świerzbią do restytuowania
sprawiedliwości po swojemu, co zdaje się mieć na myśli także jeden z polskich
katolickich publicystów prognozujący w związku z papieskim listem „ciszę przed
burzą” dla polskiego Kościoła. Wynikałoby stąd, że Benedykt XVI nie rozejrzał
się po świecie i jeszcze nie wysłał do Polski żadnych inkwizytorów, aby ogniem i
mieczem wytępić zło do samych korzeni. Póki co ów publicysta raczy nas własnymi,
ostatecznymi wyrokami w niektórych głośnych w Polsce sprawach przeciwko
duchownym. Czyżby do orzekania o winie nie było odpowiednich sądów, grzeszników
powinniśmy wieszać sami? Czyżby byli wśród nas spragnieni widoku krwi
kapłańskiej? Takie głosy nie różnią się naprawdę niczym od tych, które
Kościołowi katolickiemu życzą jak najszybszego zniknięcia, a o istnieniu takich
życzeń można wnioskować z wymownego milczenia traktatu z Lizbony na temat
pozytywnego znaczenia chrześcijaństwa w dziejach Europy.

Samosądy czy sądy?
Upodobania do linczów niektórzy
„chrześcijanie” przejmują z obyczajów innych wspólnot. W starożytności to
mieszkańcy Aleksandrii od samego początku założenia tego miasta (przez
Aleksandra Macedońskiego) lubowali się w krwawych samosądach dokonywanych na
ulicach; ich zwyczaj przejęli nawet tamtejsi niektórzy „chrześcijanie”.
Przekonani, iż słynna Hypatia (bohaterka filmu „Agora”) uprawia czarną magię –
zakazaną w rzymskim Prawie XII Tablic pod groźbą kary śmierci – rozszarpali
przed kościołem tę 60-letnią filozofkę. W 457 roku ciało jednego z zamordowanych
biskupów – jak podaje Ewagriusz Scholastyk – wleczono po całym mieście, „przy
czym nie wzdrygali się nawet, zupełnie jak dzikie zwierzęta, spróbować smaku
samych wnętrzności”.
Z chrześcijaństwem nie mieli ci samowolni „sędziowie”
tak naprawdę nic wspólnego. Niestety, zepsuli opinię chrześcijaństwu, o czym
wspomina Sokrates Scholastyk, świadek zamordowania Hypatii, według którego:
„Zbrodnia ta ściągnęła na Cyryla i na Kościół w Aleksandrii niemało hańbiących
zarzutów. Bo ci, co żyją według religii Chrystusowej, nie mają absolutnie nic
wspólnego z morderstwami, bitwami i podobnymi do tych sprawami”. Do dzisiaj te
hańbiące brudy pozostały po owych „gorliwych” egipskich neofitach, którzy z
szatanem i jego sługami zapragnęli wojować z nożami, kamieniami poprzez
rozrywanie grzeszników na części. Za przyczyną tego aleksandryjskiego
prymitywnego tłumu dzisiaj nawet sami chrześcijanie (i to w poważnych
encyklopediach i monografiach naukowych – warto sprawdzić!) obciążają
odpowiedzialnością za mord Hypatii samego św. Cyryla Aleksandryjskiego, jakoby
nie zauważając straszliwej rangi tego bezpodstawnego oskarżenia.
Czyżbyśmy
dzisiaj także chcieli zastąpić odpowiednie sądy jakimś ludowym trybunałem
sądzącym upadłych duchownych? Benedykt XVI postuluje natomiast udział sądów
cywilnych i kościelnych, a najpierw apeluje o publiczne uznanie własnych win:
„Kościół w Irlandii, aby wyleczyć tę bolesną ranę, musi przede wszystkim wyznać
przed Panem i przed ludźmi, że popełnił ciężkie grzechy wobec bezbronnych
dzieci”. Do istoty kary – według jej klasycznej koncepcji – należy też jej
wymiar uzdrawiający. W zapale wykorzeniania zła nie mogą zginąć na wieki sami
czyniący zło, stąd też w przypadku zarzutów o nadużycia seksualne należne są
zawsze: delikatność, dyskrecja oraz domniemanie niewinności, dopóki wina nie
zostanie udowodniona.

Narzędzia walki z Kościołem
Ostrożność Kościoła w sprawie
podnoszonych zarzutów dotyczących upadków seksualnych osób duchownych
podyktowana jest z pewnością także tym, że poprzez takie właśnie oskarżenia na
przestrzeni dziejów regularnie walczono z Kościołem. W oświeceniu, które
szczególnie wsławiło się w tępieniu katolicyzmu – czołowi intelektualiści
(Monteskiusz, Beccaria, Voltaire, Diderot) twierdzili, że Kościół katolicki jest
rozsadnikiem homoseksualnego zboczenia. Jego przyczyną miałby być brak
możliwości kontaktów płciowych z kobietami. Usunięcie tej przeszkody miałoby
niejako zlikwidować zjawisko homoseksualizmu. Wmawiano zatem, że klasztory
katolickie, seminaria i internaty są wylęgarnią homoseksualizmu. Dość
przypomnieć sobie jeden z wątków wciskanego naszej młodzieży w ramach
obowiązkowej szkolnej lektury, również w szkołach katolickich, „Kandyda”
Voltaire’a. Oświecenie francuskie zatem odchodzi od dotychczasowych poglądów na
sprawę sodomii (widzących w niej konsekwencję rozpustności), a rewolucyjna
Francja jako pierwsza w Europie zniosła kary za ten czyn. Tę zmianę
przypieczętował Kodeks Napoleona, w którym nie pojawił się już występek sodomii
i przewidziana zań kara. Nie tyle jednak ulitowano się nad losem wcześniej
surowo karanych sodomitów (karą stosu), ale potraktowano ich jako „owoc”
katolicyzmu. Voltaire twierdził w swoim „Słowniku Filozoficznym”, że wystarczy
zlikwidować katolicki stan duchowny i związany z nim celibat, zamknąć klasztory
i seminaria duchowne, aby zniknął homoseksualizm, nawet przez tego słynnego
libertyna oceniany (co warto wiedzieć) – jako zdecydowanie hańbiący i
katastrofalny występek. Także Diderot w powieści „Zakonnica” straszył
homoseksualizmem w żeńskich klasztorach. Ta retoryka skutecznie wykorzystywana
była wtedy jako pretekst do kasaty zgromadzeń zakonnych.
Według historyków,
także w III Rzeszy traktowano prawny zakaz homoseksualizmu jako wygodne
narzędzie do niszczenia przeciwników politycznych, a w szczególności stosowano
go wielokrotnie wobec katolickiego duchowieństwa. Podaje się, że w latach 1935 i
1937 urządzono w Niemczech dwa pokazowe procesy, aby wywołać wrażenie, że w
Kościele katolickim szerzy się homoseksualizm.

Dziwna nadgorliwość w tropieniu upadków
Benedykt XVI w
swoim liście zwraca także uwagę na przyczyny ostatniego załamania się
irlandzkiego Kościoła, pomimo tak znakomitej, gorliwej katolickiej przeszłości
tego kraju, począwszy od św. Kolumbana. Przyczyną tego było między innymi
przyjmowanie świeckiej mentalności i sądów o rzeczywistości bez wystarczającego
odniesienia do Ewangelii. Nad tą diagnozą trzeba nam się wszystkim dobrze
zastanowić, zwłaszcza tym, którym wydaje się, że akurat oni, niejako genetycznie
„sprawiedliwi”, z pewnością nigdy nie upadną.
Dziwna ta dzisiejsza
nadgorliwość w tropieniu seksualnych upadków akurat duchowieństwa katolickiego
połączona z brakiem jakiegokolwiek zainteresowania w identyfikowaniu codziennych
molestatorów naszych dzieci. Wystarczy tylko włączyć telewizor, wejść na
internetowe strony dla dzieci i młodzieży, pójść do kina z katechetami np. na
„Quo vadis” i zorientować się, kto i gdzie wciąga dzieci w orgie seksualne godne
przyjęć u Nerona. List Benedykta XVI powinien być zatem odczytany z
uwzględnieniem i tych faktów. Także w Polsce tolerujemy głośne lekceważenie
moralnego nauczania Kościoła przez niektórych duchownych i katolickich
publicystów, zachwalających pod niebiosa małżeńską antykoncepcję, nazwaną
miękkim NPR-em, stosowanie prezerwatyw i innych praktyk, niezgodnych nie tylko z
Ewangelią, ale i zdrowym rozsądkiem. Ostatnio też możemy przeczytać, że w
londyńskiej katolickiej szkole Świętego Serca daje się młodzieży prezerwatywy do
wypróbowania (por. J. Smeaton, Girls are told to taste flavoured condoms in
Catholic London school, SPUC Wednesday, 10 March 2010).
Tego elementu
przesłania Benedykta XVI jeszcze z pewnością nie wzięliśmy sobie do serca, w
czym nas już wyprzedzili irlandzcy biskupi ostro występujący ostatnio przeciwko
próbie narzucenia przez władze tamtejszemu Kościołowi obowiązku błogosławienia
homoseksualnym związkom. Oto widzimy, jak błogosławiona może być wina, jeśli
tylko zostanie właściwie zrozumiana.

Dr Marek Czachorowski

drukuj