Walka z krzyżem to powtórka z PRL
Z dr Barbarą Fedyszak-Radziejowską, socjologiem, adiunktem w Instytucie
Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN, rozmawia Piotr Czartoryski-Sziler
W nocy z poniedziałku na wtorek doszło przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie
do bluźnierczej manifestacji z udziałem m.in. młodzieży, która za cel postawiła
sobie usunięcie krzyża upamiętniającego tragedię smoleńską w inne miejsce. Z
czym tak naprawdę mieliśmy do czynienia?
– To, co wydarzyło się pod Pałacem Prezydenckim, naruszyło moje poczucie
bezpieczeństwa. Mimo że tłum był niejednorodny, najbardziej widoczni byli ci,
którzy przyszli wyrazić swój sprzeciw wobec obecności krzyża w sferze
publicznej. Ta manifestacja pokazała, że krzyż, który spontanicznie pojawił się
po 10 kwietnia, by zachować pamięć i okazać szacunek dla ofiar tragedii
katastrofy smoleńskiej, stał się zarówno elementem gry politycznej liderów i
zwolenników PO (i SLD), jak i okazją, by powrócić do swoistego cywilizacyjnego
sporu o prawo ludzi wierzących do obecności w życiu publicznym.
Spór ten wywołała pierwsza decyzja prezydenta elekta Bronisława
Komorowskiego, że krzyż upamiętniający tragedię smoleńską zostanie
przeniesiony…
– Deklarację prezydenta uważam za stricte polityczną, stał za nią wyraźny zamiar
osłabienia, a nawet usunięcia z naszej pamięci demokratycznie wybranego
poprzednika Bronisława Komorowskiego. Nie usłyszałam żadnego merytorycznego
uzasadnienia tej decyzji i do dzisiaj nie znalazłam w mediach ani jednej
przekonującej argumentacji na rzecz jej słuszności. Komentowane są powody
sprzeciwu osób broniących krzyża, milczenie otacza intencje prezydenta
Komorowskiego.
Bronisław Komorowski w swoim haśle wyborczym deklarował zgodę, a faktycznie
prezydenturę rozpoczął od dzielenia Polaków?
– Dał przykład złej polityki. Gdyby sławna deklaracja: "Zgoda buduje, bo Polska
jest najważniejsza", była nie tylko zabiegiem marketingowym, lecz także
politycznym programem, usłyszelibyśmy zapewnienie, że nowy prezydent w
najbliższym czasie podejmie kroki na rzecz umieszczenia tablicy lub postawienia
obelisku upamiętniającego jego tragicznie zmarłego poprzednika śp. Lecha
Kaczyńskiego oraz pozostałe ofiary katastrofy smoleńskiej. To byłaby normalność,
bo w demokracji nowy prezydent szanuje swoich poprzedników – nie w deklaracjach
i w dwóch zdaniach orędzia, lecz w czynach. Niewyobrażalna dla mnie jest
medialna akceptacja sytuacji dokładnie odwrotnej. Jedyne bowiem, co Bronisław
Komorowski zrobił w tej sprawie przed objęciem urzędu prezydenta, to zamiar
usunięcia symbolu upamiętnienia katastrofy, w której zginął poprzedni prezydent.
Jakie konsekwencje powoduje tego rodzaju polityka prezydenta?
– Bronisław Komorowski określający się jako "konserwatywny, wierzący" otworzył
drzwi do sporu o miejsce krzyża w sferze publicznej. Nic dziwnego, że środowiska
lewicowo-liberalne podjęły rękawicę i weszły w ten atrakcyjny dla siebie
polityczno-cywilizacyjny spór z chrześcijaństwem. Człowiek "Solidarności", chcąc
nie chcąc, wprowadza nas w przeszłość, w której kwestionowano prawo do obecności
symboli chrześcijańskich w sferze publicznej. Zdobycze III Rzeczypospolitej
zaczynają być podważane. Pod Pałacem Prezydenckim nie doszło co prawda do
żadnych siłowych rozwiązań, ale proszę zwrócić uwagę, że nie wiemy, co by było,
gdyby nie barierki, policja i straż. To, czego mieliśmy przedsmak w nocy z
poniedziałku na wtorek, ma charakter próby powrotu do czasów, kiedy wiara miała
być tzw. prywatną sprawą człowieka. W gruncie rzeczy styl walki z krzyżem wcale
się nie zmienił. Przyglądając się scenom sprzed Pałacu Prezydenckiego, miałam
poczucie PRL w czystym wydaniu. Jeden z transparentów głosił: "Precz z krzyżami,
na stos z mocherami" [pisownia oryginalna].
Te same mechanizmy, jak za czasów PRL…
– Zdumiewające, że praktyka walki z krzyżem w sferze publicznej zarówno dziś,
jak i w PRL zawsze oznacza to samo: zamiast merytorycznej argumentacji –
szyderstwo, prostactwo i grubiaństwo. Ujrzeliśmy bardzo smutny obraz tej
młodzieży, którą Platforma Obywatelska traktuje jako swoją wizytówkę.
Z pewnością jej zachowanie jest dla Platformy bardzo wygodne…
– Nie wiem, chyba jednak przeważa wstyd. Odsłoniło się oblicze
lewicowo-liberalnego elektoratu: dość luzackie, mało sympatyczne i
nietolerancyjne. To w PRL było oczywiste, że prawo do religii kończy się na
drzwiach kościoła i w drzwiach prywatnego domu. Manifestację trudno nazwać
sporem cywilizacyjnym, bo ci młodzi ludzie nie reprezentowali intelektualnej
grupy laickiej, która odwołuje się do jakichś wartości. Przypominam, że po
śmierci Ojca Świętego Jana Pawła II też byli ludzie, którzy nosili koszulki z
napisem: "Nie płakałem po papieżu", i nie rozumieli, że te słowa ranią innych.
Czym innym jest bowiem demonstrowanie żałoby czy wiary, a czym innym
ostentacyjne, raniące innych demonstrowanie obojętności wobec cudzego
nieszczęścia.
Na czym polega różnica między demonstrowaniem wiary a niewiary?
– Wiara oznacza aktywność i widoczne symbole: modlitwę, budynki, instytucje,
sutannę, krzyż etc. Brak wiary to obojętność na wszystkie te symbole i wartości
– do której każdy ma w demokratycznym kraju prawo. Ale brak wiary to także brak
symboli, instytucji, krzyża etc., co nie jest tożsame z prawem do ograniczania
innym ich symboli wiary. Nie ma tutaj idealnej symetrii, ponieważ ludzie
niewierzący nie potrzebują kościołów, pielgrzymek, klasztorów. Owszem w
marksizmie, leninizmie i komunizmie wokół ideologii tworzono świecką namiastkę
religii, ale w normalnym demokratycznym państwie człowiek niewierzący nie buduje
muzeum ateizmu i nie wysyła na święta kartek z dzieciątkiem Lenin.
Co powinno więc oznaczać – podnoszone tak często przez przeciwników krzyża –
prawo do tolerancji?
– Tolerancja to także szacunek niewierzących dla ludzi modlących się. Młodzi,
którzy manifestowali swoją niezgodę na krzyż przed Pałacem Prezydenckim, nie
pokazali ani szacunku dla ludzi wierzących, ani dla ludzi starszych. Nie okazali
też empatii dla ludzi wyrażających smutek po smoleńskiej tragedii. Szkoda.
Dziękuję za rozmowę.
