Wakacje, dzieci i my
Jak co roku część wakacji spędzamy na działce położonej na terenie przepięknego Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Zanurzamy się w atmosferze składającej się z elementów historii (Jagiellonowie przybywali tu niegdyś na polowania, Zygmunt August nadał miejscowości Osieck prawa miejskie, które zostały jej odebrane za udział mieszkańców w Powstaniu Styczniowym), czystego powietrza, bocianów kołujących na niebie, rozgwieżdżonych nocy, pięknego neogotyckiego kościoła, wypełnionego mocnym i szczerym śpiewem tutejszych gospodyń. Kupiliśmy ten maleńki kawałek ziemi dwanaście lat temu po to, żeby uciec z centrum miasta, gdzie są odwrócone proporcje zieleni i asfaltu.
Po raz kolejny pojawiła się okazja, żeby pobyć razem, przyjrzeć się dzieciom, porozmawiać. Jest wreszcie spokój, bo nie ma codziennej, związanej ze szkołami i pracą gonitwy. Każdego roku te wspólne wakacje są inne, ponieważ zmieniają się nasze dzieci i my… Często wydaje się nam, że znamy nasze dzieci, wiemy, co w nich jest dobre, zdajemy sobie sprawę z ich słabych stron, ale jak się potem okazuje, są to w dużej mierze projekcje i oczekiwania.
W tym roku przeżyliśmy szok. Dzieci wróciły z ciekawych obozów, pełne wrażeń opowiadały o swoich przeżyciach, ale szybko okazało się, że na działce nie jest tak atrakcyjnie i po prostu się nudzą.
A teraz cofnę się trochę w czasie. W naszym domu przez wiele lat nie było telewizora. Nikt nie został zarażony bakcylem TV, więc nie było telewizyjnych oczekiwań. W zamian za to mieliśmy dużo czasu. Były takie wakacje, podczas których chłopcy sami budowali domek na drzewie, nauczyli się posługiwać narzędziami. Tatuś doradzał im, wzmacniał konstrukcję, z mamą konsultowano wystrój ubogiego wnętrza. Wymagało to naprawdę wielu godzin i dni cierpliwej wspólnej pracy. Podczas innych wakacji wszyscy bawili się w Indian, zdobywając różne sprawności, łącznie ze strzelaniem z łuków własnej produkcji, szyciem strojów, zbieraniem piór (najlepiej indyczych) na pióropusze. Czasem groziły nam konflikty z tubylczą ludnością, gdy grupa wymalowanych dzikich Indian wyruszała w pole i zastawiała pułapki na zabłąkanych przechodniów lub (o zgrozo!) nieopatrznie wydeptała ścieżkę w zbożu. Trzeba było łagodzić napięte stosunki z w gruncie rzeczy wyrozumiałymi sąsiadami. Pewnego lata uprawialiśmy ogródek warzywny – takie nasze eksperymentalne poletko. Do tej pory dzieci pamiętają, jak rosną czy kwitną niektóre warzywa, ale czy została im w pamięci refleksja o uprawianiu ogrodu swojej duszy i różnych sposobach jego podlewania? Zastanawiam się, co pozostało w ich świadomości z nabożeństw fatimskich, na które sami przygotowywali lampiony (do dziś leżą w domku). Ileż było wspólnych wycieczek rowerowych (tatuś zadbał, aby każdy już w wieku trzech lat potrafił jeździć na rowerze), które były dla dzieci atrakcją, a dla nas czujną uwagą, by nikomu nic się nie stało. Ile było wieczorów, kiedy po wspólnej wieczornej modlitwie czytaliśmy im na głos ciekawe książki. Przytuleni do nas czuli się bezpiecznie niezależnie od tego, czy na zewnątrz była burza i silny wiatr, czy, wyjątkowo tutaj, czarna noc. Wiele razy powstawały całe miasta z piasku, bawiliśmy się w znajdowanie i rozpoznawanie różnych minerałów, rozpoznawanie ptaków po ich śpiewie (specjalnie wcześniej w zoo kupiłam kasety z głosami ptaków). Trudno zliczyć godziny, które spędziliśmy na rozmowach, żartach, ale też na rozwiązywaniu często pojawiających się konfliktów. Zadziwiała mnie niezwykła twórczość dzieci: wymyślanie oryginalnych konstrukcji, tekstów, organizowanie przedstawień, dokonywanie małych wynalazków. Niektóre udoskonalenia były dla nas tzw. niedźwiedzią przysługą. Kiedyś dzieci zrobiły swój warsztat „Naprawa rowerów u Stanisława”. Kiedy tatuś jechał potem takim wyremontowanym rowerem, nagle podczas jazdy zsunęły się gumowe rączki z kierownicy. Wewnątrz nich był smar (mydło) pracowicie nałożony przez naszego Stasia.
Dzieci zawsze były dla nas ważne. Nie szkoda nam było czasu spędzonego z nimi dla inspirowania ich twórczych pasji lub uczestniczenia w ich przedsięwzięciach.
Wystarczy już tej retrospekcji. Znajdujemy się w TERAŹNIEJSZOŚCI. Wspomniałam na początku, że po obozach dzieci stwierdziły, że na działce jest nudno. Pod ręką był telewizor. Tylko pstryknąć i wkracza barwny, zmienny, interesujący świat… Tyle tylko, że obcy. Nic nie jest w stanie konkurować z tą czarodziejską skrzynką. Takie lekarstwo na nudę, deszcz, pojawiającą się czasem, może trudną, refleksję o sobie. Umowa była taka: tylko jeden film dziennie plus jakiś krótszy program lub odcinek serialu. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że każdy wybierał inne programy, którymi w sumie można byłoby, z małymi przerwami, wypełnić cały dzień. Życie więc zaczęło się toczyć od programu do programu. Trzeba przerwać rozmowę, bo jest już film, tak ustalić godzinę Mszy Świętej czy modlitwy, żeby nie przeszkadzała w obejrzeniu ciekawego programu. Obserwowaliśmy z bólem, jak nasze dzieci, nawet te starsze, które jeszcze niedawno krytykowały młodsze z powodu przywiązania do niektórych programów, same napędzają barwną karuzelę. Wakacje to też czas realnego spojrzenia na nas samych i nasze dzieci. Zainteresowałam się, jakie są te programy i filmy, bo rzadko oglądam telewizję. Czułam stopniowo, jakbym zjadała coś bardzo niestrawnego lub wręcz trującego. Nie mogłam się modlić, obrazy przetaczały się przez moją wyobraźnię, przerażał mnie prezentowany chaos moralny, kompletne pomieszanie dobra ze złem w wielu programach. I to wszystko łykają w pigułkach kolejnych godzin przed TV moje dzieci! Tak łatwo, tak szybko wkracza świat, który każe pędzić, aby nie pomyśleć o Bogu, nigdy nie dotknąć nieprzeczuwalnej głębi; świat szybkiego sukcesu, biznesu, szybkiego seksu, szybkiego zaspokajania zachcianek i realizowania infantylnych pomysłów na życie. Takie znieczulenie, narkotyk pomagający przeżyć życie, podrygując w błazeńskim korowodzie, byśmy w końcu, nieoczekiwanie, znaleźli się po drugiej stronie zaskoczeni albo może nadal zamroczeni.
Pan Bóg nie daje nam, rodzicom, utopić się z powodu uwielbienia naszego własnego rodzicielstwa. Odsłania realia, pokazując, jakie są nasze dzieci: łatwo ulegające błyskotkom, bez pasji poszukiwania Boga, pragnące przyjemności, często niezdolne do wyrzeczenia ze względu na innych. Po kilku dniach takiego „oglądactwa” nam, rodzicom, przyszła myśl, że właściwie dzieci mogą czasem się nudzić, że nie mamy obowiązku ciągłego dostarczania im przyjemności, ale również nie jesteśmy w stanie konkurować z błyskotkami, iluzjami niczym „Fata-Morgan-Gigantyczne”. Wiatr, fale i śmieci zacierają ślady prowadzące do celu. Nie możemy biernie się na to zgodzić. Nie mamy co liczyć na mądrość i dystans dzieci wobec TV. Podejmujemy niepopularną decyzję: tylko jeden wspólnie przez dzieci uzgodniony film dziennie! W ich oczach tracimy. Trudno było przetrwać bunt, ale po krótkiej intensywnej burzy wszystko się uspokoiło i „znormalniało”. Trzeba przecież jakoś zorganizować czas. Okazało się, że znowu można rozmawiać, grać, czytać (jeden z synów pisze swoją książkę), trochę więcej być. Właśnie przed chwilą zobaczyłam ich jadących na rowerach ze starym, zrobionym przed kilku laty latawcem, który od dawna nie mógł doczekać się kolejnego lotu.
Uczą się teraz być dla innych: robią zakupy, wymyślają menu, gotują (tu nie obywa się bez tarć), piorą swoje rzeczy (na działce nie ma pralki), majsterkują, pomagają tacie w wykańczaniu domu: betonowaniu, czyszczeniu, malowaniu.
Spotkałam się kiedyś z takim trafnym rozróżnieniem: odpowiedzialność za dzieci i odpowiedzialność wobec dzieci. Ta pierwsza odpowiedzialność – „za” – wynika z braku zaufania, czy ktoś sobie sam poradzi (dotyczy to szczególnie małych dzieci). Druga odpowiedzialność – „wobec” – coraz bardziej pokazuje nam konieczność dystansu wobec dzieci. Każe skupić uwagę nad tym, jak my postępujemy, jak wypełniamy nasze zadania jako rodzice. Odpowiedzialność „wobec” oznacza też zaufanie do drugiej osoby, że da sobie radę. Przeciwieństwem jest nadopiekuńczość, która jest tak naprawdę realizowaniem siebie przez dzieci. Siebie to znaczy swoich oczekiwań, niespełnionych we własnym życiu pragnień. A więc w końcu jak można mądrze kochać? Jest wiele wartościowych książek na temat wychowania, relacji rodzice – dzieci. Warto je czytać, warto znać podstawowe zasady, ale pomimo tej znajomości często nie umiemy mądrze, bezinteresownie kochać. Nie da się sztywno zastosować wyuczonych zasad. Życie, drugi człowiek, my sami, to wszystko wymyka się schematom. Jak nie poddać się goryczy z powodu naszych niespełnionych oczekiwań, rozwianych iluzji, a zwłaszcza tej najboleśniejszej, że nie wlejemy żywej wiary w serca naszych dzieci? Na pewno bardzo ważny jest szacunek dla inności drugiego człowieka, który nie jest odwzorowaniem moich wizji. Wielkim darem jest dane nam DZISIAJ, dotykające Wieczności. Przeszłość nie zależy już od nas, przyszłość w dużym stopniu też, ale mamy TERAZ. Co zrobić z tym darem? Każdego dnia, na nowo, nie poddając się goryczy czy sukcesom, przyjmować Jezusa i oddawać Mu coraz bardziej ster swojego życia. Coraz bardziej, żeby było tak, jak mówi św. Paweł: „Już nie ja żyję, ale żyje we mnie Chrystus”. A jak On będzie we mnie żył, to będzie we mnie kochał moje dzieci najlepiej jak można. To jest wysiłek, zadanie na każdy dzień, na każde TERAZ, aż On naprawdę do końca przejmie ster. Nieświadomie promieniujemy tym, czym żyjemy. Żyjmy więc Chrystusem, żeby to On promieniował na nasze rodziny.
Gdy kończę ten artykuł, jest 15 sierpnia – święto Matki Bożej, która przychodzi cicho, zawsze gotowa pomóc swoim dzieciom. Pragnie żyć z nami w komunii, bo tylko wtedy będziemy zdolni kochać nasze dzieci bezinteresownie i mądrze. Czeka na nasze zaproszenie. Zapraszamy Ciebie, Maryjo, do naszego życia!
