W trybach politycznej propagandy
Pisze się ostatnio, że kłamstwo katyńskie było „aktem założycielskim”
PRL. To prawda, ale niepełna. Kłamstwo katyńskie było aktem założycielskim
całego powojennego porządku jałtańskiego w Europie. Było dla Stalina odpowiedzią
na pytanie, jak dalece można się dogadać z „aliantami”, gdzie są granice.
Stosunek „aliantów” do sprawy katyńskiej był odpowiedzią na to pytanie: nie ma
żadnych granic, jeśli to dobrze służy bieżącym interesom Zachodu.
W tym roku przeżywamy wiele wzruszeń związanych z przypominaniem i
rozważaniem zbrodni katyńskiej sprzed 70 lat. Przeżywamy też huśtawkę
sprzecznych nastrojów. Kiedy się wydawało, że idzie ku dobremu, że usłyszymy od
Rosji słowa szczerej prawdy i otrzymamy resztę dokumentacji zbrodni, zmroziły
nas informacje o treści odpowiedzi, jakiej Rosja udzieliła Europejskiemu
Trybunałowi Praw Człowieka na skargę Rodzin Katyńskich. Niepokoi także i budzi
złe przeczucia konsekwentne odmawianie dostępu nie tylko do archiwów
posowieckich, ale nawet do dokumentów rosyjskiego śledztwa w sprawie katyńskiej
zamkniętego w roku 2004! Upokarza nas powtarzanie w Rosji co jakiś czas starych
kłamstw o niemieckiej winie za zbrodnię, jakby ktoś chciał sprawdzić
wytrzymałość Polaków. Szczególną formą moralnego pastwienia się nad nami jest
prowokacja wymyślona przez służalczych pseudohistoryków w służbie politycznej
propagandy, nazywana u nas „anty-Katyniem”, czyli szukanie usprawiedliwienia dla
zbrodni w wydarzeniach z okresu wojny polsko-bolszewickiej i po jej
zakończeniu.
Czy sobotnia tragedia pod Katyniem zmieni ten stan rzeczy?
Miejmy oczy szeroko otwarte, nie licząc na to, że „przełom”, o którym wszyscy
dziś mówią, nastąpi sam z siebie.
Zbrodniarze demaskują zbrodniarzy
Nie ma dziś i nigdy nie było wątpliwości co do intencji Niemców ogłaszających
światu w kwietniu 1943 r., że Sowieci dokonali zbrodni na polskich oficerach w
Lesie Katyńskim. Nie chodziło im o obronę praw jeńców ani o pokazanie
„bestialstwa bolszewickiego” przeciwstawionego „humanitarnym” metodom
prowadzenia wojny przez Niemców, o czym zapewniał szef wydziału propagandy
Generalnego Gubernatorstwa Ohlenbusch, zachwalając niemieckie obozy
koncentracyjne… Akurat sprawa katyńska pokazała Polakom, że obydwaj okupanci
robią to samo: zabijają elity Narodu Polskiego, by nad tym Narodem szybciej i
skuteczniej zapanować.
Z dziejów kłamstwa
Historia katyńskiego kłamstwa nie zaczyna się w kwietniu 1943 r., kiedy
Sowieci zaprzeczają doniesieniom niemieckim. Już wcześniej, po napadzie
niemieckim na Sowiety i umowie Sikorski – Stalin z lipca 1941 r., losy polskich
jeńców wojennych, zwłaszcza losy oficerów potrzebnych organizującej się armii
polskiej, zajmowały nieustannie rząd RP na uchodźstwie. W grudniu 1941 r. pytał
o nich Stalina osobiście generał Władysław Sikorski. Stalin powiedział, że nie
wie, co się z nimi stało, że może po ataku niemieckim „rozpierzchli się”, może
uciekli do Mandżurii…
Dokumentacja niemieckich badań z 1943 r. znalazła się
w zakładzie medycyny sądowej w Krakowie. Pod koniec wojny jednak zaginęła.
Protokoły badań były podpisane przez członków Międzynarodowej Komisji, wybitnych
przedstawicieli medycyny sądowej. Byli to: dr Reimond Speleers z Belgii, dr
Marko Markow z Bułgarii, dr Helge Tramsen z Danii, dr Arno Saxén z Finlandii, dr
Vincenzo Mario Palmieri z Włoch, dr Herman Maximilien de Burlet z Holandii, dr
Franois Naville ze Szwajcarii (przewodniczący), dr FrantisĄek Hájek z Czech, dr
Alexandru Birkle z Rumunii, dr FrantisĄek SĄubik ze Słowacji, dr Ferenc Orsós z
Węgier i dr Eduard Miloslavić z Chorwacji. Doktor Hájek z Czech i dr Markow z
Bułgarii po wojnie zostali zmuszeni przez NKWD do odwołania swoich podpisów.
Żaden z członków komisji znajdujących się poza sowiecką sferą wpływów nie
wycofał swojego podpisu.
Był też polski raport komisji PCK przygotowany – na
podstawie prac komisji pod przewodnictwem dr. Mariana Wodzińskiego – przez
Kazimierza Skarżyńskiego. Został opublikowany w roku 1955 w Paryżu, w Polsce
dopiero w roku 1989.
W odpowiedzi na komunikat radia berlińskiego, radio
moskiewskie i partyjny dziennik „Prawda” podały 15 kwietnia 1943 r. wersję rządu
sowieckiego: polscy oficerowie z Kozielska, Ostaszkowa i Starobielska mieli być
rzekomo przewiezieni do trzech obozów pracy pod Smoleńskiem, a po zajęciu tego
terenu przez Niemców w roku 1941 zamordowani przez nich na jesieni.
Kiedy
rząd polski zwrócił się do Międzynarodowego Czerwonego Krzyża o wyjaśnienie
sprawy, w „Prawdzie” ukazał się artykuł „Polscy współpracownicy Hitlera” (!).
Stalin pokazał, że jest całkowicie zdeterminowany w kłamstwie katyńskim. W nocy
z 25 na 26 kwietnia 1943 r. przekazał polskiemu ambasadorowi wspomnianą notę o
zerwaniu stosunków dyplomatycznych z Polską.
Po wyparciu Niemców z rejonu
Smoleńska do „pracy” przystąpiła sowiecka „specjalna komisja do spraw ustalenia
i przeprowadzenia śledztwa okoliczności rozstrzelania w lesie katyńskim polskich
jeńców wojennych przez niemiecko-faszystowskich najeźdźców”. Komisja nie musiała
niczego ustalać, „ustalenie” zapisano w jej nazwie od samego początku. Jej
członkami byli „ludzie radzieccy”, czyli tacy, którzy zrobią i powiedzą
wszystko, co im się każe: „akademik” Nikołaj Burdenko (przewodniczący), znany
pisarz Aleksiej Tołstoj, przedstawiciel całkowicie zinfiltrowanej i
podporządkowanej przez NKWD rosyjskiej Cerkwi prawosławnej – metropolita
kijowski i halicki Mikołaj. NKWD nie ryzykowało nawet przyjmowania do składu
„komisji” „patriotów polskich”. Wszyscy bez wyjątku byli Sowietami. Spreparowano
„dowody”, takie jak specjalnie obstalowane skrawki gazet z datami z roku 1941,
jakiś kwit z pralni etc. Raport mówił o zbrodni Wehrmachtu z sierpnia lub
września 1941 r. i powtarzał niemiecką, nieprawdziwą liczbę zamordowanych w
Katyniu – 11 tysięcy Polaków. Ta bezsensowna liczba, niczym niepotwierdzona,
najlepiej świadczy o „pracy” propagandowej specgrupy.
Pod koniec lat 50. szef
KGB Aleksander Szelepin referował sprawę zbrodni dla Chruszczowa. To było
postępowanie tajne, nie do publicznej wiadomości, więc nie musiał kłamać. W
swoim raporcie z 3 marca 1959 r. potwierdził zamordowanie przez NKWD 21 857
„osób byłej Polski burżuazyjnej”. Szelepin proponował też zniszczenie wszystkich
teczek osobowych zamordowanych, co być może nastąpiło, ale nie ma pewności.
Główne dokumenty znalazły się w specjalnej teczce nr 1, zaliczanej do
najważniejszych tajemnic sowieckiego państwa.
Wiosną 1945 r. z polecenia
Henryka Świątkowskiego, komunisty, „ministra sprawiedliwości” stalinowskiego
rządu „tymczasowego” (wówczas jeszcze nielegalnego, uznawanego tylko przez
Moskwę), podjęto groteskowe „śledztwo” w sprawie zbrodni na polskich oficerach.
To „śledztwo” potwierdziło oczywiście wersję sowiecką.
W związku z sowiecką
„pierestrojką” pod koniec lat 80. utworzono mieszaną komisję polsko-sowiecką „do
wyjaśnienia białych plam w historii wspólnych stosunków”. W rzeczywistości
chodziło o przygotowanie do „bezbolesnego”, oficjalnego ujawnienia prawdy o
Katyniu. Dla Gorbaczowa ważne było, aby uczynił to jego człowiek – Wojciech
Jaruzelski, wówczas z woli „zgromadzenia narodowego” (35-procentowego…) tzw.
prezydent PRL. 13 kwietnia 1990 r. podczas wizyty Jaruzelskiego w Moskwie
Gorbaczow przekazał mu wyselekcjonowane dokumenty zbrodni, po raz pierwszy
oficjalnie przyznając w imieniu ZSRS, że zbrodni dokonało NKWD. Winę za zbrodnię
katyńską miał ponosić Beria i jego współpracownicy, a nie najwyższe władze
sowieckie. W ten sposób Gorbaczow zastępował wielkie kłamstwo małym, ale równie
dokuczliwym, ciążącym do dziś na stosunkach polsko-rosyjskich. Jednocześnie z
inicjatywy Gorbaczowa rozpoczęto w Rosji operację „anty-Katyń”, polegającą na
poszukiwaniu takich epizodów z historii polsko-sowieckiej, które można by
wykorzystać propagandowo dla osłabienia wymowy zbrodni katyńskiej. Ta operacja
trwa, niestety, do dziś.
14 października 1992 r. prezydent Rosji Borys Jelcyn
przekazał ówczesnemu prezydentowi Lechowi Wałęsie kopie dokumentów z teczki
specjalnej nr 1. Dokumenty zostały opublikowane u nas w zbiorze „Katyń.
Dokumenty ludobójstwa”. Wydano je także w Rosji. Jak dotychczas to właśnie Borys
Jelcyn wykonał najważniejszy po stronie rosyjskiej ruch, by ujawnić pełną
prawdę. To także z jego ust padło słowo „wybaczcie” – podczas pobytu na
Powązkach, pod krzyżem katyńskim, 25 sierpnia 1993 roku. Dlatego mimo
przemyślanej, obliczonej na wzruszenie słuchaczy retoryki premiera Putina z 7
kwietnia tego roku żyjemy w niedosycie i w przekonaniu, że w historii ujawniania
katyńskiego kłamstwa najważniejsze wydarzyło się za Jelcyna, a kontynuacji jego
dzieła nie widać.
30 listopada 2004 r. Instytut Pamięci Narodowej wszczął
polskie śledztwo w sprawie zbrodni katyńskiej. Prokuratorzy IPN jednoznacznie
definiują zbrodnię jako akt ludobójstwa. Tymczasem 5 marca 2005 r. Naczelna
Prokuratura Wojskowa Rosji zamknęła swoje śledztwo, utajniając do dziś przed
Polakami jego 116 tomów (na 183). Tak rozpoczął się nowy akt niedomówień i
tajemnic wokół zbrodni katyńskiej zatruwający stosunki między Rosją a Polską,
między Rosjanami a Polakami. Na dodatek 11 marca 2005 r. rosyjscy prokuratorzy
obwieścili, że „nie ma podstaw do uznania zbrodni katyńskiej za zbrodnię
ludobójstwa”. Czy po tym, co się stało 10 kwietnia pod Smoleńskiem, nastąpi
odwrót od takich praktyk? Na razie nie ma podstaw do optymizmu.
Aż do 1990 r.
Związek Sowiecki rozsiewał kłamstwo katyńskie i nakazał to samo swoim
kolaborantom w Polsce, którzy czynili to ochoczo, świadomi, że to kłamstwo jest
legitymacją ich rządów, jest jądrem innego, większego kłamstwa dotyczącego
wojennej historii Polaków i „rewolucji ludowej”, jaka się rzekomo dokonała w
Polsce po wojnie. Ta „rewolucja” trwała w rzeczywistości od 17 września 1939 r.,
a Katyń był jej kamieniem milowym. Szkoda, że tak wielu historyków pokazuje
bezrefleksyjnie Polskę sowiecką jako dzieje „utopii nad Wisłą”, dzieje
„nieudanego eksperymentu” czy – jeszcze gorzej – dzieje „najweselszego baraku w
sowieckim obozie”. Znika gdzieś w tej optyce główny punkt orientacyjny:
niepodległy byt państwa polskiego. Zastępuje go iglica warszawskiego pałacu im.
Stalina z infantylnymi wspomnieniami z dzieciństwa. Sprawa katyńska jest naszą
kotwicą pamięci, która stawia tamę takim zachowaniom.
Mistyfikacja chatyńska
By zaciemnić obraz tragedii katyńskiej, posłużono się wojenną tragedią
Chatynia pod Mińskiem. Ta białoruska wieś była jedną z wielu unicestwionych
przez Niemców za pomaganie partyzantom. W marcu 1943 r. 150 mieszkańców Chatynia
wymordował batalion Schutzpolizei – złożony z byłych żołnierzy sowieckich i
dowodzony przez byłego oficera sowieckiego! Scenariusz zbrodni był typowo
niemiecki, znany nam z roku 1941 z Jedwabnego i powtórzony potem m.in. w roku
1945 w Podgajach: zbrodniarze zapędzili przerażonych ludzi do stodoły, którą
podpalili przy użyciu benzyny. 149 osób spłonęło żywcem, wśród nich 75 dzieci.
Po wielu latach jakiś sowiecki „specjalista” od kłamstwa doszedł do wniosku, że
należy wykorzystać podobieństwo brzmienia nazw obu miejscowości. Przywożono
ludzi do Chatynia i nadano szczególny rozgłos niemieckiej zbrodni na biednych
mieszkańcach wsi po to, by ludzie zapamiętali, że w Katyniu czy Chatyniu („wsio
rawno”…) zbrodni dokonali Niemcy… W latach 70. Chatyń był w planie niemal
wszystkich polskich wycieczek na sowiecką Białoruś. Po powrocie skołowani ludzie
mówili, że byli… w Katyniu.
Chatyń w transkrypcji angielskiej pisze się
Khatyn, dezinformacja przenosiła się więc także na świat anglosaski, niechętnie
wnikający w szczegóły polskiej martyrologii wojennej. Chatyń trafił w Sowietach
do podręczników i opracowań naukowych, na Katyń obowiązywał ścisły zapis
cenzury. Do dziś przeciętny Rosjanin zastanawia się, o co tym Polakom chodzi…
Jakkolwiek by to okrutnie nie zabrzmiało, trzeba powiedzieć, że po 10 kwietnia
2010 r. już nie będą się zastanawiali. Na tym też polega ofiara życia Pana
Prezydenta RP i innych osób, które odbyły tragiczny lot do Smoleńska.
W roku
1969 Sowieci otworzyli w Chatyniu wielkie martyrologium. Zajmuje ono 32 hektary!
Wspomina się tu także inne wsie wymordowane przez Niemców (prawie 200). To
dobrze, że się o nich pamięta. Szkoda, że także po to czczono pamięć, by inną
pamięć zabijać. Mówiąc językiem prostego człowieka, diabeł by tego nie
wymyślił…
Sprawiedliwi
W roku 1951 Stany Zjednoczone powołały Specjalną Komisję Śledczą Kongresu do
Zbadania Zbrodni Katyńskiej. Przewodniczył jej Ray John Madden. Po rocznych
przesłuchaniach komisja 22 grudnia 1952 r. ogłosiła raport, w którym za winnych
uznała Związek Sowiecki i wezwała społeczność międzynarodową do powołania
międzynarodowego trybunału dla osądzenia tej zbrodni. Takiego trybunału nigdy
nie powołano, nie wiadomo też, po co Amerykanom była potrzebna komisja do
wyważania dawno otwartych drzwi. Skoro jednak była, dlaczego nie doprowadzono
sprawy do końca? Allen Paul, amerykański dziennikarz, politolog, autor książki
„Katyń”, powiedział niedawno w rozmowie z redaktorem Zbigniewem Lewickim: „Stany
Zjednoczone powinny przeprosić Polaków. Wezwałem do tego mój rząd (…). W
najnowszym wydaniu mojej książki opisuję, jak amerykańscy politycy uniemożliwili
osądzenie zbrodni katyńskiej przed międzynarodowym trybunałem. W latach 1951-52
specjalny komitet Kongresu prowadził śledztwo w sprawie katyńskiej. Komisja
opublikowała raport, który liczy siedem tomów. W konkluzji zawarto opinię, że
sprawa powinna zostać rozpatrzona w Hadze. Ale ta rekomendacja musiała zostać
zaaprobowana przez Komitet do spraw Zagranicznych Izby Reprezentantów. Rok po
opublikowaniu raportu późniejszy sekretarz stanu John Foster Dulles polecił
potajemnie komitetowi, by odrzucił tę rekomendację. Argumentował, że USA nie
powinny denerwować Stalina, który może udzielić pomocy USA w wojnie koreańskiej.
Stało się to w połowie 1953 roku. Oczywiście, ta pomoc nigdy nie została
udzielona”.
Mimo wszystko trzeba przyznać, że wielomiesięczne przesłuchania w
USA i w Europie przypomniały światu o polskiej tragedii i za to powinniśmy być
wdzięczni zarówno senatorowi Maddenowi, jak i innym ludziom dobrej woli na
Zachodzie, bez których nie powstałoby wiele publikacji, nie wybudowano by wielu
pomników i nie chroniono ich przed „nieznanymi sprawcami”, którzy wypalali
kwasem datę 1940… A działo się to nie w zniewolonej Polsce, lecz w wolnych
krajach Zachodu! Może od historii kłamstwa katyńskiego i walki z nim powinny
wyjść władze Rzeczypospolitej Polskiej, ustanawiając medal dla sprawiedliwych
wśród narodów świata, którzy pomagali nam w walce z kłamstwem, którzy pomagali
nam podnieść się z kolan, którzy pomogli nam uwierzyć, że świat na modłę
sowiecką jest – wbrew chełpliwym zapewnieniom propagandy komunistycznej –
ograniczony w czasie. Wśród tych sprawiedliwych byliby też nasi rodacy, ze Sługą
Bożym Janem Pawłem II na czele, który przypominał, że „patriotyzm to znaczy
czcij ojca swego i matkę swoją”. Byłby niezapomniany kapelan Rodzin Katyńskich i
Pomordowanych na Wschodzie ks. prałat Zdzisław Jastrzębiec-Peszkowski (nie ma o
nim nawet wzmianki w „naukowej”, 32-tomowej Encyklopedii PWN!), jego przyjaciel
Wojciech Ziembiński. To przecież im obydwu zawdzięczamy warszawski pomnik
Poległych i Pomordowanych na Wschodzie. Byłby ks. Stefan Niedzielak, „ostatnia
ofiara Katynia”, i cała rzesza Polaków prześladowanych za dopominanie się prawdy
o Katyniu.
„Anty-Katyń”
10 marca tego roku PAP podała, że Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej
(KPRF) prezentuje na swojej stronie internetowej nowy film dokumentalny
przekonujący, że polscy oficerowie wzięci do niewoli przez Armię Czerwoną
zostali rozstrzelani w roku 1941 przez Niemców. Komuniści nazwali prawdę o
zbrodni NKWD „polsko-goebbelsowską wersją historii”! Podpierali się przy tym
opiniami niektórych członków rosyjskiej Dumy. „Oskarżając Józefa Stalina o mord
na polskich oficerach, Hitler miał na celu skłócenie koalicji antyhitlerowskiej”
– twierdzą autorzy filmu. „Chodziło o stworzenie warunków uniemożliwiających
rozwój w Polsce partyzanckiego, proradzieckiego ruchu przeciwko niemieckim
okupantom” – bełkocze w filmie Jurij Kwicińskij, były minister spraw
zagranicznych Związku Sowieckiego. „Nie bacząc na patologiczną nienawiść Polaków
do wszystkiego, co rosyjskie, pozostajemy sąsiadami. Choć nasze kraje graniczą
tylko w obwodzie kaliningradzkim, dwa narody pozostają sobie bliskie. Po co więc
sztucznie podgrzewać stałe pretensje Polski wobec Rosji?” – pytają obłudnie
autorzy filmu. Ich zdaniem, Polska powinna się pokajać za śmierć
czerwonoarmistów w latach 1920-1921.
Mamy więc propozycję „pojednania w
kłamstwie”, pewnie też „dla dobra sprawy”. Mamy też to, co się nazywa w Polsce
„anty-Katyniem” – rzecz niemieszczącą się w wyobraźni nie tylko historyka, ale w
ogóle uczciwego człowieka, możliwą do zrozumienia tylko w atmosferze
posowieckich tęsknot w Rosji. Otóż, od kilku lat pseudohistorycy w Rosji – nie
mogąc zaprzeczyć zbrodni dokonanej przez NKWD, próbują ją usprawiedliwić,
„wyjaśnić”, „zrozumieć”! Stawiają tezę, że zbrodnia katyńska była „słuszną
zemstą” (!) za śmierć tysięcy bolszewickich jeńców wziętych do niewoli polskiej
podczas wojny 1919-1920 roku. Rzeczywiście, wielu z tych jeńców umarło w obozach
jenieckich (nie w piwnicach czy w dołach…), liczbę zmarłych szacuje się na
około 16 tysięcy. Nikt im jednak nie strzelał w tył głowy, nikt ich nie głodził.
Mieli pecha, dotarli do Europy w czasie, kiedy na kontynencie szalała pandemia
grypy hiszpanki. W pierwszych dwóch latach po zakończeniu I wojny światowej
pochłonęła ona w całej Europie około 20 milionów (!) ludzi. Umierali nie tylko
jeńcy bolszewiccy, ale i obywatele odradzającego się państwa polskiego,
zwłaszcza ci najubożsi. Skupienie tysięcy ludzi w obozach sprzyjało rozwojowi
epidemii – nie tylko grypy, także innych chorób zakaźnych.
Zasadnicza różnica
dotycząca losu jeńców bolszewickich i polskich polegała na tym, że jedni
umierali z woli Pana Boga, drudzy z woli znanych z imienia i nazwiska morderców.
Jedni do końca żyli nadzieją na wyzdrowienie, drudzy stawali naprzeciw kata w
gumowym fartuchu, z rozgrzanym walterem w łapie, a kiedy próbowali ocalić
jeszcze tę nadzieję, zarzucano im worek na głowę i krępowano ręce sznurem.
Porównywanie systematycznej, zaplanowanej zbrodni z pandemią chorób zakaźnych w
zabiedzonej i zdeptanej przez wszystkie możliwe wojska Polsce dwóch wielkich
wojen, jeszcze nie w pełni ukształtowanej jako państwo, jest rzeczą haniebną i
pewnie nawet ci „historycy” od „anty-Katynia” zdają sobie z tego sprawę. O co
więc chodzi? Chodzi o przeciwwagę dla nędzy moralnej sprawców zbrodni
katyńskiej. Chodzi o uratowanie mitu o Związku Sowieckim, który w czasie
ostatniej wojny uratował świat; mitu o rzekomo 20 milionach sowieckich ofiar
wojny (do których zaliczono także ofiary NKWD jeszcze z lat trzydziestych).
Chodzi o uratowanie tezy o komunizmie sowieckim, który czasami się „wypaczał”,
ale nie był złem sam w sobie. Tak jak zbrodnia katyńska i kłamstwo o niej były
fundamentem niesprawiedliwej, powojennej Europy, więzienia narodów, tak
„anty-Katyń” jest ukojeniem, mówiąc językiem psychologa, rodzajem racjonalizacji
problemu, który jest nie do zniesienia dla bolszewickich recydywistów,
upatrujących dobra Rosji w powrocie do imperialnych tradycji sowieckich.
Piotr Szubarczyk, IPN Gdańsk
